Skocz do zawartości
voyeur

Ryzykowne Aktywa - zakład o wkład własny (część 2)

Rekomendowane odpowiedzi

CZĘŚĆ II

Ryzykowne Aktywa - zakład o wkład własny
czyli: nocny protokół "dawczo-biorczy" z wieczoru

-----

*) CZĘŚĆ I, czyli "Raport kwartalny o aktach niejawnych, czyli: jak to liczby przestały się liczyć" możecie znaleźć tutaj:
https://www.cuckoldplace.pl/topic/34895-raport-kwartalny-o-aktach-niejawnych/

 


Zamknąłem laptopa. Pokój momentalnie pogrążył się w półmroku, pachnącym jej perfumami, balsamem i podnieceniem. Cisza, która nastała po korporacyjnym bełkocie, była gęsta i ciężka.

 

Leżały na biurku, obok wygaszonego monitora. Mała, czarna, koronkowa siateczka. Majtki, które jeszcze godzinę temu pulsowały na jej biodrach.

 

Podniosłem. Materiał był wciąż wilgotny, lepki od jej soków. Zaciągnąłem się - zapachem Agnieszki, zapachem jej orgazmu. Fizycznie byłem już twardy jak stal, ale w głowie wciąż uwięziony w absurdzie korpo-calla na Teamsach a teatrem, który w międzyczasie reżyserowała. Patrzyłem na te majtki, próbując odtworzyć w pamięci najlepsze scenki z jej spektaklu.

 

A potem telefon zawibrował. Jakby czytał mi w myślach.
Spojrzałem na ekran. Wiadomość na Whatsapp od Agnieszki.

 

To zdjęcie! Zrobione w pośpiechu, gdzieś na korytarzu. Stała w tej swojej obcisłej, czerwonej sukience, którą wciągnęła na siebie... tuż po orgazmie. Ale teraz sukienka była podciągnięta wysoko, aż do talii. A pod nią... 

 

Jednak założyła. Cienkie jak mgiełka, niemal przezroczyste majteczki Agent Provocateur, ledwo zakrywały jej przystrzyżony, wąski paseczek. Uda opinały cieliste, satynowe pończochy.

 

Po chwili:
- "Żartowałam! Przecież nie mogłam pójść bez, bo będzie konkurs! Wzięłam takie. Fajne?"

 

Pulsowało mi w skroniach. Znowu to robi. Znowu mnie prowokowała, bawiąc się moją wyobraźnią na odległość. Odpisałem, palce mi lekko drżały:
- "Sexi! A zdjęcie to kto Ci zrobił?"

 

Odpowiedź przyszła natychmiast.
- "No Kaśka przecież, a niby kto! Ty zazdrośniku! Przecież jestem Twoją Wierną Żonką! Muszę lecieć! Papapa!"

 

Zostałem sam. Próbowałem pracować. Otworzyłem nawet laptopa, ale rzędy cyfr i drobne rubryki w arkuszach Excela nie przyniosły ukojenia. Nagle te cholerne kratki zaczęły wyglądać zupełnie jak siateczka jej bielizny, tylko w powiększeniu. Czy ja jeszcze jestem normalny?

 

Spróbowałem zająć czymś myśli, czytać, obejrzeć cokolwiek. Wrzuciłem nawet jakiś film. No przecież nie pamiętam jaki.

 

"Konkurs".

 

Jaki, kurwa, konkurs?

 


* * * * * * * * *

 


Czekanie było torturą. Podniecenie z niepokojem. Zmieszane, lekko wstrząśnięte. Każdy szmer na klatce schodowej, każdy dźwięk windy sprawiał, że serce podskakiwało mi do gardła.

 

23:00. Pusto. Drink. Znowu pusto.
00:00. Cisza dzwoniła w uszach. Każdy samochód zwalniający na ulicy podnosił mi ciśnienie.
01:00. Chodziłem po mieszkaniu. Wszedłem do sypialni. Podniosłem z podłogi jej jedwabny szlafrok. Pachniał nią. Pachniał tym, co robiła, siedząc przede mną.
02:00. Byłem wykończony. Nie późną godziną, ale tą mieszanką wściekłej zazdrości i tak głębokiego podniecenia, że aż krew uderzała mi do głowy. Wyobrażałem ją sobie. W tej czerwonej sukience, opiętej na biodrach, w tych swoich koronkach. Tańczącą, rozgrzaną, śmiejącą się. Tych facetów, dookoła niej, ocierających się o nią. Jej błyszczące oczy.

 

Wreszcie. 02:17.
Głośne grzechotanie kluczy i pijane szukanie dziurki. Stuk... stuk... stuk... Dźwięk jej szpilek na parkiecie. Nie do podrobienia.

 

Stanąłem w drzwiach sypialni, czekając.

 

Weszła do salonu. Jezu... wyglądała zabójczo, obłędnie. Sukienka wymięta, włosy w artystycznym nieładzie. Makijaż rozmazany. Zwłaszcza szminka. Hm... podejrzane.

 

I ten zapach... Wypełnił pokój niemal natychmiast. Szampan. Dym papierosowy. Pot. Głośna muzyka. Śmiech. I coś jeszcze. Coś obcego, niepokojącego.

 

Uśmiechnęła się szeroko, widząc mnie w progu. Oczywiście, żadnych przeprosin, że wróciła tak późno. Opadła ciężko na fotel naprzeciwko. Z cichym westchnieniem ulgi zrzuciła szpilki z obolałych stóp i skrzyżowała nogi.

 

- A Ty taak tu cze... czekałeś, kotkuuu? - mruknęła, język jej się trochę plątał. - Noooo, aleeż jesteś wytrwaaaały, Panie Dyrektorze. Czekałeś na raport?

 

Ziewnęła przeciągle, zasłaniając usta dłonią.
- Aleeż to była noc. Nalej mi wody, dobrze? Gardło mnie boli od śpiewania.

 

Śpiewania. Jasne. Picia raczej.

 

Podchodzę, podaję jej wodę. Sukienka podjeżdża wyżej. Błyska pończocha.

- No i jak było...? - zacząłem, starając się brzmieć obojętnie. - Co to za konkurs?

 

Uśmiechnęła się do szklanki, błądząc wzrokiem gdzieś w próżni.
- Ooooch, głupoty. Wiesz, jakie są dziewczyny... A po kilku butelkach prosecco!? Anka mówiła, że jesteśmy już starymi, nudnyyyymi babaaaami. Że nie mamy już odwagi, i tej... inicywy.. inicjatywy. A ja to już w ogóle, bo do tego jeszcze jestem "mężatka".

 

- I co?

 

- A co Ty mnie tak przepytujesz?! Audyt jakiś czy co? No, tak sobie gadałyśmy... A potem samo poszło. Zaczęło się od tańczenia na barze. Myślałam, że spalę się ze wstydu, bo wiesz... wszyscy patrzą... - jej oczy błysnęły. - Ale to Monika wymyśliła ten zakład!

 

- Co wymyśliła?

 

- Ej! No nie przeszkadzaj, to Ci opowiem po kolei.

 

 

* * * * * * * * *

 


Klub. Gorący, lepki, pełen basów. Wbijały się w klatkę piersiową, zsynchronizowane z tętnem. I dalej, hipnotyzującym rytmem w głąb mózgu.

 

Miałyśmy lożę VIP, stolik tuż przy parkiecie, ale zasłonięty jakimiś szmatkami, firankami. Idealne miejsce do rzeczy, których nie powinno się robić.

 

Na początku było normalnie. Prosecco lało się strumieniami, Anka piszczała ze szczęścia, bo dostała jakiegoś drinka z fajerwerkami. Ale Monika... wiesz jaka jest Monika. Od razu widać było, że chce coś nabroić. Zaczęła mnie nakręcać.

 

- Aga, zobacz tego przy barze - szeptała mi do ucha, kiedy tańczyłyśmy. - Myślisz, że dobrze całuje? Z taką brodą?

 

Wiesz... Ona uwielbia to robić. Testować mnie. Prowokować. Śmiałyśmy się, wygłupiałyśmy w tańcu. Czułam, jak sukienka podjeżdża mi do góry przy ruchach bioder. Wiedziałam, że faceci przy stolikach obok gapią się na moje nogi, albo co tam jeszcze czasem tu i tam wystawało. I wiesz co? Fajnie było. Czułam się jak modelka na wybiegu.

 

A potem Kaśka przyszła:
- Szybko, wracamy! Zaraz się zacznie!

 

A potem nagle cały klub zamilkł. Światła przygasły.  Wszedł ON.  No jak to KTO? Przecież wieczór panieński był. Chłop, co miał się rozbierać! 

 

Nie jakiś tandetny strażak z remizy albo przebrany policjant. To był profesjonalista. Wiesz, taki fajny. Wysoki, śniady, mięśnie jak z hebanu, szeroka klata. Ale niesamowicie sprężysty i gibki, jak pantera. Zaczął rozpinać koszulę. A pod spodem.. Ech.. marzenie! Nasmarowany oliwką! Widać było każdy mięsień, zagłębienie. Błyszczące górki i dolinki. Baby piszczały jak głupie. A potem wskoczył na nasz stół! I przede mną rozpinał spodnie, powoli, guzik po guziku. Tuż przy mojej twarzy!

 

- Dotknij - szepnęła Monika, popychając moją rękę.

 

A ja... No tak tylko... Przejechałam dłonią po jego łydce, w górę, po udzie... Napiął mięśnie pod moim dotykiem. Złapał moją dłoń i położył ją wyżej. Jezu... ale pulsował pod palcami.

 

Zdjął w końcu spodnie, dziewczyny zaczęły wiwatować. Monika wsadziła mu za majtki parę banknotów! Biedaczyna dostał dwie 10-tki, bo innych nie miała :) A Anka tak się napaliła, że chyba by mu loda nawet zrobiła, tak ją wzięło. Aż za nim poszła, żeby sobie dłużej pooglądać. A my za nią! Żeby głupot nie narobiła, jak ma wychodzić za mąż!

 

Po występie tancerza żadna z nas już nie usiadła.  A Monika... znajomy, niebezpieczny lont w jej oczach już się żarzył. I już wiedziałam, że zaraz zrobi coś głupiego, zajebistego, szalonego - a pewnie wszystko naraz.

 

Oparła się o barierkę oddzielającą strefę VIP od parkietu. Patrzyła na tłum z góry. Jak cesarzowa. Uśmiech drwiący, drapieżny.
- Spójrz na nich - rzuciła, wskazując kieliszkiem grupę facetów przy barze. - Każdy z nich jest przekonany, że tu poluje...

 

- A dla nas to tylko zwierzyna! - we mnie też coś zaczynało się od tego żaru rozpalać. - No... znaczy się daawniej by tak było! Zanim stałam się "starą mężatką".

Monika odwróciła się powoli. Rozszerzone źrenice, szklisty błysk.

 

- Nudzę się, Aga. - Jej głos był niższy, bardziej miękki niż zwykle. - Ten tancerz? No fajny był, ale... to tylko teatr. Ładne opakowanie. Zero treści. Lizanie lizaka przez folię.

 

Zrobiła krok w moją stronę, blisko. Jej ciepło zmieszało się z moim. Nachyliła się, aż poczułam jej perfumy - słodkie, piżmowe, trochę lepkie od tańca.
- Chcę czegoś... prawdziwego. No powiedz, że wiesz, o czym mówię.

 

Złapała skraj mojej sukienki i pociągnęła go w dół ze dwa razy. Tak jak robiła lata temu w liceum. Zaraz przedtym, jak robiłyśmy rzeczy, których nie powinnyśmy.
- Gramy? - szepnęła. - Wyzwanie!

 

Anka i Kaśka natychmiast się przysunęły. Suki. Uwielbiają, jak zaczynamy z Moniką broić, mają radar na nasze głupie pomysły.

- Widzisz tego gościa w szarej koszuli? Zgubił się tu po jakiejś konferencji? - wskazała dyskretnie głową. Facet był przystojny, ale sztywny jakiś. - Idź tam. I zrób tak, żeby rozlał drinka. Bez rąk, bez gadania.

 

- Ale jak, to co mogę robić? - uniosłam brew.

 

- No nie wiem... Może... Tylko przejdź jakoś. Ale tak, żeby zapomniał, że w ogóle coś trzyma w ręku.

 

Serce mi waliło, ale ruszyłam. Biodra rozkołysane. Normalka, pijana kobieta, która traci kontrolę. Mijając go, zachwiałam się. "Poleciałam" na niego plecami. Moje pośladki wylądowały idealnie na jego... no wiesz gdzie. Centralnie! Przez jedną, bezczelnie długą sekundę po prostu na nim siedziałam. Docisnęłam jeszcze odrobinkę, niby żeby wstać. Poczułam go natychmiast. Twardy, gorący opór. Stwardniał w mgnieniu oka. Fajne to macie. 

 

Odwróciłam się, spojrzałam mu w oczy. Był w szoku. Uśmiechnęłam się tylko. Odchodząc czułam, jak jego wzrok wypala mi dziurę w plecach.

 

Wróciłam do stolika. Monika zaklaskała teatralnie, powoli i leniwie.
- Nieźle. 1:0 dla ciebie. Ale to było łatwe.

 

A potem już poszło.
- Dobra, kto zdobędzie drinka, nie używając rąk, ani portfela! - krzyknęła Kaśka.

 

Monika wróciła po trzech minutach z tequilą. Miała rozmazaną szminkę i śmiała się jak szalona. Nawet nie mam pojęcia co zrobiła.
- Dziękuję, dziękuję, punkt dla mnie - rzuciła, kłaniając się. - Ale... proszę nie zadawać pytań.

 

I kolejne:
- Kto zatańczy na barze? Twoja kolej, cnotko - rzuciła do mnie.

 

No to weszłam. Ciężko się wspinać w szpilkach na blat śliski od rozlanego alkoholu. Moje nogi nie miały najmniejszej ochoty współpracować, ale adrenalina zrobiła swoje. 

 

Wyprostowałam się. Uderzyło we mnie gorąco reflektorów i ryk tłumu. Poczułam te spojrzenia. Natarczywe. Pożądliwe. I... podniecające. Wbrew logice. 

Zaczęłam tańczyć. Na koniec kawałka wypięłam się w stronę sali, prowokacyjnie, może trochę wulgarnie. I wtedy jakiś koleś podszedł i bezczelnie klepnał mnie w tyłek! Powinnam była go strzelić w twarz, chociażby dla zasady. A zamiast tego... Prawdę mówiąc, wypięłam się jeszcze bardziej. A niech patrzą. Niech chcą. Niech mnie kurwa pragną. Niech dziewczyny zazdroszczą.

 

I właśnie wtedy go zobaczyłam. 

 

W morzu gwizdów, prostackich spojrzeń i tekstów, był jakby poza tym światem. Stał nieco z tyłu, w strefie półcienia, oparty niedbale o filar. Wysoki brunet. Biała koszula, rozpięta o jeden guzik za dużo. Droga. Nonszalancka pewność siebie granicząca z arogancją. 

 

Nie klaskał. Nie gwizdał. Nie udawał samca alfa. Nie krzyczał "pokaż cycki", jak reszta tych nawalonych gości. Po prostu patrzył.  To spojrzenie było jak dotyk. Jak ciepła dłoń na karku. Przesuwał wzrok od dołu po moich łydkach. Po udach, które właśnie prezentowałam całej sali. Po biodrach. I znów w górę - do moich oczu.

 

Nasze oczy spotkały się i świat na chwilę zwolnił. Uśmiechnął się tylko lekko, ironicznie. Uniósł szklankę. Toast! Za moją deprawację. A ja... poczułam gorąco między udami. To nie miało nic wspólnego z alkoholem. Zdałam sobie sprawę, że wiedział jak bardzo nieprzyzwoite myśli mam teraz w głowie.

- Złaź stamtąd, wariatko, bo zaraz cię stamtąd ściągną siłą! - krzyczały do mnie dziewczyny, pękając ze śmiechu i wyciągając ręce, żeby pomóc mi zejść. - Zaliczone! Masz punkt!

 

Zeskoczyłam na parkiet, dysząc ciężko.
- Okej, następne wyzwanie! - wrzasnęła Kaśka, już cała w ogniu. - Napij się prosto z butelki!

 

Monika nawet nie mrugnęła. Walnęła się na plecy między szklanki jak gwiazda rocka po koncercie. Barman spojrzał na nas pytająco.
- Dawaj - powiedziała.

 

Strumień alkoholu uderzył jej w usta, ale część spłynęła po brodzie, szyi, i niżej. Obcy ludzie wiwatowali, jak na stadionie. Wstała, ociekająca, z mokrym od prosecco stanikiem, teraz zupełnie już przezroczystym. Przykleił się jej do cycków. Fajne ma, wiesz? A sutki to sterczały jej jak dwa wykrzykniki.

- Słabo! - ryknęła Anka. - Kto da klapsa ochroniarzowi i spieprzy?

 

Co ona sobie myślała? Zanim zdążyłyśmy w ogóle załapać o co jej chodzi, podbiegła do takiego wielkiego kolesia przy wejściu, wymierzyła mu soczystego klapsa w tyłek i zaczęła uciekać.

- AN-KA! - krzyknęłyśmy jednocześnie.

 

Ochroniarz ruszył za nią jak czołg. Dwa kroki i już ją miał - złapał w pół obrotu, jakby nic nie ważyła. Przez sekundę byłam pewna, że nas wyjebią z klubu na zbity pysk. SERIO! 

 

Ale Anka... Anka i jej cycki mają swoje supermoce... Zrobiła swoje klasyczne "ojeju przepraszam pana", a biust jej prawie wypadał z sukienki. 
- A idź już... idźcie wszyscy... - mruknął, nie odrywając wzroku od jej cycków.

 

Machnięcie ręką. Ułaskawienie.

 

I to był... dopiero środek wieczoru!

 

 

* * * * * * * * *

 


Ale wtedy poczułam, że mam już dość tych zabaw dla dzieci. Te wszystkie wygłupy, piski... dobre dla nastolatek. A ja byłam kobietą. Lekko podpitą. Za to cholernie napaloną. Ten czarnoskóry tancerz, klepnięcie tamtego faceta w tyłek. Chłodne, taksujące oczy bruneta przy filarze... Jego wzrok czułam na piersiach jak dłonie... Kumulacja!

 

No cóż, mój drogi, byłam cholernie podniecona. Miałam między nogami prawdziwy pożar. Oblewanie się alkoholem go nie ugasi.

 

Chciałam już wrócić do Ciebie.
Wiesz po co. 
Do Twoich rąk.
Do Twojego ciała.
Żebyś mnie zerżnął tak mocno. A potem przytulił.

 

- Dobra laski, koniec - rzuciłam, dopijając prosecco. - Spadam do domu. 

 

Zapadła cisza, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z głośników.
- Aga, co ty pieprzysz? - Anka omal nie upuściła telefonu.

- Teraz? Dopiero jest fun! - parsknęła Monika, nawet nie patrząc na mnie. Szukała czegoś w swojej małej, absurdalnie drogiej torebce. - No gdzie ta cholerna szminka... 

- Serio mówię. Jestem zmęczona - skłamałam gładko, wstając.

 

Kaśka złapała mnie za rękę.
- Siadaj na tyłku - warknęła z uśmiechem. - Zamówiłyśmy kolejną butelkę. Jesteś mężatką, ale nie bądź, kurde, emerytką.

 

Zawahałam się. I wtedy się stało. Monika szarpnęła torebką. Z jej środka wysypały się pudry, błyszczyki, telefon... i TO. Mały, srebrny kwadracik. Durex. Zakręcił się na blacie jak srebrna moneta i zatrzymał na środku. Między kieliszkami, wyglądał jak jakaś obietnica. Pokusa.

 

Kaśka zachichotała nerwowo. 
- Wyobrażacie sobie...? - policzki zrobiły jej się nagle czerwone jak po biegu. - Gdyby któraś teraz... no wiecie. Wstała, wyszła. A potem wraca... z pustym opakowaniem?

 

Monika uniosła brwi, uśmiechnęła się szeroko, drapieżnie.
- Pustym? Pusta to jest nasza butelka! - prychnęła. - Kochana, pomyśl raczej, że wracasz z PEŁNYM.

 

Wybuchnęłyśmy śmiechem. Za głośnym. Za sztucznym.
- Pełnym? - powtórzyła Anka, przygryzając wargi. - W sensie... pełnym ŁADUNKIEM?

 

Monika się nakręciła:
- Pomyśl. Wracasz, siadasz przy stoliku... Jak gdyby nigdy nic. A on już siedzi z powrotem przy barze. Patrzy bezczelnie prosto w oczy, a potem niżej...

- Jezu, Monika... - jęknęła Kaśka, wachlując się dłonią, ale widziałam, jak zaciska nogi pod stołem. - To jest... to jest pojebane! 

 

Anka dodała:
- Albo wyobraź sobie... po udach ci spływa... a tam w środku wszystko jeszcze pulsuje.

 

Ja też poczułam nagły skurcz w podbrzuszu:
- Myśli, że cię zaliczył - dokończyłam. - A to TY wzięłaś sobie to, co chciałaś. Po prostu.

 

Zaczęłyśmy się śmiać. Nerwowo, bo każda odpłynęła do swoich fantazji. 

 

Mrowienie. Zakazane. Takie pierwotne, prymitywne, nieprzyzwoite... i tak cholernie podniecające.

 


* * * * * * * * *

 


Agnieszka zatrzymuje się na chwilę. Gładzi mnie po dłoni, jakby chciała mnie uspokoić... albo sprowokować jeszcze bardziej.
- Ale nie jesteś na mnie zły, prawda? - pyta cicho. - My tylko gadałyśmy... no wiesz, takie babskie wygłupy. No nie mogę czasem pofantazjować?

 

Czuję, jak wszystko we mnie spływa w dół, do jednego punktu między nogami.  Ona to widzi. Oczy jej błyszczą, jak wtedy, na callu. Powoli przesuwa dłoń po swoim udzie. Sięga pod sukienkę. Z jej ust wymyka się krótkie, miękkie "mmm". A mnie serce zaczyna napierdalać jak dzwony na Wielkanoc.
- I wiesz co, Kotku...? - szepcze.

 

Nie odpowiadam. Jestem za bardzo zajęty utrzymaniem oddechu.
- Założyłyśmy się... 

 

Robi krótką pauzę. Bawi się nią.
- Wygrywa ta, która pierwsza wróci do stolika z prezerwatywą... Ale pełną! - powtórzyła, cytując Monikę.

 

W głowie eksplozja. Gorąco uderza mnie tak mocno. Pulsowanie krwi.
Wulgarna wizja mojej żony wracającej do przyjaciółek... świeżo zerżniętej.
To jest chore. Nienormalne. A przy tym tak kurewsko podniecające, że aż boli.

 

- ...? - tylko tyle z siebie wyduszam.

 

Ona robi smutną minkę, grubo przesadzoną.
- No ja niestety przegrałam - westchnienie, teatralnie smutne.

- Bo... byłaś wierną żoną? - mówię bardziej z nadzieją, niż pytająco.

 

Agnieszka parska śmiechem. Przygryza wargę, oczy jej błyszcza.
- Nie, Kochanie. - przesuwa mi palcem po klatce piersiowej. - Te france mnie zdyskwalifikowały! Mówiły, że oszukuję.

- Oszukujesz? Jak?!

 

Przewraca oczami.
- No przez Ciebie nie wzięłam gumek!* - szturcha mnie palcem mocniej. - Halo, już zapomniałeś!? Musiałam improwizować. No więc... zrobiłam, co mogłam.

[ *) patrz: "Część 1 - Raport kwartalny o aktach niejawnych"]

 

- Jak to przeze mnie?! - oburzam się dla zasady. - Dobra, nieważne. Co... zrobiłaś?

 

Agnieszka podnosi się bez słowa. Powoli. Sukienka zsuwa się z jej ramion i spada na podłogę miękkim szelestem. Staje przede mną zupełnie naga. Oświetlona tylko ciepłym światłem latarni zza okna.
 
Jej ciało lśni od potu. Na piersiach, wokół sutków... zaschnięte, błyszczące smugi. Jednoznaczne, tak brutalnie prawdziwe.

 

Sięga do torebki. Wyjmuje z niej mały, czarny kłębek koronki. Jej majtki. Te, z Whatsappa.

 

Podchodzi i wielkopańskim gestem rzuca mi ten kłębek prosto w twarz. Materiał jest ciężki. Wilgotny. Lepki. Zamykam oczy i zaciągam się. I czuję wszystko. Jej wilgoć. Jej orgazm. I ten obcy zapach - ostry, męski, jednoznaczny. Obezwładniający koktajl. Zapach jej deprawacji.

 

Otwieram oczy. A ona jest tuż przy mnie:
- Przez Ciebie nie miałam gumek... - oskarżycielsko wbija mi palec w pierś. Czerwone paznokcie lśnią jak krople świeżej krwi. 

 

Jej miękki głos tuż przy moim uchu:
- Więc przyniosłam im moje majteczki.

 

Pauza.

- Całe... w spermie.

 

Kolejna pauza, dłuższa.

- I jeszcze trochę na cyckach.

 

Serce mi staje. A potem rusza dwa razy szybciej.

 

Powinienem wybuchnąć. Zrobić awanturę. 
Powinienem.

 

Ale nie mogę wydobyć głosu.

 

Agnieszka widzi to po moich oczach. Delektuje się.
- Mam mówić dalej...? - Jej palce suną po mojej szyi. - Hmm? Chcesz wiedzieć dokładnie, jak było?

 

 

* * * * * * * * *

 


Monika dopiła drinka jednym haustem. Wstała od stolika. Poprawiła sukienkę na biodrach. Obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia na patio. 

 

Oczywiście, że wiedziałam, po co idzie. Wszystkie wiedziałyśmy. Monika nigdy nie szukała okazji - ona je stwarzała. Idzie zapolować.

 

Zostałam z dziewczynami przy stole. I z własnymi myślami, które zaczynały brzęczeć w głowie głośniej niż bas.
Ten zakład, te żarty, te śmiechy... głupoty!
Ale we mnie zaczęły pracować inaczej - mocniej. Zaraz, zaraz czy ja naprawdę jestem zazdrosna, że może jej się udać?

 

Coś mnie dźgnęło w środku.
Ostre. Zazdrosne. Gorące.
Nie chodzi o to, że chciałam ją przebić. Ja chciałam tylko... nie zostać w tyle. Nie wyjść na tą grzeczną.

 

To przecież... tylko gra! Wygłupy. Nie muszę nic robić, jeśli nie chcę. To ja decyduję.

Ale jeśli Monika wróci pierwsza... Nie mogłam przegrać!

Ale czy chciałabym...? Czy potrafiłabym...?

Moje ciało odpowiedziało szybciej niż głowa. TAK.

Nie dlatego, że pragnę obcego faceta. Dla siebie.
Decyzyjność. Ryzyko. Bycie zauważoną, pożądaną. Chcę poczuć, że żyję.

 

Chcę. Chcę wygrać.

 

No dobra! Również dlatego, że byłam cholernie napalona. Marzyłam, żebyś tam był ze mną... rozłożył mnie na tym stole, rozchylił nogi i wszedł we mnie jednym pewnym ruchem. A niech tam, nawet przy nich wszystkich.

 

Wstałam.
- Zaraz wracam - rzuciłam krótko do Kaśki. - Muszę... muszę się przewietrzyć.

 

Korytarz był zalany czerwonym światłem. Czerwonym jak sukienka. Czerwonym jak to, co działo się w mojej głowie. Potrzebowałam chwili ciszy, chłodu, żeby zebrać myśli. Na sekundę.

 

Ale wtedy go zobaczyłam.

 

On - ten brunet.
Ten, którego wzrok czułam na sobie przez pół nocy. Stał przy oknie, poprawiając mankiet koszuli.

 

Serce mi przyspieszyło. I przyszła myśl - taka kobieca, irracjonalnie logiczna:
To nie przypadek, że jest tutaj, teraz.
To znak! Że mogę. Że wolno. 
Że wszechświat tego chce, więc w zasadzie... powinnam!

 

Jeszcze mnie nie zauważył.
Jeszcze mogłam odejść.

 


* * * * * * * * *

 


Agnieszka patrzy na mnie pytająco.
- Dobrze pomyślałam, prawda? Przecież tyle mówiłeś, że powinnam kiedyś spróbować... 

 

Przechyla głowę, a pasmo włosów opada na jej nagie ramię. Wciąż pachnie klubem i dymem.
- Dobrze zrobiłam, Kotku? - powtarza ciszej. - Bo przecież tego chciałeś, prawda?

 

Pochyla się bliżej. 
- Czy to nie o tym fantazjowałeś, kiedy patrzyłeś na mnie dzisiaj w lustrze?

 

Przełykam ślinę, bo jej dłoń zsuwa się niżej. Bezbłędnie trafia między moje uda. Jej palce zaciskają się na moim nabrzmiałym członku zaborczo, z pewnością właścicielki. Ściska z wyczuciem, wymuszając na mnie krótki, urwany jęk.

 

Zamykam oczy. Słyszę jej ciche, przeciągnięte:
- Mmmmm... No to jak w końcu?

 

Z jej strony to oczywisty szantaż, ale odpowiadam:

- No... w sumie... no chciałem kiedyś... - mruczę, tracąc resztki kontroli. - Ale mów wszystko. Każdy detal. Mów, co ci robił.

 

Próbuję poruszać biodrami tak, żeby jej dłoń masowała mnie szybciej, mocniej.

 

Agnieszka uśmiecha się w ciemności. Czuję ten uśmiech na swoich ustach, gdy całuje mnie krótko, drapieżnie. 
- Ej! No to nie przeszkadzaj, tylko słuchaj... - mruczy i wraca do opowieści.

 


* * * * * * * * *

 


I wtedy on podniósł głowę. Powoli. Tym razem patrzył mi prosto w oczy.

 

W jego oczach nie było zaskoczenia. Nie było niepewności.
- Zgubiłaś się? - zapytał cicho. Ton spokojny, niski.
- Chyba tak - odpowiedziałam i zrobiłam krok bliżej.

 

Kącik jego ust drgnął.
- Zaraz sprowadzę Cię na właściwą drogę.
- Byle nie na manowce jakieś - mruknęłam bez sensu, podchodząc jednak tak blisko, że serce zaczęło mi walić pod samą skórą.
- Chodź. - wyciągnął rękę.

 

"Boże... co ja robię... To się dzieje naprawdę?" - przebiegło mi przez głowę, aż zakłuło pod żebrami.

 

Pomyślałam nagle o Tobie. O tym, jak patrzyłeś na mnie, kiedy dotykałam się na biurku. Jak zachęcałeś mnie do nowych doznań.
To dodało mi odwagi. Albo odebrało resztki zahamowań - sama nie wiem.

 

Zatrzymałam się pół metra przed nim. Aż poczułam jego zapach.
Ciepły. Męski. Stanowczy. Drzewo sandałowe i pieprz.

 

Może to ja zrobiłam krok, może on - ale nagle byliśmy obok siebie.

 

W wąskiej wnęce za aksamitną kotarą. Odgrodzeni od hałasu klubu, od spojrzeń, od całego świata. Było tam ciemno i intymnie.
- Jesteś piękna - szepnął. Jego klatka piersiowa otarła się o moje piersi. - I pachniesz kłopotami.

 

"Boże... ja... ja naprawdę to zrobię." - pomyślałam.

 

Jeszcze pięć minut temu siedziałam przy stole, śmiejąc się jak idiotka.
A teraz stałam tu - z obcym mężczyzną. Czułam jego twardy brzuch przez cienką sukienkę. Czułam ciepło jego uda przy moim.
I tak fajnie pachniał.

 

I wtedy... Dotknął mnie. W końcu...
Objął mnie w talii, bez wahania. Przyciągnął do siebie zdecydowanym ruchem.

 

Pochylił głowę. Zatrzymał się tuż przy moich ustach.
Moje usta rozchyliły się same. Odruch.

 

Chwycił mnie za kark. Spokojnie. Zdecydowanie. 

 

Przyciągnął moje usta do swoich. Pocałował mnie. Najpierw delikatnie, badawczo, a potem... zachłannie. Jego język wdarł się do moich ust, smakował mnie, zawłaszczał. Wsunął język między moje usta, dotknął mojego języka, powoli, aż zrobiło mi się ciemno przed oczami.

 

W tej sekundzie nie było już muzyki, nie było klubu, nie było zakładu. Był tylko jego oddech, moje drżenie i to, że moja cipka pulsowała jak szalona.

 

Poczuł to. Jego ręka powędrowała pod moją sukienkę. Sunął palcami po wewnętrznej stronie mojego uda - powoli, jakby testował moją reakcję. Potem wyżej. Jeszcze wyżej. Aż dotarł tam, gdzie materiał mojego stringów przylepił się do skóry od wilgoci. Czułam, jak niemal dotyka miejsca, które pulsowało każdym uderzeniem mojego serca.

 

Oddech urwał mi się. Mogłam tylko kiwnąć głową.

 

I wtedy wszystko we mnie puściło. Moje ciało odpowiedziało natychmiast - jęknęłam w jego usta. Biodra naparły na niego.

 

Druga dłoń sunęła po plecach, niżej, po krzywiźnie bioder... w końcu zatrzymała się na pośladkach. Po chwili wślizgnął się pod majtki. Dokładnie tam, gdzie potrzebowałam. Aż zrobiło mi się miękko w kolanach.

 

Błysk. Dreszcz. Skurcz w podbrzuszu tak gwałtowny, że musiałam zacisnąć palce na jego karku.

 

Znalazł mnie. Dotykał mnie tam, gdzie byłam już wilgotna od samego patrzenia na niego.
- Jezu, jaka mokra... - mruknął mi w usta, nie przerywając pocałunku.

 

Zaczął mnie pieścić. Jeden palec wsunął się między wargi, powoli, rozchylając je. Potem trafił na łechtaczkę.
Zaczął krążyć wokół niej, drażnić, naciskać. Kolana ugięły się pode mną. Oparłam się o niego całym ciężarem, cicho pojękując w jego usta.
Robił to tak dobrze, tak pewnie... Czułam, jak cała płynę. 

 

Moje nogi zaczęły drżeć. Łydki, uda - wszystko. Tama pękła. Fala przeszła od podbrzusza aż po czubek głowy.
Światło nad nami zamigotało - serio, widziałam to. Kolana mi uciekały, biodra szarpały do przodu, do tyłu, nie mogłam złapać oddechu. 
A moje ciało... eksplodowało iskrami. 

 

Tego nie dało się zatrzymać. Kotku... I nawet nie próbowałam. Doszłam po raz drugi dzisiaj.

 

To nie był zwykły orgazm. To było tsunami. 

 

Pamiętam jedynie kadry - krótkie błyski w półmroku. Jak w stroboskopowym świetle:
Moje paznokcie wbite w jego kark.
Krzyk rozkoszy, zdławiony na jego ramieniu.
Ja, nadziana do końca, biodra w gwałtownych spazmach.
Cipka zaciśnięta na jego palcach. 
Przeciążenie sensoryczne... i gwałtowne rozładowanie.
Mroczki przed oczami, czerwień.
I po niej... sekunda ciemności.

 

A kiedy wróciłam... on wciąż trzymał mnie mocno, jakby wiedział, że na chwilę odpłynęłam. 
Mocno, pewnie, z palcami wciąż we mnie, dopóki nie przeszedł mi ostatni dreszcz.

 

 

* * * * * * * * *

 


Gdy wróciła mi świadomość, wiedziałam co muszę zrobić.

Nie tyle "odwdzięczyć się", ile... zetrzeć z jego twarzy ten cholernie pewny siebie uśmieszek.
Chciałam... musiałam! Poczuć go w inny sposób.

 

Gdy nogi znowu zaczęły mi działać normalnie, zsunęłam się w dół. Powoli, jakbym zanurzała się w wodzie. Na kolana.

 

Ułożyłam dłonie na jego udach. Materiał spodni napiął się pod moimi palcami.

 

Wdech.
Z bliska czułam jego ciało. Ciepło.
Był twardy. Gruby, ciężki... tak, że moje usta lekko się rozchyliły same, instynktownie.

 

Nachyliłam głowę i przesunęłam wargami po samej główce. Cień dotyku. Jeszcze go nie brałam. Na razie tylko mój oddech.

Potem czubek języka. Delikatne muśnięcie. Odsunęłam usta na moment, żeby przejechać językiem po całej długości.

A potem... Dopiero wtedy wzięłam go do ust. Powoli. Głęboko.

Smakował... inaczej niż Ty. Obco. I to uczucie, że robię coś zakazanego, nieprzyzwoitego. Że mam w ustach kogoś, kogo imienia nawet nie znam.

Ssałam powoli, badając go ustami, ucząc się jego kształtu, celebrując każdy ruch.

Spojrzałam w górę. Widziałam, jak w końcu traci kontrolę. Jak jego oddech przyspiesza. 

Fajne to było, wiesz? Bardzo mnie to nakręciło...

 

On położył dłoń na mojej głowie. Zaczął poruszać biodrami.

Delikatnie.
W przód.
W tył.
W rytmie, który zapraszał, ale nie wymuszał.

 

Dałam się prowadzić. Usta... same otworzyły się jeszcze bardziej.

 

A ja... Ja czułam, jak fala gorąca znowu zalewa mnie całą. Uda ścisnęły się mocniej. A moja cipka... znowu niebezpiecznie zaczęła pulsować.

 

Byłam tak nakręcona jego smakiem, tą sytuacją, tą "zakazaną" przyjemnością. Moja ręka powędrowała pod sukienkę, zanim pomyślałam.
Ssałam go, a jednocześnie moje palce tańczyły tutaj, między udami. Zsynchronizowany rytm ust i palców. Czułam, jak znowu wzbiera we mnie niebezpieczna fala. 

 

Chciałam dojść, mając go w ustach. 
Albo w środku. 
Chciałam wszystkiego.

 


* * * * * * * * *

 


Agnieszka nagle chwyta mnie za nadgarstek.
- Ej! - mruczy przekornie z lekkim uśmiechem. - Gdzie z tymi rękami? To mam opowiadać dalej, czy nie?

 

Chichocze triumfalnie. Całuje mnie lekko, po czym dodaje:
- No to słuchaj... co mi robił za tą kotarą.

 

 

* * * * * * * * *

 


I właśnie wtedy... znieruchomiał.

 

Spojrzał w dół, na moją twarz z jego członkiem w ustach. Na podciągniętą sukienkę, rękę między udami.
Zrozumiał, że jestem na granicy. Na gorącej, cienkiej krawędzi, od której nie ma odwrotu.
- Wstań - mruknął stanowczo. Jego oczy były czarne od pożądania.

 

Pociągnął mnie w górę zdecydowanie, że zakręciło mi się w głowie.
Byłam miękka po orgazmie, lekka od alkoholu. Podatna.

 

Moje ciało nie prosiło. Krzyczało:
Zrób to. Teraz.
Wejdź we mnie.

 

- Chcę cię - wyjęczał mi do ucha. - Teraz.

 

Odwrócił mnie jednym ruchem. Plecami do siebie.

 

Moje piersi wysunęły się spod materiału.
Nagie.
Rozgrzane.
Sztywne z podniecenia.

 

Przycisnął mnie do muru, unieruchamiając tak skutecznie, że nie mogłam się ruszyć. Dominując.
Z przodu chłód ściany na sutkach. Za plecami jego gorący oddech. A ja pomiędzy. Byłam w potrzasku. Boże... jak mi się to podobało.

 

Podciągnął sukienkę aż do pasa. Chłodne powietrze uderzyło w moje rozpalone pośladki. A ja zadrżałam - z zimna i z przerażającego podniecenia.

 

Nie bawił się w zdejmowanie moich majtek. Zsunął je tylko w dół, do połowy ud. Tak mu się spieszyło. Materiał napiął się, krępując mi nogi. Jak prowizoryczna uprząż.
Stałam tam, przyciśnięta do ściany, z wypiętym, gołym tyłkiem wystawionym na jego łaskę i niełaskę, ze spętanymi udami. Z ociekającą cipką.

 

Odsłonięta.
Uwięziona.
Całkowicie bezbronna.

 

To było takie... upokarzające i podniecające zarazem.

 

Czułam już jego twardą główkę napierającą na wejście. Ocierającą o łechtaczkę. Ślizgał się po mnie, szukając drogi. Fajny był, duuży.

 

Moje ciało krzyczało: TAK!! Chciałam, żeby mnie rozpychał. Chciałam poczuć tą rozkosz i to wypełnienie. Oooo... Kotku, chciałam jego kutasa.

 

Rozszerzyłam nogi, na ile pozwalały mi majtki. Napierałam tyłeczkiem na niego. Błagałam w myślach, żeby pchnął. Żeby zerżnął w końcu Twoją puszczalską żonkę.

 

Byłam dosłownie o milimetr od zdrady totalnej.
O jedno pchnięcie, żeby mnie mieć.


I nagle...
Trzask.

 

Gdzieś obok, może w korytarzu, ktoś głośno trzasnął drzwiami. Potem nagle czyjś perlisty śmiech - brzmiał jak śmiech Moniki.

 

To było jak kubeł zimnej wody. Jak nagłe przebudzenie. Przecież ktoś mógł tutaj wejść. Ktokolwiek. Dziewczyny były tam, dosłownie kilka metrów dalej.

 

A ja, tutaj... półnaga, z rozstawionymi nogami. Z majtkami w kolanach. Z bezwstydną satysfakcją w oczach. Twoja Żonka z cyckami na wierzchu, z wypiętym tyłkiem... Jak jakaś tania dziwka! No co by sobie o mnie pomyślały! 

 

On też to poczuł. Znieruchomiał. Jeden impuls - i napięcie pękło.

 

W tej jednej sekundzie wróciła mi cała świadomość:

Zakład.
Dziewczyny.
Monika.
I... Ty.

 

To nie tak! To przecież nie miała być zdrada. Gra, zabawa - ale nie chciałam Cię zdradzać! 
Fantazja pchnięta mocno za daleko, ale wciąż w granicach, które mogę zatrzymać.

 

Złapałam oddech. Odwróciłam się do niego, odsunęłam się - lekko, ale stanowczo.
Moje ciało protestowało. Dosłownie wyło z niedosytu.
- Ooo, nie tak szybko, kowboju... - wydyszałam. - Nie dzisiaj. Nie tutaj.

 

Spojrzał na mnie zdezorientowany. Był gotowy. Był w punkcie bez powrotu.
- Ale... - głos mu się załamał. - A co ze mną?

 

Ta jego mina sprawiła mi cholerną satysfakcję. Ten pewny siebie mężczyzna stał przede mną nagle potulny, błagalny, wyczekujący.
I to ja decydowałam.

 

Uśmiechnęłam się. Wiedziałam, czego potrzebuje.
- Daj, pomogę ci - szepnęłam, chwytając go w dłoń.

 

Jego oddech natychmiast przyspieszył. Biodra drgnęły. Miałam go w garści - dosłownie i w przenośni.

 

Był o sekundę od utraty kontroli, czułam to w napięciu jego mięśni, w jego pulsie, w drżeniu łydek.
A ta świadomość... że to ja trzymam go na granicy, że ode mnie zależy, czy przekroczy ją teraz czy za chwilę... to było jak narkotyk.

 

Pracowałam dłonią w idealnym rytmie:
nie za szybko - żeby nie skończył od razu,
nie za wolno - żeby nie odzyskał panowania.

 

Pulsował w mojej dłoni, żywy, gorący. Wygiął plecy, westchnął głęboko, prawie jęknął. Uwielbiałam to.

 

Nachyliłam się do jego ucha.
- Spójrz na mnie - wyszeptałam miękko, jakbym prosiła.

 

Oparłam go o ścianę - tak samo, jak on chwilę wcześniej oparł mnie.
Perfekcyjna symetria.

 

Pozwoliłam mu patrzeć: na moje nagie piersi, na moją cipkę lśniącą wilgocią, na rozchylone uda.

 

Nie musiał nawet dotykać - patrzenie wystarczyło.

 

Zbliżyłam usta do jego ucha. Oddychałam tak, by czuł ciepło na szyi. Tak, by nie wiedział, czy chcę go ugryźć, czy pocałować.
- Patrz na mnie, kiedy dochodzisz. - powiedziałam. I wskazując na majtki dodałam. - Tutaj. Teraz.

 

To było to.

 

W tej jednej chwili stracił nad sobą kontrolę całkowicie. Z jego gardła wyrwał się niski, przeciągły jęk, ciało napięło się jak łuk.

 

A potem wystrzelił. Gorące, gęste uderzenia wylądowały na moim brzuchu, udach, na majtkach, na dłoni.
Czułam każdy jego skurcz, każdy puls.

 

A ja... Uklękłam, żeby go tam pocałować - ostatni raz, krótko, miękko, wdzięcznie.

 

Kolejny strzał. Załapałam się na końcową falę. Gęsta lawa spermy trafiła w mój dekolt - rozlała się na piersiach i popłynęła wzdłuż rowka, zostawiając na skórze lepki, błyszczący ślad. 

 

Nie starłam jej. 

 

Podciągnęłam majteczki - mokre, klejące się - na swoją nadal pulsującą cipkę. Zrobiłam to wolno. Tak wolno, żeby widział, jak materiał napina się na moich wargach, jak przylepia do wilgotnej skóry, jak jego sperma miesza się z moją wilgocią. Żeby mu gały wyszły.

 

To było takie... wyuzdane.

 

Poprawiłam sukienkę. Wygładziłam materiał na biodrach. Odgarnęłam włosy.

 

Lepka. Rozpalona. Pachnąca nim. Idealna - gotowa na powrót do stolika.

 

Uśmiechnęłam się lekko.
- Dzięki... - mruknęłam. - Byłeś... pomocny.

 

Odwróciłam się na pięcie i odeszłam, czując na plecach jego zdumienie: "...pomocny?!". Zostawiłam go tam totalnie zdezorientowanego.

W sumie miałam niezłą radochę. Jeszcze przed chwilą władczy, pewny siebie - teraz stał tam z opuszczonymi spodniami, dysząc, próbując ogarnąć, co się właściwie wydarzyło. 

 

Posłałam mu przez ramię ostatni całus w powietrzu. A potem wyszłam.

 


* * * * * * * * *

 


Weszłam z powrotem na salę. Basy wróciły na swoje miejsce - w moim brzuchu. Muzyka szarpała powietrze. Tłum falował.

 

A ja szłam środkiem - już opanowana, rozświetlona.

 

Kaśka zobaczyła mnie pierwsza. Zamarła w pół słowa, potem szturchnęła Ankę.
- O kurwa... - wyszeptała. - Patrz na nią...

 

Anka podniosła wzrok. Ich miny były bezcenne - mieszanina szoku i rosnącej ekscytacji. Jakby nagle znalazły się w środku filmu. Jako role drugoplanowe, ma się rozumieć. Wiedziały już, że coś zmajstrowałam, ale co...?

 

Usiadłam przy stole. Dałam Monice chwilę, żeby skończyła swoją opowieść:
- ... no i się tak całujemy... A ja wtedy ciach! Zabrałam mu krawat i uciekłam do was! Hahaha!

 

Popatrzyłam tak na dziewczyny, że aż przestały gadać.

 

Bez słowa wsunęłam rękę pod sukienkę. Powoli. I po chwili położyłam na środku stołu swoje majtki.

 

Mokre.
Ciężkie.
Ociekające nim.

 

A potem odchyliłam lekko dekolt, pokazując im tę lśniącą, białą smugę na piersi.

 

Anka zrobiła wielkie oczy.
- Ja pierdolę, Aga... - wydyszała z autentycznym podziwem.
 
Kaśka miała nogi złączone tak mocno, że aż było to zabawne.
- O kurwa! - syknęła. - Chyba mamy zwyciężczynię!

 

Monika uniosła brew, skrzywiła usta w zazdrosnym uśmiechu.
- Ty to jednak wariatka jesteś! - rzuciła z przekąsem, a potem wskazując na majtki - Tfu! Zabieraj mi to stąd ;)

 

Po chwili jednak wykrzyknęła:
- Ale... zaraz! To miała być gumka! Pełna gumka! Nie zaliczamy!

 

Dziewczyny wybuchnęły śmiechem, wskazując mnie palcami.

 

Parsknęłam. Sięgnęłam po pierwszy lepszy drink. Napiłam się, poprawiłam włosy, przechyliłam głowę i mrugnęłam do nich bezczelnie.
- Nie zaliczacie? Oj tam, oj tam... - rzuciłam z uśmieszkiem. - A ja... ZALICZYŁAM!


* * * * * * * * *


Agnieszka milknie.
- No widzisz, Kochanie - Jej głos jest miękki, aksamitny. - W sumie... do niczego nie doszło. Prawie. Chociaż... no, było blisko.

- "Niczego"?! Agnieszka... kurde! - mówię ostrzej, niż chciałem.

- Oj, Kotku, no nie złość się...

- Dobra, wrócimy do tego. A teraz - chcę wiedzieć! PRAWDĘ powiedz. Bez kreatywnej księgowości.

- No już mówiłam... - mruknęła, przeciągając dźwięk. - Prawdę, całą prawdę. Fakty! Jak w Twoich raportach kwartalnych...

- Więc NIE? - mówię nadal głośno. - I ja mam niby w to uwierzyć? Chcesz powiedzieć, że nie dałaś mu się przelecieć?

 

Pochyliła usta do mojego ucha.
- No... Prawie-nie-dałam... - wyszeptała. - Bo przecież jestem Twoją wierną żonką...

 

"Prawie-nie-dałam". Cóż za kreatywne usprawiedliwienie.

- Tak?! No, a skąd mam wiedzieć? Pewnie końcówkę zmyśliłaś.

- Ale Kochanie... - nagle brzmi niepokojąco seksownie. - Naprawdę myślisz, że jestem... taka łatwa?

 

Jej usta rozświetla lekki uśmiech, jakby coś wymyśliła.
Nie ma tam ani odrobiny skruchy.
Ani tłumaczenia.

 

Wietrzę jakiś podstęp.

 

Patrzy mi w oczy, unosi brew.
- Wierzysz mi, prawda? 

- Chyba tak...

- No to "tak" czy "chyba"? - powtarza z nutą rozbawienia. - Bo jeśli "chyba", to CHYBA nigdy nie będziesz już pewien...?

 

Chcę jej wierzyć. Tak bardzo, że aż boli. Ale sposób, w jaki to mówi... ta niebezpieczna dwuznaczność, ta jej cholerna duma...

 

Jej głos obniża się do szeptu.
- A myślisz, że byś poznał...? - dłoń sunie w dół brzucha. - Gdyby mnie ktoś przeleciał? 

 

Agnieszka odchyla się i kładzie na plecach.
Powoli, z pełną świadomością rozsuwa nogi. Szeroko.
Bo majtek przecież już nie ma. Porzucone gdzieś tam, poza kadrem.

 

Jej cipka jest nabrzmiała, lśniąca, zachęcająco otwarta. Zaschnięte, lecz nadal widoczne mleczne ślady. Nieprzyzwoicie oczywiste.
- No to sprawdź sam... zobaczymy "czy byś poznał".

 

Nie śpieszy się. Kładzie dłoń na wzgórku łonowym. Przesuwa nią w dół, muskając własne wargi. 
- Hmm... Czułam na sobie całą drogę powrotną.

 

Jej palce znikają na sekundę, zanurzone w sobie, po czym wracają lśniące. Unosi je do światła i... robi lekko zdziwioną minę, jakby znalazła coś ciekawego. Przesuwa palcami po udzie, zostawiając mokry ślad.
- ... a może jednak dałam mu się przelecieć? - jej głos staje się niższy, bardziej chrapliwy. - Może jeszcze trochę tam mam? Głęboko, w sobie...? 

 

Jej dłoń wraca między uda. Kiedy ją wysuwa, na opuszkach palców zostaje cienka, gęsta smużka. Przygląda się jej przez sekundę, a potem przeciąga palec między wargami swojej cipki, tym razem wolniej, prowokacyjnie, jakby chciała rozsmarować olejek do opalania.
- To jak..? Zrobisz mi ten swój słynny "audyt"? - pyta cicho, prawie szeptem. - Z bliska? Językiem?

 

Przechyla głowę.
- Kontroling...? Analizę odchyleń... Co jest moje, a co nie?

 

Unosi jedną nogę, zginając ją w kolanie, otwierając się jeszcze szerzej.

 

Zbliżam się, ale to ona sięga pierwsza. Łapie mnie za włosy. Przyciąga moją głowę między swoje uda. Mocno.

 

Zapach uderza natychmiast.
Słodki. Duszny. Gęsty. Kobiecy.

 

Ale... tak.
Jest w nim ta nuta.
Ta obca, słona.
Wyraźna.

Czuję ją, zanim dotknę językiem jej skóry.

 

Agnieszka uśmiecha się półgębkiem - nie ma już odwrotu. Zaczynam lizać. Powoli. Unosi biodra na spotkanie moich ust.
- Oooo... tak... - jęczy, łapiąc powietrze. - Ale może... może źle zrobiłam?

 

Sapie, mówi z trudem.
- Może wolałbyś, żebym... jednak dała mu się tam zerżnąć? No powiedz... hmm?

 

Wbija się paznokciami, zmuszając, bym patrzył na nią, kiedy mówi. Jęczy głośniej. Kręci biodrami, nabija się na mój język. 
- Powiedz... chciałbyś? Żebym wróciła do domu z pełną cipką, ociekającą jego spermą?

 

Jęczy głośniej, ciało szarpie się pod moimi ustami.
- Pomyśl... liżesz moją cipkę, spijasz moje soki rozkoszy... ale tym razem... wymieszane. Wyobraź sobie... wypływa ze mnie sperma jakiegoś obcego faceta, który przed chwilą przeleciał Twoją żonkę. 

 

Jej ciało napina się.
- Chciałbyś...? Żebym przyszła do ciebie, ale nie po jakimś tam lodziku... Tylko porządnie zerżnięta... Jak na tych twoich filmach... I kazała się wylizać.

 

Widząc, jak intensywnie pracuję językiem, śmieje się - głęboko, triumfalnie.
Dociska moją głowę mocniej.
- Bo wiesz... - szepcze z przerwami na oddech - mam niespodziankę...

 

Przerywa, bo moje usta trafiają idealnie w TEN punkt.
- Zanim wróciłam do dziewczyn... - jęczy, odchylając głowę do tyłu - wzięłam od niego telefon.

 

To ją dobija. To wyuzdane wyznanie i mój język.
- O Boże... tak... tam... szybciej... ja... dochodzę... KOTKU DO-CHO-DZĘ!

 

Jej ciało sztywnieje. Krzyk, który wydobywa się z jej gardła, jest głęboki, zwierzęcy. Uda zaciskają się na Twojej głowie jak imadło.
Pulsuje. Raz, drugi, trzeci. Długie, silne skurcze.

 

Opada na łóżko, sapiąc. Cała w dreszczach. Ociera pot z czoła wierzchem dłoni i patrzy na Ciebie, mrużąc oczy.
- Przytul mnie.

 


* * * * * * * * *

 


Minęło parę chwil. 
Agnieszka przeciąga się jak rozpuszczona kotka. Jej włosy są potargane, oddech powoli wraca, a policzki ma różowe, wciąż rozpalone. Jeszcze trochę nieobecna.

 

Zauważyła mój wzrok na jej udach - mokrych, lśniących, otwartych.
Uśmiechnęła się półgębkiem, takim zmęczonym, ale wyraźnie dumnym.
- Wiesz co...? - zaczyna, przeciągając sylaby. - Całą noc tylko słyszałam, że jestem "ta najgrzeczniejsza", "ta mężatka", "ta, co już nie pije".

 

Przewraca oczami teatralnie, po czym chichocze.
- A Monika, ta cała nasza seks-bogini, wróciła z... krawatem. Serio? Z krawatem?

 

Roześmiała się nagle cicho, jakby nie mogła uwierzyć w dzisiejszy wieczór.
- Wychodzi na to, że z tych wszystkich wielce "wyzwolonych" kobiet przy stoliku... tylko twoja żona miała odwagę pójść na całość.

- "Na całość"? - prychnąłem, choć głos mi zadrżał. - To chyba, kurwa, mało powiedziane...

- Oj, cicho już... Nieważne!

 

Agnieszka unosi brwi, podpiera się na łokciu.
- Oj, kochanie... - mruczy miękko, prawie czule. - Nie rób takiej miny. Przecież widzę, jak cię to nakręciło.

 

Przesuwa dłonią po moim brzuchu, niżej.
- No już... nie obrażaj się.

 

Potem nagle prostuje się, odgarnia włosy. 
- Panie Dyrektorze, mamy tu poważne braki w zaspokojeniu popytu. I... niewykorzystany potencjał. Mam jedno ważne pytanie...

 

Zawiesza głos.

 

- Czy ktoś mnie w końcu porządnie zerżnie?! 

 

Po czym dodaje z udawaną groźbą:
- I postaraj się, Kotku... - mruczy, a jej wargi ledwie dotykają mojego ucha. - Bo on... zawiesił poprzeczkę cholernie wysoko.

 

Oczy jej się śmieją.
Ale nie żartuje.

 


--
voyeur

  • Lubię 7
  • Dziękuję 3

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Prosi się o kontynuację 😀

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Rewelacja! Dawno nie czytałem tu tak dobrego tekstu. Dobrego pod każdym względem, fabuły, słownictwa, "napięcia". A dodatkowo idealnie pasującego do mojej dzisiejszej rozmowy, w temacie babskiego wyjścia do klubu:) Autorze, wyrazy uznania i pisz dalej...

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Tekst pierwsza klasa. Nie mogę się doczekać kontynuacji. 

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Cuckoldplace Poland © 2007 - 2025

Jesteśmy szanującym się forum, istniejemy od 2007 roku. Słyniemy z dużych oraz udanych imprez zlotowych. Cenimy sobie spokój oraz kulturę wypowiedzi. Regulamin naszej społeczności, nie jest jedynie martwym zapisem, Użytkownicy stosują się do zapisów regulaminu.

Cookies

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.

Polityka Wewnętrzna

Nasze Forum jest całkowicie wolne od reklam, jest na bieżąco monitorowane oraz moderowane w sposób profesjonalny przez ekipę zarządzającą. Potrzebujesz więcej informacji? Odwiedź nasz Przewodnik. Jednocześnie przypominamy, że nie przyjmujemy reklamodawców. Dziękujemy za wizytę i do zobaczenia!

×
×
  • Dodaj nową pozycję...