Skocz do zawartości
Dark

Karuzela

Rekomendowane odpowiedzi

Podróżowałem do tego miasteczka pod Krakowem, gdzie czas zapomniał przyspieszyć, może nawet płynąć wstecz. Dni leniwe, jak syrop ściekający po szkle, godziny rozciągnięte, blade. Jak dociera do miasteczka, to jest już trochę zużyty, wyblakły, jakby przeciągnięty przez sito lat. Wszystko pokryte kurzem – dachy, ulice, twarze ludzi – nawet najnowsze plotki osiadają jak pył, matowe, bez blasku.

Droga wiła się leniwie przez pola, żółte od jesiennych liści, a powietrze ciężkie od zapachu wilgotnej ziemi. Przyjechałem do Hani i Maćka, starych znajomych, których dom stał przy ulicy pachnącej mokrym brukiem i sąsiedzkim praniem. Dom ciasny, ale ciepły, jak uścisk dawno niewidzianego przyjaciela. W środku unosił się zapach bigosu, pyrkającego na wolnym ogniu, gęsty, ziemisty, przypominający o prostych rytuałach życia.

Hania siedziała przy stole, średniego wzrostu, z miękkimi, zaokrąglonymi kształtami, które mówiły o życiu poza idealnymi magazynami – lekkie fałdki na brzuchu falujące pod materiałem domowej sukienki, pełne biodra i piersi, jak dojrzałe owoce na gałęzi, kuszące dotykiem, wilgotne od potu codzienności. Jej oczy, zmęczone, ale ciepłe, zerknęły na elektroniczną niańkę, szumiącą jak odległy strumień. Dzieci – Antek, Zosia i mały Franek – spały gdzieś w głębi domu, ich zabawki rozsypane po podłodze jak wspomnienia beztroski. Maciek, mężczyzna o przeciętnej budowie, z lekkim brzuszkiem, który mówił o latach za biurkiem inżyniera budownictwa, oderwał wzrok od papierów. Siedział w fotelu, solidny, jak konstrukcja mostu, który projektował, jego dłonie szorstkie, gotowe do chwytu.

Rozsiadłem się z butelką Kadarki z dyskontu, czerwonej, cierpkiej, jak stare żale. Czułem kurz drogi na skórze, a w powietrzu wisiała ta leniwa cisza miasteczka.

– Jacek, znowu będziesz snuł bajki o swoich podróżach? – zapytała Hania, z lekkim przekąsem, jakby chciała mnie przyłapać na kłamstwie. Jej głos miękki, jak poduszka, drżący lekko pod powierzchnią.

Uśmiechnąłem się, czując, jak wino rozgrzewa gardło.

– Nie tym razem, Haniu. Chcę wiedzieć, jak wam się żyje. Trójka dzieci, małżeństwo jak z z podręcznika o życiu w rodzinie – co słychać w tej codzienności?

Hania parsknęła, kręcąc głową, jej włosy falujące lekko, odsłaniając szyję bladą, gładką.

– Codzienność? Ostatnio naszym wyczynem było to, że Maciek wrócił z pracy przed ósmą, a ja zdążyłam ugotować obiad bez płaczu Franka. Sielanka to nie jest, Jacek. To jak chodzenie po linie, z dziećmi na plecach, ciało napięte, pot spływający po plecach.

Maciek westchnął, odkładając papiery. Jego dłonie, szorstkie od kreślarza, potarły brzuch, palce wsuwające się pod koszulę.

– Małżeństwo to harówa, Jacek. Jak na budowie – nosisz cegły, układasz plany, a wieczorem bolą plecy. Zamiast cegieł, pieluchy i rachunki. Praca pochłania dni, a noce... noce to sen przerywany, ciała splątane w pościeli, ale bez ognia.

Cmoknąłem, patrząc na nich oboje. Hania z tymi krągłościami, które budziły we mnie stare skojarzenia – miękkie, zapraszające, jak poduszki w starym pensjonacie, piersi wznoszące się z oddechem, sutki twardniejące pod cienkim materiałem. Maciek solidny, ale zmęczony, jak most pod ciężarem lat, jego spodnie napięte na udach.

– Harówa? To brzmi jak wyrok. Nie korci was, żeby rozruszać tę rutynę? Dodać coś, co sprawi, że dni nie będą takie... zakurzone?

– Jak? – rzuciła Hania, unosząc brew, jej oczy błyszczące ciekawością, jak krople deszczu na liściu, usta wilgotne od wina.

Nachyliłem się bliżej, czując zapach jej perfum, mieszający się z bigosem, słodki, podniecający.

– Słyszeliście o swingersach? O parach, które dzielą się sobą, jak dzielą się winem przy stole – ciała nagie, wilgotne, ręce wędrujące po skórze, penisy twardniejące w obcych dłoniach, cipki mokre od nieznanych języków.

Maciek spojrzał na mnie, jakby zaproponowałem budowę mostu z piasku.

– Swingersach? Jacek, tu mamy Biedronkę, remizę i msze o siódmej. A ty z czymś takim wyskakujesz. To nie nasz klimat.

– Właśnie dlatego – odparłem, unosząc kieliszek, czerwony płyn falujący jak krew w żyłach. – Życie to nie tylko kapusta i pieluchy. Czasem trzeba wrzucić do kotła trochę chili, ostrego, palącego, jak pchnięcia w ciemnym pokoju, ciała śliskie od potu, jęki mieszające się z oddechami.

Hania zachichotała, ale w jej śmiechu drżało coś nerwowego, jak liść na wietrze, jej uda zaciskające się pod stołem.

– Chili? To o gotowaniu mówimy, czy o czymś, co nas spali od środka? Co z dziećmi? Antkiem, Zosią, Frankiem? To nie żarty, Jacek.

Rozparłem się wygodniej, patrząc na plamę na obrusie, bladą jak wspomnienie.

– To jak karuzela dla dorosłych. Spotykacie inne pary, gawędzicie, flirtujecie. Jak iskrzy, idziecie dalej – ciała splatają się, oddechy mieszają, skóra pali; penisy wślizgują się głęboko, cipki pulsują wokół nich, sperma spływająca po udach, orgazmy wybuchające jak fajerwerki. Jak nie, wracacie do domu, do bigosu. Nic nie tracisz, tylko zyskujesz smak.

Hania zamilkła, wpatrując się w dłonie, jej palce splatające się nerwowo, paznokcie wbijające się w skórę.

– A co, jeśli to rozwali wszystko? Mamy dom, dzieci. To nie przygoda na jedną noc.

Spoważniałem, choć w oczach czaiła się psota.

– Nie rozwali, jeśli wiecie, czego chcecie. Dzieci śpią, niańka szumi jak rzeka. Świat się nie zawali od jednego kroku. Tu, w okolicy, ludzie mają swoje tajemnice. Gadają o księdzu Stefanie z Wadowic, że lubi spowiedzi mężatek za bardzo, blisko, jego ręce pod sutanną, szepty wilgotne. Ale to plotki, zakurzone. Dla was mam coś realnego – zaproszenie na sobotę, gdzie ciała nagie wirują, penisy sztywne, cipki otwarte, jęki wypełniające powietrze.

Hania spojrzała na Maćka, w jej oczach błysnęło coś dawnego – ciekawość, bunt, jak iskra w popiele, jej sutki twardniejące widocznie.

– Myślisz, że to dla nas? Że nie jesteśmy za starzy na takie... karuzele?

– Jeśli życie smakuje jak wczorajszy chleb, suchy i mdły, to tak – odparłem, jakbym sprzedawał bilet na nieznaną podróż. – Wskoczycie? To jak otwarcie okna w dusznym pokoju, powietrze świeże, ciała drżące.

Maciek westchnął głęboko, przeczesując włosy, jego brzuch falujący lekko, oczy na Hani, na jej piersiach.

– To jak skok w przerębel. Zimny, szokujący. Albo się rozgrzejemy, ciała rozpalone, serca bijące szybciej, penisy w cipkach obcych, sperma mieszająca się, albo zamarzniemy na amen. Co z dziećmi? Z pracą? Z tym miasteczkiem, gdzie plotki osiadają jak kurz?

Hania wzruszyła ramionami, ale jej uśmiech drżał, dziki, jak zwierzę budzące się ze snu. Wahanie wisiało w powietrzu, gęste jak dym z komina. Spojrzała na Maćka, potem na mnie, jej piersi unoszące się z oddechem, fałdki na brzuchu drżące lekko pod sukienką.

– A jeśli to błąd? Jeśli wrócimy inni, z rysami na duszach, ciała naznaczone obcymi dotykami?

– Może rysy to właśnie życie – szepnąłem. – Bez nich wszystko jest gładkie, nudne.

Maciek milczał, oczy zmrużone, jakby kalkulował wytrzymałość mostu. Hania gryzła wargę, wilgotną, czerwoną, jej uda rozchylające się lekko. Cisza ciągnęła się, jak droga przez pola. W końcu Hania skinęła głową, wahanie wciąż w głosie. – Dobra, idziemy. Niech się dzieje. Ale jeśli to zimny przerębel...

Uśmiechnąłem się, czując dreszcz przygody. Miasteczko spało za oknem, zakurzone, ale w nas coś budziło się, ostre jak chili. Czas tu zapomniał przyspieszyć, może nawet płynąć, a kurz osiadał na wszystkim, nawet na naszych pragnieniach, matowych, czekających na wstrząs.

  • Lubię 2

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Było późno, a dom pogrążał się w ciszy, przerywanej tylko skrzypieniem starych podłóg, układających się do snu jak zmęczone kości. Franek spał od godzin, jego oddech szumiał cicho przez elektroniczną niańkę na stoliku, jak odległy strumień w nocy. Leżałam w łóżku, głowa na poduszce, palce przesuwały się po ekranie telefonu, niebieska poświata malowała mi twarz bladą, zimną. Maciek już pod kołdrą, patrzył na mnie z mieszanką czułości i czegoś innego – ciekawości, może niepokoju, jak cień na ścianie.

Poruszył się. Materac ugiął pod jego ciężarem, lekkim brzuszkiem falującym lekko.

– Nadal myślisz o tym, co powiedział Jacek? – zapytał cicho, niby obojętnie, ale w głosie czaiło się zainteresowanie, ostre jak igła.

Zerknęłam na niego. Uśmiech musnął mi usta, lekki, jak dotyk pióra.

– Może. Nie co dzień zapraszają cię na imprezę swingersów w miasteczku, gdzie największym skandalem jest, czy żona burmistrza przefarbowała włosy na rudo.

Maciek zachichotał, ale jego myśli krążyły dalej. Słowa Jacka obudziły we mnie coś dziwnego – mieszankę zazdrości i fascynacji, jak zakurzony smak wina. Nie byłam pewna, czy mi się to podoba, ale nie mogłam przestać myśleć.

– Wiesz – rzuciłam, udając luz – zastanawiam się, jak by to było… gdybyś ty i jakaś inna…

Maciek uniósł brew, odkładając gazetę na bok.

– Gdybym ja i inna co?

Zawahałam się. Przysunęłam bliżej, głos zniżyłam do szeptu, ciepłego, wilgotnego.

– Gdyby ona… no wiesz… cię przeleciała. Cipka obca, mokra, ściskająca twojego kutasa.

Oczy Maćka rozszerzyły się, ale nie odwrócił wzroku. Przechylił głowę, przyglądając mi się, jakbym była nowym kształtem w znanym krajobrazie.

– Mówisz poważnie?

Wzruszyłam ramionami, próbując zachować spokój, choć serce biło szybciej, jak bęben w ciszy.

– To tylko myśl. Jacek zawsze był takim czarusiem. A ty… jesteś sobą, solidny, z tym brzuszkiem, co lubię ściskać.

Roześmiał się cicho, ale w oczach iskierka – psotna, jak błysk w kurzu.

– Czyli wyobrażasz sobie mnie z inną? To… interesujące.

Poczułam gorąco na karku, ale brnęłam. Palce drżały lekko.

– No, tak sobie myślę. Ona pewnie znałaby sztuczki, światowe, jak Jacek. Wsunęłaby rękę w twoje spodnie, ścisnęła kutasa, aż stwardnieje, pulsujący.

Maciek przełknął ślinę, puls przyspieszył, widać po szyi.

– I chcesz wiedzieć, co by zrobiła?

Przysunęłam się, dłoń na jego torsie, ciepła skóra pod palcami.

– Może.

Uśmiechnął się zadziornie, palce kreśliły kółka na mojej skórze, lekkie, drażniące.

– Dobra, pobawmy się. Jak myślisz, jak inna by mnie… obsłużyła? Cipka ciasna, mokra, śliska od soków.

Wzięłam oddech, starając się zachować spokój, choć wilgoć zbierała się między udami.

– Pewnie gładka i pewna siebie. Szepcze sprośności do ucha, drugą ręką rozpina spodnie, chwyta kutasa, masuje, aż kapie z wacka.

Maciek zachichotał.

– Serio? A co by powiedziała?

Zastanowiłam się, obniżyłam głos, naśladując szept obcej.

– „Maciek, jesteś taki twardy. Pozwól, że wezmę cię w usta, ssąc głęboko, aż sperma wybuchnie.”

Parsknął śmiechem, radosnym, niepowstrzymanym.

– To okropne! Brzmisz jak tani romans z poczty .

Uśmiechnęłam się, zachęcona. Ciało drżało lekko.

– Czekaj, to nie wszystko. Potem popisowy numer – podnosi cię, sadza na blacie, liże cipkę, język wślizgujący się głęboko, ssąc łechtaczkę.

Oczy Maćka rozbłysły rozbawieniem.

– Na blat w kuchni? Przy lodówce z rysunkami Antka? To nie seksowne, to ryzyko.

Zaśmiałam się, napięcie zelżało, jak para z garnka.

– No dobra, może nie kuchnia. Ale wiesz, szarmancka, jak z 365 dni albo jak Dżoana Krupa.

Pochylił się, usta musnęły moje ucho, ciepły oddech.

– A co, jeśli powiem, że nie chcę innej? Chcę ciebie, tu, teraz, twoją cipkę mokrą, ściskającą.

Zamarłam, zapominając o Jacku. Ale myśl krążyła, dreszczyk dziwny.

– W sumie – mruknęłam – to podniecające, nie? Wyobrażać sobie to. Inna ssąca twojego kutasa, sperma na jej twarzy.

Maciek odsunął się lekko, przyglądając.

– Naprawdę?

Skinęłam głową, nieśmiało, wilgoć między nogami rosła.

– No. Nie żebym chciała naprawdę, ale… pomysł fajny. 

Uśmiechnął się powoli, świadomie.

– Okej. To niech będzie fajnie.

Przerzuciłam nogę przez jego biodra, siadając okrakiem. Ruch nagły, łóżko skrzypnęło głośno. Zamarliśmy, zerkając na niańkę. Cisza. Franek spał.

Uśmiechnęłam się z góry, piersi falujące pod koszulą.

– Droga wolna.

Ręce Maćka na mojej talii, przyciągnęły bliżej, palce wsunęły pod materiał.

– Więc, gdybym był z inną, co bym zrobił?

Przechyliłam głowę, udając namysł.

– Hm, inna pewnie powiedziałaby: „Jesteś taki duży. Pragnęłam cię od jarmarku, jak jadłeś obwarzanek.”

Parsknął.

– Obwarzanek? Serio?

– Lokalny specjał – droczyłam się – Romantyczny a jednocześnie twardy jak skałą.

– Dobra. – Przesunął dłonie po bokach, drażniąc. Palce dotknęły fałdek na brzuchu, miękkich, falujących.

Pocałował mnie głęboko, język wślizgujący się, smak wina. Odpowiedziałam, palce w jego włosach, ciągnąc lekko.

Odsunęliśmy się, brak tchu.

– Nieźle. Ale myślę, że inna byłaby odważniejsza. Wsunęłaby kutasa głęboko, cipka pulsująca.

Uniósł brew.

– Odważna jak?

Pochyliłam się, szepcząc do ucha.

– Przewraca cię na plecy, bierze kontrolę. Pokazuje, kto rządzi, siada, nabija się mocno na kutasa, wypełniającego cipkę.

Fala gorąca. Jednym ruchem Maciek przeturlał nas, przygniatając do materaca, brzuch na moim, ciężki.

Pisnęłam, potem śmiech.

– Dokładnie. Choć znając mnie, przewróciłabym lampę.

Zerknęłam na stolik, lampka zachwiała się.

– Słuszna. Może uważaj.

Pokręcił głową, oczy lśniące.

– Nie, bądźmy nieostrożni.

Pocałował mocniej, ręce wędrowały po ciele, znajome, ale nowe. Całując szyję, mruknął:

– A gdyby ciebie brał Jacek. On jest mistrzem gadki. „Jesteś taka mokra, cipko, dla mnie?”

Zachichotałam, wyginając się, sutki twarde, ocierające o koszulę.

– Banalne. Ale seksowne.

Uśmiechnął się przy skórze.

– Podoba ci się?

Przygryzłam wargę, kiwając.

– Może.

Głos niski, szorstki.

– Powiedz, czego chcesz. Jak to chcesz, dosłownie.

Zadrżałam, dłonie na ramionach.

– Chcę, żebyś mnie wziął mocno, szybko. Kutasa głęboko, pchnięcia gwałtowne, cipka rozciągnięta, soki spływające po udach.

Ustawił się między nogami, ruchy pośpieszne. Wśliznął się, twardy, wypełniający. Jęknęliśmy, uczucie przytłaczające, cipka ściskająca kutasa, mokra, gorąca.

Łóżko pisnęło głośno. Zamarliśmy, oczy szeroko, potem śmiech.

– Cicho! – szepnęłam, dusząc chichot. – Obudzisz Franka!

Próbował opanować, bez skutku.

– To łóżko jak alarm.

Uśmiechnęłam się.

– Na podłogę?

Pokręcił głową, śmiejąc.

– Nie nastolatki. Podłoga zimna.

– Słusznie. – Oplotłam nogami biodra, przyciągając głębiej, cipka pulsująca wokół kutasa.

Skinął, skupiony. Ale skrzypienie przy każdym pchnięciu, głośniejsze, jak spisek. Absurd podsycał, śmiech z jękami.

Nie wytrzymałam.

– Pieprzyć to – burknęłam, pchnęłam biodrami, mocniej, cipka śliska, kutasa wciągająca.

Oczy rozszerzone, ale nie zatrzymał. Dopasował tempo, paznokcie w plecach, rysy zostawiające. Śmiech mieszał się z podnieceniem.

Zbliżając się, pochylił się, usta przy uchu.

– Jacek nie miałby problemu. Wymyślne cichą pozycję.

Zaśmiałam się, zdyszana.

– Tak, na stojąco, jak w filmach, kutasa w cipce, sperma kapiąca.

Uśmiechnął się.

– Taa, poślizgnąłby się, wywrócił.

Obraz komiczny. Śmialiśmy się, ciała trzęsły, blisko finału.

Ale wróciliśmy. Ruchy zdecydowane, cipka zaciskająca, kutasa masująca, soki mieszające się z preejakulatem. Śmiech w westchnienia, oczy w oczy.

– Nie przestawaj – szepnęłam. – Proszę.

Nie przestał. Popchnął poza krawędź, orgazm wybuchł, cipka konwulsyjnie ściskająca kutasa, sperma gorąca, wypełniająca, spływająca po udach. Mieszanka rozkoszy, ulgi, skrzypnięcie ostatnie.

Opadliśmy, zdyszani, oddechy nierówne. Cisza ciężka.

Z niańki wydobył się głos. To Franek zakwilił przez sen.

Westchnęłam, zadowolona.

– Idealne wyczucie czasu.

Maciek zaśmiał się, przewracając na bok.

– Przynajmniej go nie obudziliśmy.

Odwróciłam się, wyraz złagodniał.

– To było… inne.

Skinął, odgarniając włosy.

– Dobre inne?

– Zdecydowanie. – Zamilkłam, uśmieszek. – Ale następnym razem pomińmy Jacka.

Roześmiał się, przyciągając.

– Zgoda. Lepiej go zostawmy.

Leżeliśmy, bliskość jak koc. Miasteczko spało, nieświadome rewolucji w sypialni. Monotonia pękła, na noc, humor, pożądanie, absurd. Obietnica soboty unosiła się, kuszący znak, w kurzu miasteczka, gdzie czas zapomniał przyspieszyć, może nawet płynąć.

  • Lubię 3
  • Zauroczenie 1

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Było późno, a dom pogrążał się w ciszy, przerywanej tylko skrzypieniem starych podłóg, układających się do snu jak zmęczone kości. Franek spał od godzin, jego oddech szumiał cicho przez elektroniczną niańkę na stoliku, jak odległy strumień w nocy. Leżałam w łóżku, głowa na poduszce, palce przesuwały się po ekranie telefonu, niebieska poświata malowała mi twarz bladą, zimną. Maciek już pod kołdrą, patrzył na mnie z mieszanką czułości i czegoś innego – ciekawości, może niepokoju, jak cień na ścianie.

Poruszył się. Materac ugiął pod jego ciężarem, lekkim brzuszkiem falującym lekko.

– Nadal myślisz o tym, co powiedział Jacek? – zapytał cicho, niby obojętnie, ale w głosie czaiło się zainteresowanie, ostre jak igła.

Zerknęłam na niego. Uśmiech musnął mi usta, lekki, jak dotyk pióra.

– Może. Nie co dzień zapraszają cię na imprezę swingersów w miasteczku, gdzie największym skandalem jest, czy żona burmistrza przefarbowała włosy na rudo.

Maciek zachichotał, ale jego myśli krążyły dalej. Słowa Jacka obudziły we mnie coś dziwnego – mieszankę zazdrości i fascynacji, jak zakurzony smak wina. Nie byłam pewna, czy mi się to podoba, ale nie mogłam przestać myśleć.

– Wiesz – rzuciłam, udając luz – zastanawiam się, jak by to było… gdybyś ty i jakaś inna…

Maciek uniósł brew, odkładając gazetę na bok.

– Gdybym ja i inna co?

Zawahałam się. Przysunęłam bliżej, głos zniżyłam do szeptu, ciepłego, wilgotnego.

– Gdyby ona… no wiesz… cię przeleciała. Cipka obca, mokra, ściskająca twojego kutasa.

Oczy Maćka rozszerzyły się, ale nie odwrócił wzroku. Przechylił głowę, przyglądając mi się, jakbym była nowym kształtem w znanym krajobrazie.

– Mówisz poważnie?

Wzruszyłam ramionami, próbując zachować spokój, choć serce biło szybciej, jak bęben w ciszy.

– To tylko myśl. Jacek zawsze był takim czarusiem. A ty… jesteś sobą, solidny, z tym brzuszkiem, co lubię ściskać.

Roześmiał się cicho, ale w oczach iskierka – psotna, jak błysk w kurzu.

– Czyli wyobrażasz sobie mnie z inną? To… interesujące.

Poczułam gorąco na karku, ale brnęłam. Palce drżały lekko.

– No, tak sobie myślę. Ona pewnie znałaby sztuczki, światowe, jak Jacek. Wsunęłaby rękę w twoje spodnie, ścisnęła kutasa, aż stwardnieje, pulsujący.

Maciek przełknął ślinę, puls przyspieszył, widać po szyi.

– I chcesz wiedzieć, co by zrobiła?

Przysunęłam się, dłoń na jego torsie, ciepła skóra pod palcami.

– Może.

Uśmiechnął się zadziornie, palce kreśliły kółka na mojej skórze, lekkie, drażniące.

– Dobra, pobawmy się. Jak myślisz, jak inna by mnie… obsłużyła? Cipka ciasna, mokra, śliska od soków.

Wzięłam oddech, starając się zachować spokój, choć wilgoć zbierała się między udami.

– Pewnie gładka i pewna siebie. Szepcze sprośności do ucha, drugą ręką rozpina spodnie, chwyta kutasa, masuje, aż zaczyna kapać z główki.

Maciek zachichotał.

– Serio? A co by powiedziała?

Zastanowiłam się, obniżyłam głos, naśladując szept obcej.

– Maciek, jesteś taki twardy. Pozwól, że wezmę cię w usta, ssąc głęboko, aż sperma wybuchnie.

Parsknął śmiechem, radosnym, niepowstrzymanym.

– To okropne! Brzmisz jak tani romans z poczty.

– Czytałeś ukradkiem?

Uśmiechnęłam się, zachęcona. Ciało drżało lekko.

– Czekaj, to nie wszystko. Potem popisowy numer – podnosi cię, sadza na blacie, liże cipkę, język wślizgujący się głęboko, ssąc łechtaczkę.

Oczy Maćka rozbłysły rozbawieniem.

– Na blat w kuchni? Przy lodówce z rysunkami Antka? To nie seksowne, to ryzyko.

Zaśmiałam się, napięcie zelżało, jak para z garnka.

– No dobra, może nie kuchnia. Ale wiesz, szarmancko.

Pochylił się, usta musnęły moje ucho, ciepły oddech.

– A co, jeśli powiem, że nie chcę innej? Chcę ciebie, tu, teraz, twoją cipkę mokrą, ściskającą.

Zamarłam, zapominając o Jacku. Ale myśl krążyła, dreszczyk dziwny.

– W sumie – mruknęłam – to podniecające, nie? Wyobrażać sobie to. Inna ssąca twojego kutasa, sperma na jej twarzy.

Maciek odsunął się lekko, przyglądając.

– Naprawdę?

Skinęłam głową, nieśmiało, wilgoć między nogami rosła.

– No. Nie żebym chciała naprawdę, ale… pomysł fajny.

Uśmiechnął się powoli, świadomie.

– Okej. To niech będzie fajnie.

Przerzuciłam nogę przez jego biodra, siadając okrakiem. Ruch nagły, łóżko skrzypnęło głośno. Zamarliśmy, zerkając na niańkę. Cisza. Franek spał.

Uśmiechnęłam się z góry, piersi falujące pod koszulą.

– Droga wolna.

Ręce Maćka na mojej talii, przyciągnęły bliżej, palce wsunęły pod materiał.

– Więc, gdybym był z inną, co bym zrobił?

Przechyliłam głowę, udając namysł.

– Hm, inna pewnie powiedziałaby: „Jesteś taki duży. Pragnęłam cię od jarmarku, jak jadłeś obwarzanek.”

Parsknął.

– Obwarzanek? Serio?

– Lokalny specjał – droczyłam się. – Romantyczny. I zawsze twardy.

– Dobra. – Przesunął dłonie po bokach, drażniąc. Palce dotknęły fałdek na brzuchu, miękkich, falujących.

Pocałował mnie głęboko, język wślizgujący się, smak wina. Odpowiedziałam, palce w jego włosach, ciągnąc lekko.

Odsunęliśmy się, brak tchu.

– Nieźle. Ale myślę, że inna byłaby odważniejsza. Wsunęłaby kutasa głęboko, w pulsującą cipkę.

Uniósł brew.

– Odważna jak?

Pochyliłam się, szepcząc do ucha.

– Przewraca na plecy, bierze kontrolę. Pokazuje, kto rządzi, pchnięcia mocne, wypełniające.

Fala gorąca. Jednym ruchem przeturlał nas, przygniatając do materaca, brzuch na moim, ciężki.

Pisnęłam, potem śmiech. Zerknęłam na stolik, lampka zachwiała się.

– Dokładnie. Choć znając mnie, przewróciłabym lampę.

– Słusznie. Lepiej uważać.

Pokręcił głową, oczy lśniące.

– Nie, bądźmy nieostrożni.

Pocałował mocniej, ręce wędrowały po ciele, znajome, ale nowe. Całując szyję, mruknął:

– Jacek pewnie mistrz gadki. „Jesteś taka mokra, cipko, dla mnie?”

Zachichotałam, wyginając się, sutki twarde, ocierające o koszulę.

– Banalne. Ale seksowne.

Uśmiechnął się przy skórze.

– Podoba ci się?

Przygryzłam wargę, kiwając.

– Może.

Głos niski, szorstki.

– Powiedz, czego chcesz. Jak to chcesz, dosłownie.

Zadrżałam, dłonie na ramionach.

– Chcę, żebyś mnie wziął mocno, szybko. Kutasa głęboko, pchnięcia gwałtowne, cipka rozciągnięta, soki spływające po udach.

Ustawił się między nogami, ruchy pośpieszne. Wśliznął się, twardy, wypełniający. Jęknęliśmy, uczucie przytłaczające, cipka ściskająca kutasa, mokra, gorąca.

Łóżko pisnęło głośno. Zamarliśmy, oczy szeroko, potem śmiech.

– Cicho! – szepnęłam, dusząc chichot. – Obudzisz Franka!

Próbował opanować, bez skutku.

– To łóżko jak alarm.

Uśmiechnęłam się.

– Na podłogę?

Pokręcił głową, śmiejąc.

– Nie nastolatki. Podłoga zimna.

– Racja. – Oplotłam nogami biodra, przyciągając głębiej, cipka pulsująca wokół kutasa.

Skinął, skupiony. Ale skrzypienie przy każdym pchnięciu, głośniejsze, jak spisek. Absurd podsycał, śmiech z jękami.

Nie wytrzymałam.

– Pieprzyć to – burknęłam, pchnęłam biodrami, mocniej, cipka śliska, kutasa wciągająca.

Oczy rozszerzone, ale nie zatrzymał. Dopasował tempo, paznokcie w plecach, rysy zostawiające. Śmiech mieszał się z podnieceniem.

Zbliżając się, pochylił się, usta przy uchu.

– Jacek nie miałby problemu. Wymyślne łóżko, ciche.

Zaśmiałam się, zdyszana.

– Albo na stojąco, jak w filmach, kutasa w cipce, sperma kapiąca.

Uśmiechnął się.

– Taa, poślizgnąłby się, wywrócił.

Obraz komiczny. Śmialiśmy się, ciała trzęsły, blisko finału.

Ale wróciliśmy. Ruchy zdecydowane, cipka zaciskająca, kutasa masująca, nasze mieszające się we mnie soki. Śmiech w westchnienia, oczy w oczy.

– Nie przestawaj – szepnęłam. – Proszę.

Nie przestał. Popchnął poza krawędź, orgazm wybuchł, cipka konwulsyjnie ściskająca kutasa, sperma gorąca, wypełniająca, spływająca po udach. Mieszanka rozkoszy, ulgi, skrzypnięcie ostatnie.

Opadliśmy, zdyszani, oddechy nierówne. Cisza ciężka.

Z niańki wydobyło się kwilenie. Franek poruszył się, mamrocząc.

Westchnęłam, zadowolona.

– Idealne wyczucie czasu.

Maciek zaśmiał się, przewracając na bok.

– Przynajmniej go nie obudziliśmy.

Odwróciłam się, wyraz złagodniał.

– To było… inne.

Skinął, odgarniając włosy.

– Dobre inne?

– Zdecydowanie. – Zamilkłam, uśmieszek. – Ale następnym razem pomińmy Jacka.

Roześmiał się, przyciągając.

– Zgoda. Lepiej jako żart.

Franek zasnął.

Leżeliśmy, bliskość jak koc. Miasteczko spało, nieświadome rewolucji w sypialni. Monotonia pękła, na noc, humor, pożądanie, absurd. Obietnica soboty unosiła się, kuszący znak, w kurzu miasteczka, gdzie czas zapomniał przyspieszyć, może nawet płynąć.

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Sobotni poranek w naszym małym domu pod Krakowem był jak kadr z starego filmu – szary, wilgotny, z zapachem kawy i dziecięcych płatków rozsypanych po kuchennym blacie. Hania kręciła się w szlafroku, który ledwo zakrywał jej pełne biodra, sutki prześwitywały przez cienki materiał, a ja siedziałem przy stole z kubkiem w dłoniach, czując, jak serce mi wali gdzieś w gardle. Dzieci już u babci, niańka odwołana, a w powietrzu wisiała ta decyzja – jedziemy. Na tę imprezę. Do willi na obrzeżach Warszawy, gdzie wszystko ma się zdarzyć albo rozpaść jak domek z kart.

Podróż autem dłużyła się jak droga przez mgłę – autostrada rozmazana deszczem, wycieraczki tańczące w rytm nerwów. Hanka milczała, jej dłoń na moim udzie, paznokcie wbijające się lekko w materiał spodni, a ja myślałem o tym, co przed nami: ciała obcych ludzi, zapach potu i perfum, jęki tłumu. Mój kutas drżał na samą myśl, że ktoś inny weźmie ją tak, jak ja nigdy nie potrafiłem – mocno, bez ceregieli, zostawiając w niej swój ślad. Zazdrość? Tak, gryzła jak rdza, ale pod spodem pulsowało coś innego – wolność, upokorzenie, które smakuje jak miód zmieszany z octem.

Dotarliśmy wieczorem. Brama wysoka, ogród tonący w lampionach, muzyka dudniąca nisko, jak bicie drugiego serca. Gospodarze przy wejściu – ona w fioletowej minisukience, która przylegała do ciała jak wilgotna skóra, sutki sterczące pod półprzezroczystym materiałem, stringi ledwo widoczne; on w czarnym garniturze, koszula rozpięta, wybrzuszenie w kroku nie pozostawiające wątpliwości. Szampan w kieliszkach, maski na twarze – czarne, weneckie, z piórami. Zasady proste: zgoda, anonimowość, "czerwone" zatrzymuje wszystko.

Weszliśmy w ten świat jak w sen na jawie. Ogród wiły się ścieżkami, basen błękitny, leżaki w cieniu. Ludzie – nie modele z katalogów, tylko prawdziwi, z fałdkami na brzuchach, rozstępami na udach, brzuszkiem u facetów. Kobieta w tiulowej spódniczce, topless, piersi ciężkie, kołyszące się swobodnie, perłowy naszyjnik spływający między nimi; obok facet w obcisłym trykocie, kutas rysujący się pod materiałem jak obietnica. Inna w kraciastej koszuli zawiązanej pod biustem – przy każdym ruchu cycki wyskakiwały, sutki migające w świetle. Kowboj z kamizelką na gołym torsie, jeansy nisko, linia włosów prowadząca w dół.

Przechadzaliśmy się wolno, ręka w rękę, a ja czułem, jak drży – jej cipka pod sukienką już wilgotna, powietrze muskało ją bezpośrednio, sutki twarde jak kamienie. Mijaliśmy grupki: dłonie na udach, pocałunki w szyję, palce w cipkach lub na kutasach przez materiał. W altanie ona z rozcięciem w sukience, nagie podbrzusze lśniące, facet leniwie masujący jej łechtaczkę, ona sączy wino, biodra falują.

A potem ta brunetka pod drzewem – w czarnej, błyszczącej sukience z winylowymi paskami, niby przykrywającymi wielkie cycki, ale przy ruchu wszystko odsłaniającymi, sutki błyszczące, obroża na szyi z kółkiem. Czterej rosłych w jeansach i podkoszulkach, pot na torsach, dłonie klepiące ją po dupie. Obok elegancki w garniturze – pewnie mąż, stojący biernie, kutas twardy w spodniach.

Żona ścisnęła moją dłoń mocniej.

– Spójrz na nią – szepnęła, głos drżący od podniecenia. – Z tymi paskami niby przykrywającymi cycki, ale tak naprawdę wszystko pokazującymi... I ta obroża, jak u suki gotowej na wszystko. A ci faceci wokół, w tych prostych jeansach, dotykają jej bez ceregieli. Ciekawe, czy to jej mąż w tym garniturze tylko patrzy...

– Oni biorą, co chcą – odparłem, czując, jak mój kutas boli od twardości.

– Wyobraź sobie... oni ją otaczają, szorstkie łapska na jej skórze, a on stoi i patrzy. Podniecony i upokorzony jednocześnie.

Przy basenie inna scena – kobieta w obcisłej sukience, trzcinka w dłoni, ale to już nie ważne. Bo wtedy ich zobaczyliśmy: Asię i Pawła. Stali trochę z boku, ona w czarnej sukience przylegającej do ciała, głębokie wycięcie na piersiach, materiał cienki, bez niczego pod spodem – sutki rysujące się wyraźnie, biodra zaokrąglone, plecy odsłonięte aż do linii dupy. On w garniturze, koszula rozpięta, oczy błyszczące zza maski.

Podszliśmy bliżej, serce mi waliło jak młot. Hania uśmiechnęła się pierwsza, a ja poczułem ten dreszcz – oni nowicjusze, jak my, ale coś w ich spojrzeniach mówiło, że są gotowi głębiej.

– Cześć – powiedziała Hanka , głos niski, zmysłowy. – Wyglądacie na takich, co pierwszy raz... jak my.

Asia odwzajemniła uśmiech, jej oczy szkliste od szampana i napięcia.

– Tak, dokładnie. Jestem Asia, to mój mąż Paweł. A wy?

– Hania i Maciek – odparła moja żona, a ja kiwnąłem głową, czując, jak powietrze gęstnieje.

Paweł podał rękę, uścisk mocny, ale oczy miał wbite w dekolt mojej żony.

– Świetna impreza, co? – zapytał. – Trochę szokujące na początek, ale... podniecające.

Rozmowa potoczyła się sama – o tym, jak tu trafili, o fantazjach szeptanych w nocy, o tym, co widzieliśmy. Asia śmiała się cicho, dłoń Pawła na jej talii, powoli zsuwająca się niżej. Hania flirtowała otwarcie, nie pamiętałem już jej takiej. Jej biodro ocierające się o moje, ale wzrok już na Pawle.

A ja stałem tam, obserwując, jak karuzela zaczyna się kręcić. Mój kutas pulsował, zazdrość mieszała się z pożądaniem, a w głowie kołatała myśl: ta nasza karuzela – coraz szybsza, bez hamulców.
Staliśmy tam, w tej altanie oplecionej bluszczem, który szeleścił jak odległe echo moich własnych myśli – tych chaotycznych, wirujących w głowie jak liście na wietrze podczas długiej, nocnej podróży przez nieznane terytoria pożądania. Powietrze było gęste, przesycone słodkim zapachem kwitnących róż wymieszanym z ostrym, męskim potem i wilgotną nutą podniecenia, co zawsze kojarzyło mi się z wilgotną ziemią po burzy, czymś pierwotnym, co budzi się w ciele i nie daje się ujarzmić. Mój brzuch falował lekko pod rozpiętą koszulą, wilgotny od potu, który zbierał się w zagłębieniach skóry, a członek w khaki spodniach napierał boleśnie na materiał, pulsując w rytm muzyki dudniącej w tle, jak serce tłumu gotowe do eksplozji. Hania, moja Hania, z jej miękkimi, zaokrąglonymi kształtami – te lekkie fałdki na brzuchu drżące pod czerwoną satyną sukienki, stringi wcinające się głęboko między wilgotne fałdki cipki, ocierające o łechtaczkę przy każdym geście, sutki sterczące jak twarde kamyki pod cienkim materiałem – mówiła dalej, jej głos obniżając się do zmysłowego szeptu, który wibrował we mnie jak dotyk obcej dłoni na skórze.

– Maciek i ja rozmawialiśmy o tym w aucie po drodze tutaj – dodała, jej głos obniżając się do zmysłowego szeptu.

– To miejsce jest idealne – anonimowe dzięki maskom, pełne ludzi, którzy nie oceniają, tylko cieszą się ciałem. Chcieliśmy zacząć powoli, poczuć smak czegoś nowego, bez presji, może dotyk obcej skóry, lekkie przytulenie, które rozpali ogień. Wyglądacie na otwartych... Widzieliście tę parę w altanie, gdzie facet głaszcze cipkę kobiety na leżaku? Jej jęki, te wilgotne dźwięki... To nas nakręciło, czuję, jak moje stringi są już mokre.

Kiwnąłem głową, moje oczy błyszczące zza czarnej maski z złotymi akcentami, gdy podszedłem bliżej do Asi, mój oddech przyspieszony, ciężki, jak po wspinaczce na stromy pagórek w nieznanym kraju – wybrzuszenie w spodniach rosło, ocierając się lekko o jej biodro, gdy stanąłem zbyt blisko, moja koszula wilgotna od potu, pachnąca męskim, ostrym zapachem, który mieszał się z jej perfumami, budząc we mnie falę gorąca, jak słońce palące skórę w południe. Czułem, jak jej ciepło przenika przez tkaninę, a moje myśli wirowały: to jak skok w nieznaną rzekę, gdzie nurt wciąga cię głębiej, niż planowałeś, mieszając strach z ekstazą.

– Dokładnie, Hania ma rację – dodałem, mój głos niski, drżący lekko od nerwów, ale pełen podniecenia, jak echo w pustej dolinie, co potęguje samotność i bliskość zarazem.

A potem Asia odpowiedziała, jej słowa zawisły w powietrzu jak dym z ogniska, prowokujące, budzące we mnie wizje tych scen, które widzieliśmy wcześniej – brunetka otoczona szorstkimi rękami robotników, jej piersi wyskakujące spod pasków, śmiech mieszający się z plaśnięciami po pośladkach. To uderzyło mnie jak nagła refleksja w trakcie podróży: jesteśmy tu wszyscy jak wędrowcy, szukający granic własnego ciała.

– Szok, ale podniecający. Te sceny... Widzieliśmy też tę grupkę z prostych mężczyzn, jak klepią brunetkę, a ona się śmieje, jej piersi prawie wyskakujące spod pasków. To nas zainspirowało. Jesteśmy otwarci na nowe doświadczenia, ale bez pośpiechu, może zacząć od rozmowy, a potem... coś lekkiego? Czuję, jak mi kutas twardnieje na samą myśl, spodnie cisną. Wy też czujecie to napięcie w powietrzu? – powiedziała Asia.

Hania przełknęła ślinę, jej cipka wilgotniejąc pod stringami, które wciskały się między różowe, lepkie fałdki, ocierając o nabrzmiałą łechtaczkę przy każdym ruchu – spojrzała na Pawła, jej dłoń opadająca niżej, muskająca jego tors przez koszulę, palce czujące ciepło i napięte mięśnie pod materiałem, jakbym sam czuł ten dotyk, echo zazdrości mieszające się z podnieceniem, paliwem dla moich własnych fantazji, gdzie upokorzenie staje się rozkoszą. Patrzyłem na to z boku, mój kutas twardniejąc boleśnie, pulsujący, gotowy wyskoczyć ze spodni, a myśli wirowały jak impresje z drogi: to nie tylko ciała, to mapa uczuć, gdzie każdy gest rysuje nową ścieżkę.

– Co wy na to, żeby się zamienić partnerami na chwilę? – zapytała bezpośrednio, jej głos drżący od pożądania, niski jak szmer strumienia w nocy.

– Tylko poprzytulać trochę, poczuć bliskość kogoś obcego, ręce na plecach, ciała przylegające, może lekkie pocałunki w szyję... Żadnych zobowiązań, tylko lekkie pieszczoty, żeby zobaczyć, jak to smakuje, jak wilgoć rośnie, sutki twardnieją. Ja z Pawłem, a Asia z Maćkiem... Co ty na to, kochanie? – zwróciła się do mnie, ale jej oczy już pożerały Pawła, sutki twardniejąc jak kamienie pod sukienką, a stringi wilgotne od soków, odznaczające się jeszcze wyraźniej na pośladkach, gdzie materiał sukienki przylegał ciasno, falując przy każdym oddechu.

Paweł  spojrzał na Asię, a ona kiwnęła głową, jej oddech przyspieszony, cipka ściekająca wilgocią po udach, soki błyszczące w blasku lampionów jak rosa na liściach. To kiwnięcie uderzyło mnie jak nagły podmuch wiatru, budząc we mnie mieszankę ekscytacji i lekkiego ukłucia, jak w tych momentach podróży, gdy dzielisz się widokiem z obcym, a granice się rozmywają.

– Spróbujmy – wyszeptała Asia, jej głos drżący od podniecenia, a ja objąłem ją w talii, moje dłonie ciepłe na jej gładkiej skórze, wybrzuszenie ocierające się o jej brzuch, twardniejąc, pulsując ciepłem, które wysyłało fale przez moje ciało. Hania przylgnęła do Pawła, jej pełne piersi wciskające się w jego tors, biodra falujące lekko, stringi ocierające się o jego udo, wilgotne i lepkie, podczas gdy powietrze wokół nas zgęstniało, ciężkie od zapachów potu i pożądania, jak mgła nad bagnem, co wciąga w głąb.

Poczułem jak ciało Asi przylgnęło do niego mocniej, jej  piersi wciskające się w jego tors przez cienką satynę sukienki, sutki twarde jak kamyki, ocierające się o materiał mojej koszuli, wysyłające iskry podniecenia przez skórę. Jej biodra falowały lekko, uda ocierające się o moje udo, gdzie czuła rosnące wybrzuszenie w moich spodniach, pulsujące ciepło, które sprawiało, że jej cipka zaciskała się instynktownie, soki ściekające po wewnętrznych udach. Uniosła głowę, jej usta rozchylone, krwiste, i pocałowała mnie delikatnie – najpierw musnęła wargami moje wargi, język ślizgający się wolno, smakujący szampana i pożądania, a potem głębiej, nasze języki splatające się w wilgotnym tańcu, jej oddech przyspieszony, gorący na jego twarzy. Jej dłonie powędrowały po moich plecach, palce wbijające się lekko w materiał, schodząc niżej, muskając pośladki, czując napięte mięśnie pod spodniami.

Kątem oka zobaczyłem, że Hania pozwoliła mi przyciągnąć się bliżej, ramiona Pawła obejmujące jej talię, dłonie na nagich plecach pod wycięciem sukienki, gdzie skóra była gładka i wrażliwa, jak jedwab. Moje wybrzuszenie w spodniach ocierało się o jej brzuch, twardniejąc z każdym oddechem, żylasty kutas pulsujący, gotowy do eksplozji, a ona poczuła falę gorąca między udami, jej cipka wilgotniejąca jeszcze bardziej, soki ściekające po wewnętrznych stronach nóg, lepkie i gorące. Nachyliłem się, moje usta dotknęły jej szyi, najpierw delikatny pocałunek, wargi muskające pulsującą żyłę, smakujące słony pot, potem niżej, do obojczyka, język rysujący wilgotne ścieżki na skórze, wywołując dreszcze – jej westchnienie zawisło w powietrzu jak mgła, a jej dłonie wsunęły się pod moją rozpiętą koszulę, palce ślizgające się po owłosionej klatce piersiowej, muskające sutki, czując, jak twardnieją pod dotykiem, szorstkie i wrażliwe, a mój brzuch faluje pod lekkim tłuszczykiem, miękki i ciepły, jak poduszka pod napięciem, falująca z każdym wdechem.

Całowalimy się coraz namiętniej, powietrze wokół nas ciężkie od zapachów perfum, potu i podniecenia – jęki mieszały się z muzyką w tle, a z oddali dochodziły westchnienia innych gości, dodające paliwa do naszego własnego ognia, jak echa w kanionie, co potęgują burzę w sercu. Zobaczyłem, że Hania oderwała się na chwilę od ust Pawła, jej oddech urywany, oczy błyszczące zza maski, i szepnęła coś do jego ucha, jej dłoń opadająca niżej, muskająca wybrzuszenie w jego spodniach przez materiał, palce obrysowujące kształt twardego członka. Paweł jęknął gardłowo, nisko, jego ręce schodzące na pośladki Hani, ściskające je delikatnie, palce wślizgujące się pod sukienkę, muskające linię stringów, wilgotnych i lepkich od jej soków, wcinających się głęboko między fałdki cipki, gdzie wilgoć chlupotała lekko pod dotykiem.

Asia, czując moje dłonie na swoich piersiach – palce muskające sutki przez sukienkę, kręcące je wolno, szorstko, wywołujące fale przyjemności, które rozlewały się po jej ciele jak fale na jeziorze – pocałowała mnie głębiej, jej język wirujący w moich ustach, smakujący słony pot na wargach, lepki i gorący, a jej biodra ocierające się o moje udo, gdzie czuła twardość mojego członka, rosnącego, napierającego na nią, żylastego i nabrzmiałego. Westchnąłem, moja dłoń schodząca niżej, po udzie Asi, pod sukienkę, palce muskające wewnętrzną stronę, blisko wilgotnej cipki, czując gorąco i wilgoć bijące od jej różowych fałdek, ale nie dotykając jeszcze, drażniąc, budując napięcie – to drażnienie było jak zwlekanie z wejściem do ciepłego źródła podczas zimnej nocy, gdzie każdy moment potęguje głód.

Nagle Hania oderwała się od Pawła, jej piersi falujące szybko, sutki sterczące pod satyną jak nabrzmiałe pączki, twarde i bolące od napięcia, i spojrzała na Asię, jej głos drżący od pożądania, niski i zmysłowy, jak szmer wiatru w liściach.

– Asia... Widzę, jak cię to kręci, twoje sutki twarde, cipka pewnie mokra jak moja... Mogę... mogę obciągnąć Pawłowi? Tylko trochę, na próbę, poczuć jego kutasa w ustach, ssać go wolno, zobaczyć, jak jęczy... Co ty na to? Pozwolisz? – zapytała, jej dłoń wciąż muskająca wybrzuszenie Pawła, palce obrysowujące kształt, czując pulsowanie i wilgoć, oczy błagające, pełne głodu, podczas gdy ja wstrzymałem oddech, mój członek pulsujący w spodniach, twardy jak skała, czekając na odpowiedź, powietrze gęste od napięcia, jak przed burzą w odległej krainie, gdzie każdy szelest to obietnica chaosu i rozkoszy.

Nasza pętla, nasza karuzela – coraz szybsza, bez hamulców.

  • Lubię 4

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Powietrze gęste, lepkie jak syrop, wilgotne od westchnień. Ciała wirowały w półcieniu, lampiony mrugały, oczy w nocy, kuszące. Stałam przy Pawle, piersi wciskały się w jego tors, sutki twarde jak kamyki, ocierały o koszulę, iskry prądu. Biodra falowały, stringi wilgotne, wciskały sie w cipkę, łechtaczka pulsowała, rytm krwi. Obok Maciek z Asią, jej dłonie pod jego koszulą, mój brzuch  falujący pod jego palcami, miękki, ciepły. Pocałunki głębokie, języki splątane, westchnienia jak szelest liści.

 

Patrzyłam na Pawła. Na wybrzuszenie w spodniach, rosnące, twarde. Myśl uderzyła nagle, jak błyskawica w burzy. Chcę tego kutasa. Chuja nęża innej. Obcego, ale bliskiego w tej mgle pożądania. Poczuć go w ustach, smakować słoność, puls w gardle. Dlaczego? Bo zakazane, ostre jak chili w krwi. Bo widząc Asię, jej wargi wilgotne, chciałam to samo dla siebie. Wymiana, jak ciała w tańcu. Podniecenie paliło mnie od środka, cipka zaciskała się, soki ściekały po udach, gorące strużki. Sutki bolały, napięte, cipka mokra, gotowa na więcej. Chciałam obciągnąć mężowi innej, poczuć jego twardość, zobaczyć, jak drży, podczas gdy ona bierze mojego.

 

Spojrzałam na Asię. Sutki jej sterczały pod sukienką, cipka pewnie ociekająca, jak moja.

– Asia... Widzę, jak cię kręci, twoje sutki twarde, cipka pewnie mokra jak moja... Mogę... mogę obciągnąć Pawłowi? Tylko trochę, na próbę, poczuć jego kutasa w ustach, ssać go wolno, zobaczyć, jak jęczy... Co ty na to? Pozwolisz?

 

Oczy Asi zamglone, jak para nad wodą. Skinęła, usta rozchylone, język oblizujący wargi. Milczące "tak", iskra w powietrzu. Wahanie rozpłynęło się, fala gorąca zalała mnie. 

Uśmiechnęłam się drapieżnie. Moja cipka  pulsowała pod stringami, wciskały się głębiej, ocierały o łechtaczkę, mrowienie falami. Dłoń zeszła niżej, rozpięłam spodnie Pawła pośpiesznie, palce owinięte wokół kutasa, wyciągnęłam – długiego, prostego, żołądź purpurowa, soki oblepiające palce, wilgotne, lepkie. Zapach męski, słony, wciągnęłam go głęboko.

 

Klęknęłam, piersi falowały pod satyną, sutki sterczały, ocierały o uda Pawła. Wzięłam kutasa do ust bez ceregieli, ssąc żarłocznie, język wirował wokół czubka, wargi ciasno, gardło połykało głębiej, aż nos dotknął włosów łonowych. Paweł jęknął głośno, biodra pchnęły lekko, ruchając usta wolno. Wilgotne chlupotanie, ślina spływała po trzonie, mieszała z sokami, ciepła strużka po moich wargach. Westchnęłam przez nos, dłoń wsunęłam pod sukienkę, musnęłam cipkę przez majtki, roztarłam wilgoć, łechtaczka nabrzmiała, wrażliwa jak nerwy. Jak suka w ruji, pomyślalam.

Ssałam mocniej, usta jak pochwa, kutas pulsował w gardle, żyły nabrzmiałe pod językiem, smak słony, ostry, gotowy wybuchnąć. Gardło bolało od rozciągania, wargi piekły od tarcia, ale podniecenie tłumiło ból, cipka ściekała, fałdki śliskie, stringi przemoczone.

 

Pieszczoty gęstsze. Słyszę jęki  Maćka i mlaskanie Asi. Obciagam kutasa Pawła głęboko. Jęczę. Palec w mojej cipce, mięśnie zacisnęły, wilgoć ściekała po palcach. Powietrze gęste od zapachów – słony pot, wilgotne cipki, preejakulat. Jęki mieszały z westchnieniami ogrodu, napięcie budowało, kutasy pulsujące, cipki gotowe, orgazmy jak burza na horyzoncie.

 

Nagle głos gospodyni z głośników, melodyjny, ostry jak nóż. Mikrofon pisnął, zawołała.

-Drodzy goście, proszę wszystkich o uwagę! Czas na główną atrakcję wieczoru - naszą specjalną grę w ogrodzie. Zbierzcie się przy basenie, zaraz zaczynamy.

 

Ton wesoły, władczy. Ochrona kierowała tłumem, lampiony migotały, muzyka cichła.

 

Asia oderwała usta z cmoknięciem, kutas Maćka lśniący, pulsujący. Paweł spojrzał w stronę Asi, oczy przyciągnięte do niej, do jej ust błyszczących, do kutasa mojego męża wciąż twardego w jej dłoni. Westchnął głęboko, ignorując mnie, jakbym była cieniem.

 

Przerwałam, chrząknęłam znacząco, wściekłość wzbierała, gorąca jak lawa. Usta bolały od ssania, wargi piekły, rozciągnięte, ale on patrzył na żonę, nie na mnie.

- Hej, tu jestem.

Spojrzał wreszcie, ale wzrok rozproszony, jakby żałował przerwy.

- Podobało ci się?

 - Tak, bardzo. Jesteś świetna. Tylko to...

Machnął ręką w stronę głośników. Frustracja w oczach, ale nie na mnie skierowana, na nią, na to, co robiła z Maćkiem. Wpakował kutasa do spodni, jądra pewnie bolały, napięte. Wkurzenie paliło we mnie, cipka wciąż mokra, ale złość mieszała się z pożądaniem.

 

Wstałam, poprawiając sukienkę, fałdki brzucha drżące lekko. Maciek patrzył na swojego sterczącego kutasa, niezadowolony, brwi zmarszczone.

 

Spojrzenia nasze pełne obietnic - to nie koniec, tylko przerwa, iskra wisząca w powietrzu. Ruszyliśmy ku basenowi, ciała drżące od niedosytu, cipka moja wciąż mokra, pulsująca. Noc wirowała, granice mgła. Czas przyspieszył, świat zawirował. Ostra, gorąca potrawa pali spierzchnięte usta.

  • Lubię 4

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Stałam w tłumie, tuż przy Pawle. Jego dłoń na moim biodrze, ciepła, ciężka. Scena rozjarzona lampionami jak ołtarz grzechu. Maciek – mój Maciek – stał tam jako sędzia, czerwony, spięty, z widocznym wybrzuszeniem w spodniach. Patrzyłam na niego i czułam dziwne ciepło w brzuchu. Mój mąż. Inny. Podniecony.
Gospodyni ryknęła. Pierwsza konkurencja. Rozbieranie.
Brunetka uklękła pierwsza. Piersi 95G wyskoczyły spod pasków. Ocierała się o kolano jakiegoś brodacza, cipką zostawiając ślad na jego nogawce. Jęczała głośno, obrzydliwie, pięknie. Maciek stał obok, przełykał ślinę. Widziałam, jak jego kutas drgnął w spodniach. Zazdrość ukłuła mnie ostro, ale cipka odpowiedziała falą ciepła.
Nagle poczułam czyjeś dłonie z tyłu.
Duże. Męskie. Obce.
Jedna wślizgnęła się pod sukienkę, od razu na pośladek – palce grube, niezdarne, jakby szukały czegoś po omacku w ciemnej szufladzie. Druga objęła pierś, ścisnęła mocno, sutek między palcami, bolało, ale nie przyjemnie – po prostu zbyt mocno, zbyt szybko, jakby chciał sprawdzić, czy jest prawdziwa. Nie zapytał. Nie musiał. Po prostu wziął. Oddech na karku, gorący, ciężki od whisky i papierosów, jakby ktoś wypalił paczkę naraz i nie zdążył się przewietrzyć. Paweł stał obok, patrzył na scenę, uśmiechał się lekko do rudowłosej, która właśnie ocierała się o kolano sędziego.
A ja patrzyłam na Maćka.
Mój Maciek. Stał tam jako sędzia, czerwony, spięty, z widocznym wybrzuszeniem w spodniach. Brunetka szeptała mu coś do ucha, uśmiechała się, jej wielkie piersi kołysały się tuż przy nim. Zazdrość ukłuła mnie ostro, jak szpilka w żebra. On tam, podniecony - inną. A ja tu, w tłumie, pozwalam, żeby ktoś, kogo nawet nie widzę, macał mnie jak przedmiot. I co najgorsze – nie chciałam, żeby przestał. To było chore. I podniecające. I głupie.
Obcy sapnął mi w ucho. Palce między udami. Stringi przemoczone – szarpnął je na bok, materiał wpił się w skórę, zabolało. Dwa palce weszły we mnie, szorstkie, paznokieć zahaczył o ścianę wewnątrz, ukłuło nieprzyjemnie. Poruszył nimi raz, drugi – jakby nie wiedział, co dalej. Za szybko, za płytko. Jęknęłam cicho, ale nie z rozkoszy. Z zaskoczenia. Kolana ugięły się lekko.
Usłyszałam, jak rozpina rozporek. Szarpnął dwa razy, zaklął pod nosem. W końcu wyciągnął kutasa. Podwinął mi sukienkę. Poczułam go na pośladku – twardy, ale tylko chwilę. Zaraz zaczął mięknąć. Jak balon, z którego powoli uchodzi powietrze. Przycisnął go do mnie, próbował wepchnąć. Raz. Drugi. Głowa obijała się o udo, ślizgała, nie trafiał nigdzie. Trzeci raz – wszedł trochę, ale zaraz wysunął się, bo już nie stał. Miękki. Bezradny.
– Kurwa… – mruknął cicho, bardziej do siebie niż do mnie. Głos zmęczony, jakby sam się zawstydził.
Stałam tak chwilę. Czułam, jak jego kutas wiotczeje zupełnie, opada między moje uda jak ciepły, bezużyteczny sznur. Obcy westchnął ciężko, cofnął się. Zapiął rozporek nerwowo, suwak znów się zaciął. Klepnął mnie po pośladku – niezgrabnie, jakby dziękował za wizytę u dentysty. I odszedł. Po prostu zniknął w tłumie. Nie zobaczyłam nawet twarzy.
Paweł w końcu odwrócił głowę. Spojrzał na mnie. Na zadartą sukienkę, na stringi przekręcone, na wilgoć na udach. Uśmiechnął się szerzej, trochę drwiąco, trochę z podziwem.
– No proszę – powiedział cicho, nachylając się do mojego ucha. 
– Ktoś próbował, ale… nie wyszło, co?
Wzruszyłam ramionami. Sutek wciąż piekł od tamtych palców. Cipka pulsowała, ale bardziej z pustki niż z rozkoszy. Czułam moją własna wilgoć i ten dziwny, lepki dyskomfort.
– Przynajmniej próbował – mruknęłam, głos ochrypły. 
– A mój mąż tam stoi i patrzy na cycki innej jak zahipnotyzowany.
Paweł parsknął cicho. Dłoń zsunął mi na pośladek, ścisnął lekko – już swojsko, znajomo.
– Zazdrosna?
– Trochę.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Dobrze. To znaczy, że jeszcze żyjesz.
Na scenie Maciek właśnie kiwał głową brunetce. A ja stałam z zadartą sukienką, z obcym zapachem na skórze i z dziwnym, ciepłym wstydem w brzuchu.
Przez chwilę stałyśmy tak w tłumie. Ja oparta bokiem o ramię Pawła, jego dłoń leniwie na moim biodrze. Patrzyliśmy na scenę. Asia stała tam ubrana, czerwona, z plamami wilgoci na sukience. Tłum buczał, ktoś się śmiał. Maciek patrzył na nią z tym dziwnym, głodnym wyrazem twarzy. Zazdrość znowu ukłuła – mój mąż, mój solidny Maciek, patrzył na inną tak, jakby zapomniał, że ja tu jestem.
Paweł nachylił się i krzyknął głośno, prawie radośnie:
– Dawaj, Asia! Następna runda twoja! Pokaż im, kochanie!
Asia spojrzała w naszą stronę. Uśmiechnęła się słabo. Paweł uniósł kciuk. Ja tylko przełknęłam ślinę.
Nagle ktoś za mną parsknął tym samym rechotem co wcześniej.
– Stary, twoja żona właśnie spieprzyła rundę! – ryknął ten sam głos.
Zanim zdążyłam się odwrócić, poczułam ręce - ciężkie, spocone. Jedna od razu pod sukienkę, druga złapała mnie za pierś przez materiał. Nie zapytał. Po prostu przycisnął się całym ciałem. Czułam jego brzuch na moich plecach – miękki, ciepły, trochę za duży. Oddech szybki, przerywany.
– Ty też chcesz spróbować, co? – sapnął mi w ucho. Głos chrapliwy.
Nie zdążyłam odpowiedzieć. Rozpiął rozporek. Wyciągnął kutasa. Przycisnął się do mnie. Wsunął się między moje uda. Szukał drogi. Czułam jego ciepłe mięso między udami. Wypięłam się.
– Kurwa… czekaj… – mruknął, jakby to była moja wina.
Rozsunął mi nogi i znów zaczął szukać. Zaklął znowu, podniósł go ręką, próbował wepchnąć. Raz. Drugi. Głowa obijała się o udo, ślizgała. Trzeci raz – wszedł trochę, ale zaraz wysunął się.
Oparłam się mocniej o ramię Pawła. Kolana mi drżały. Paweł nawet nie odwrócił głowy. Patrzył na scenę i tylko uśmiechnął się pod nosem.
Facet w końcu trafił. Wszedł. Ale krzywo. Za płytko. Zaczął pchać. Chaotycznie. Biodra uderzały o mój tyłek – plaśnięcia głośne, mokre, jakby ktoś biegał w kałuży po deszczu. Pot spływał mu z czoła na mój kark – zimny, słony. Dyszał mi prosto w ucho, krótko, urywanie, jakby wspinał się po schodach na piąte piętro. Za każdym pchnięciem czułam, jak fałdki brzucha falują, brzuch boli od napięcia. Stringi wrzynały się w biodro, sutek między jego palcami był już zdrętwiały i piekł.
Próbowałam się dostosować, rozstawiłam nogi szerzej – but utknął w trawie, kostka skręciła się lekko. Zaklęłam w duchu. On przyspieszył, ale kąt był zły. Trafiał za wysoko, potem za nisko. Raz uderzył tak, że aż zabolało w środku, jakby coś nacisnął nie tam. Jęknęłam głośniej, ale nie z przyjemności. Z dyskomfortu. On wziął to za zachętę.
– Kurwa… ciasna… – wycharczał mi w kark.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na scenę. Maciek stał tam czerwony, patrzył na brunetkę. Paweł wciąż uśmiechał się do rudowłosej, która właśnie zdejmowała resztki siatki. A ja tu, wciśnięta między obcym kutasem, pewnie a mężem innej kobiety, z sukienką zadartą do pasa, z palcami wbijającymi się w brzuch, z tym dziwnym, nieporadnym rytmem, który bardziej męczył niż podniecał.
Maciek na scenie czerwony jak burak. Brunetka szeptała mu coś do ucha. Uśmiechała się. A ja byłam rżnięta od tyłu przez kogoś, kogo nawet nie widziałam.
Asia weszła na scenę. Moja nowa znajoma. Klęknęła przed łysym. Zaczęła błagać. Cicho. Za grzecznie. Widziałam jej oczy – pełne strachu i podniecenia. Sukienka wciąż na niej. Sędzia złapał ją za włosy. „Sukienka zostaje”.
A ja poczułam, jak obcy przyspiesza. Mocniej. Głębiej Za bardzo. Za szybko. Jęknęłam.
Paweł spojrzał w moją stronę. Uśmiechnął się szerzej. Zrozumiał.
Kutas w mojej cipce pulsował. Gorący. Bliski. Obcy facet dyszał mi w kark. Maciek na scenie patrzył na Asię, podniecony jej porażką. A ja stałam między nimi – rżnięta, mokra.
Zatrzymał się nagle, wbił się głęboko – za głęboko – i zadrżał. Wytrysnął. Trochę wyciekło od razu, spłynęło po udzie ciepłą, lepką strużką. Poczułam, jak coś się rozmazuje. Nieprzyjemnie. Jak rozlany klej.
Wysunął się szybko, sapnął. Zapiął rozporek nerwowo. Niezgrabnie mnie pogłaskał, jakby dziękował za usługę. Odszedł w tłum, nie mówiąc nic więcej.
Stałam chwilę, oparta o ramię Pawła. Kolana drżały. Cipka pulsowała, ale nie z rozkoszy. Bardziej z ulgi, że już po. Sperma spływała powoli po wewnętrznej stronie uda, mieszając się z moją wilgocią. Stringi wrzynały się boleśnie. Sutek piekł.
A ja pomyślałam tylko: to miało być szalone. A jest...trochę głupie. Trochę mokre. I dziwne.
Paweł znów spojrzał na mnie. Uśmiechnął się tym swoim leniwym uśmiechem.
Na scenie Asia stała ubrana, upokorzona i piękna. Maciek patrzył na nią. Paweł patrzył na mnie.
– No i co? – zapytał cicho. – Lepiej niż tamten?
Wzruszyłam ramionami. Gardło miałam suche.
– Gorzej – mruknęłam. – Ale przynajmniej skończył.
Paweł parsknął cicho. Dłoń zsunął mi niżej, ścisnął pośladek, jakby sprawdzał, czy wszystko na miejscu.
- Paweł - szepnęłam, opierając się mocniej o jego ramię. Głos mi drżał, gardło suche jak papier. 
– Zrób mi dobrze. Proszę. Bo dostanę kurwicy. Wszyscy tu się ruchają, jęczą, dochodzą, a ja… stoję jak idiotka z cudzą spermą na udach i nic. Nic.
Spojrzał na mnie. Ten leniwy uśmiech zniknął. Zobaczył mnie naprawdę – oczy błyszczące z wściekłości i głodu. Kiwnął głową raz, krótko.
– Chodź.
Złapał mnie za rękę. Nie delikatnie. Poprowadził kilka kroków w bok, za gęsty żywopłot, gdzie światło lampionów ledwo docierało. Trawa mokra od rosy, zimna pod stopami. Oparłam się plecami o pień drzewa, kora szorstka przez cienką sukienkę. Sukienka zadarta znowu, stringi wciąż przekręcone, lepkie.
Paweł nie tracił czasu. Rozpiął spodnie. Kutas wyskoczył już twardy, ciepły, znajomy. Przycisnął mnie mocniej do drzewa. Jedną ręką pod kolanem uniósł mi nogę, drugą naprowadził się. Wszedł. Od razu. Jęknęłam, ale nie z przyjemności – zabolało w środku, jakby coś nacisnął. Zamarł na sekundę.
– Przepraszam… – mruknął.
Zaczął poruszać biodrami. Nie rytmicznie. Trochę za szybko, trochę za nerwowo. Uderzał biodrami o moje, plaśnięcia mokre, głośne, ale nierówne. Raz za wysoko, raz za nisko. Pot spływał mu po skroni, kapał na mój dekolt. Dyszał mi w szyję, urywanie, jakby się spieszył. Moje fałdki brzucha falowały przy każdym pchnięciu, brzuch bolał od napięcia. Stringi wrzynały się w skórę, sutki ocierały o jego koszulę przez materiał – piekły, zdrętwiałe.
Próbowałam pomóc. Oplotłam nogą jego biodro, przyciągnęłam bliżej. Ale kąt był zły. Trafiał obok łechtaczki, ocierał się bokiem. Coraz bardziej mokro, coraz bardziej głośno – ale nie tam, gdzie trzeba. Czułam, jak orgazm się buduje i zaraz gaśnie, jak iskra na wietrze.
– Mocniej… niżej… – wysapałam.
Próbował. Za mocno. Uderzył tak, że aż syknęłam z bólu. Znowu przeprosił, zwolnił. Zrobiło się jeszcze gorzej – teraz za wolno, za płytko. Sperma tamtego faceta wciąż spływała po moim udzie, mieszała się z moją wilgocią, kleiła wszystko. Czułam się brudna. I podniecona. I wściekła.
W końcu złapał mnie za biodra obiema rękami, przycisnął mocno i przyspieszył znowu. Tym razem trafił. Raz, drugi, trzeci – rytm się złapał. Łechtaczka ocierała się o jego podbrzusze. Fala ciepła ruszyła w górę. Mocna. Prawie. Prawie…
I wtedy on zadrżał. Zatrzymał się. Wbił się głęboko i doszedł. Cicho, z gardłowym stęknięciem. Gorąca sperma wytrysnęła – mniej niż się spodziewałam, ale wystarczyło. Poczułam, jak spływa, miesza się z poprzednią, ciężka, lepka.
Został we mnie chwilę. Dyszał. Potem wysunął się powoli. Kutas miękł już, mokry, błyszczący. Poprawił spodnie.
Ja stałam oparta o drzewo, nogi drżące, cipka pulsująca z niedosytu. Orgazm był blisko. Bardzo blisko. Ale nie przyszedł.
Paweł spojrzał na mnie, trochę zawstydzony, trochę rozbawiony.
– Kurwa… przepraszam. Za szybko.
Wzruszyłam ramionami. Uśmiechnęłam się krzywo.
– Wszyscy tu się ruchają… a ja dalej nic.
Paweł, szepnęłam mu prosto w ucho, głos mi się łamał jak sucha gałązka. Oparłam czoło o jego ramię, cała drżąca. 
– Wyliż mnie. Proszę. Zrób to. Teraz.
Paweł spojrzał na mnie. W oczach miał coś między litością a podnieceniem. Kiwnął głową. Bez słowa uklęknął na mokrej trawie. Podciągnął mi sukienkę wyżej, stringi zsunął na bok. Czułam, jak zimne powietrze muska moją cipkę – lepką, obolałą, pełną obcej spermy.
Jego język dotknął mnie pierwszy raz. Nieporadnie. Lizał wszystko naraz – moje wargi, łechtaczkę, wnętrze ud, jakby nie wiedział, od czego zacząć. Sperma obcego faceta mieszała się z jego śliną, z moją wilgocią. Słyszałam, jak mlaska. Głośno. Jak ktoś, kto nigdy nie robił tego na poważnie.
A ja patrzyłam na scenę nad jego głową.
Maciek tam stał. Czerwony. Podniecony. Patrzył na Asię, na jej mokrą sukienkę, na to, jak się wije. Mój mąż. Mój spokojny, solidny Maciek. Patrzył na inną tak, jakby chciał ją zerżnąć na oczach wszystkich. Zazdrość wbiła się we mnie jak nóż. Gorąca. Ostra. A jednocześnie czułam język Pawła – beznadziejny, chaotyczny – i to mnie jeszcze bardziej podniecało. Bo byłam tu. Z nim. Z jego językiem w sobie. Z jego ustami pełnymi spermy innego faceta.
Jaki on jest żałosny, pomyślałam. Klęczy. Liże. Połyka obce nasienie i moje soki, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. A tam na scenie, jego żona, z innymi. Nie ważne. Potrzebuję, żeby ktoś mnie w końcu zadowolił. Żeby ktoś mnie chciał. Nawet jeśli to tylko Paweł. Nawet jeśli jest beznadziejny.
Jego język trafił w końcu w łechtaczkę. Za mocno. Zassał. Zabolało. Syknęłam. Cofnął się przestraszony, przeprosił cicho, zaczął lizać delikatniej. Za delikatnie. Jak kot liżący mleko. Krążył, krążył, ale nie tam, gdzie trzeba. Sperma ściekała mu po brodzie. Widziałam to. Czułam to. I to mnie rozpalało jeszcze bardziej. Upokorzenie. Wstyd. Podniecenie. Wszystko naraz.
– Mocniej… tam… – jęknęłam.
Spróbował. Znowu za mocno. Znowu nie trafił. Ale w końcu… w końcu złapał rytm. Język płaski, ciepły, uporczywy. Lizał dokładnie tak, jak lubiłam. Powoli. Głęboko. Połykał wszystko – obce i moje. Słyszałam, jak przełyka. I to mnie złamało.
Fala przyszła nagle. Mocna. Brudna. Upokarzająca. Złapałam go za włosy, przycisnęłam twarz mocniej do siebie i doszłam. Cicho. Zęby zaciśnięte. Ciało drżało. Łzy napłynęły mi do oczu – nie wiem, czy z ulgi, czy ze wstydu.
Paweł wstał. Usta błyszczące. Broda mokra. Uśmiechnął się niepewnie.
– Lepiej? – zapytał.
Kiwnęłam głową. 
- Trochę.
Gardło miałam ściśnięte.
– Ale… kurwa, Paweł… ty właśnie wylizałeś spermę obcego faceta. I swoją. A ja doszłam.
Oparłam się o niego całym ciężarem. Ciało wciąż drżało. Cipka pulsowała. W głowie kłębiło się wszystko naraz – zazdrość o Maćka, obrzydzenie do samej siebie, dziwna, ciepła wdzięczność do Pawła i ten głód, który wcale nie zniknął.
Tylko się nasilił.
Czas przyspieszył. Porwał kurz, który osiadał na wszystkim – na skórze, na pragnieniach, na mojej cipce. A wewnątrz paliło. Ostro. Jak chili. Jak przypalone chili.
Spojrzałam na scenę. Asia już bez sukienki. Dobrze. Udało jej się.
 

  • Lubię 3
  • Dziękuję 1

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Wróciłam z Pawłem pod scenę i nagle nie wiedziałam, co zrobić z rękami. To było absurdalne. Kilka minut wcześniej jego dłonie znały mnie w sposób, na który nie pozwoliłabym nikomu przy świetle dnia. A teraz szliśmy obok siebie jak dwoje ludzi po zbyt długiej rozmowie w windzie. Za blisko, żeby udawać obcych. Za obco, żeby zachowywać się swobodnie. Jego palce raz dotknęły mojej dłoni. Przypadkiem albo nie. Nie cofnęłam się od razu, ale też nie splotłam z nim palców. Ten ułamek sekundy zawisł między nami, niezgrabny jak źle wrzucony bieg. Zgrzyt, szarpnięcie, cisza. Paweł spojrzał na mnie kątem oka. Nie umiałam odpowiedzieć spojrzeniem. Gdybym popatrzyła zbyt długo, musiałabym przyznać, że coś się wydarzyło. Gdybym odwróciła wzrok za szybko, wyglądałoby to jak wstyd. Wybrałam więc trzecią możliwość: patrzyłam przed siebie, na scenę, na światła, na ludzi, którzy nadal krzyczeli, śmiali się i udawali, że to wszystko jest lekkie.

A ja czułam ciężar. Nie w sercu nawet. Niżej. W brzuchu. W nogach. W skórze.

Na scenie konkurs trwał dalej. Prowadząca mówiła coś do mikrofonu, ale słowa docierały do mnie jak przez szybę. Widziałam ruchy, gesty, rozchylone usta, rozgrzane twarze. Widziałam Maćka stojącego z boku, niby w roli sędziego, niby ponad tym wszystkim, a przecież znałam go za dobrze. Widziałam, jak prostuje plecy, kiedy któraś z kobiet podchodzi bliżej. Jak zaciska szczękę. Jak udaje, że ocenia konkurencję, a tak naprawdę próbuje ocenić samego siebie. Ten konkurs zaczął mnie męczyć. Na początku było w nim coś hipnotycznego. Jak w patrzeniu na maszynę uruchomioną po latach postoju. Koła zaczynają się obracać, pasek napędowy łapie rytm, śruby drżą, metal odpowiada metalowi. Człowiek stoi z boku i nie może oderwać wzroku, bo w tym porządku jest obietnica. Wszystko ma swoje miejsce. Nacisk, opór, ruch, tarcie. Ale po chwili słyszy się coś więcej. Delikatne stukanie. Suchy zgrzyt. Łożysko, które nie było gotowe na takie obroty. Ciepło, które nie jest już przyjemne, tylko ostrzegawcze. Zapach przegrzanego mechanizmu. Patrzyłam na scenę i czułam, że we mnie też coś pracuje za szybko. Za dużo bodźców. Za dużo cudzych dłoni, cudzych spojrzeń, cudzych głosów. Za dużo ciał, które miały być przygodą, a zaczynały przypominać elementy taśmy produkcyjnej. Jedno zadanie, potem drugie. Jeden śmiech, potem następny. Kto dalej. Kto mocniej. Kto bez wahania. A ja nagle chciałam się zatrzymać.

Paweł stał obok mnie. Milczał. Może czekał, aż coś powiem. Może sam nie wiedział, czy powinien mnie dotknąć. Było między nami coś śmiesznie delikatnego jak na miejsce, w którym się znajdowaliśmy.
– Zostanę tu chwilę – powiedziałam.
Nie spojrzałam na niego od razu.
– Sama? – zapytał.
W jego głosie nie było pretensji. To mnie prawie rozbroiło. Łatwiej byłoby, gdyby był nachalny. Gdyby próbował zrobić z tego coś prostego. Wtedy mogłabym się odsunąć, zamknąć, być pewna. 
Ale on zapytał zwyczajnie.
– Tak – odpowiedziałam. – Chcę poczekać na Maćka.
Dopiero wtedy spojrzałam mu w twarz. 
Paweł kiwnął głową. Wydawał się nagle mniej pewny siebie. Jak mężczyzna, który przed chwilą miał ciało, ale teraz nie ma języka. Uśmiechnął się krótko, niezgrabnie.
– Jasne.
Powinnam była coś jeszcze powiedzieć. „Dziękuję”? „Przepraszam”? „To było dziwne”? Każde słowo wydawało mi się albo za małe, albo za duże. Dotknęłam więc tylko jego ramienia. Lekko. Po ludzku. I odeszłam kilka kroków w bok. 
Nie daleko. Tyle, żeby nie stać już z nim. Tyle, żeby Maciek, gdy zejdzie ze sceny, zobaczył mnie samą.
Stałam oparta o zimne metalowe pręty ogrodzenia, trochę z boku, gdzie lampiony ledwo docierały. Trawa pod stopami była mokra i zimna. Nogi wciąż mi drżały, jakby ktoś wyciął ze mnie wszystkie kości i zostawił tylko miękkie, gorące ścięgna. Sukienka opadła już z powrotem, ale czułam ją jak obcą skórę – lepką, pomiętą, przesiąkniętą zapachem nasienia, potu i mojej własnej cipki. Byłam sama. 
Paweł wrócił pod scenę, a ja zostałam tu, w tym wąskim pasie cienia między żywopłotem a ogrodzeniem. I wtedy to wszystko wróciło – nie jako wspomnienie, tylko jako ciało, które wciąż trwało.

Najpierw tamten obcy. Jego chaotyczne, nieporadne pchnięcia, mokre plaśnięcia bioder o mój tyłek, pot kapiący mi na kark. Potem Paweł, który pociągnął mnie za krzaki, jakby chciał naprawić to, co tamten zepsuł.

Pamiętam korę drzewa wbijającą mi się w plecy. Pamiętam, jak uniósł mi nogę, jak wszedł we mnie – prosto w tę mokrą, pełną obcej spermy dziurę. Jak zabolało, jak było ślisko, jak wszystko się kleiło. Pamiętam jego nerwowy rytm, za szybki, za chaotyczny, trafiający raz za wysoko, raz za nisko, jakby obaj faceci tej nocy umówili się, żeby mnie nie zadowolić, tylko tylko przeorać.
A potem moje własne słowa – ciche, łamiące się, prawie błagalne:
– Wyliż mnie… Proszę.
I on uklęknął.
Na mokrej trawie, w ciemności, między tujami. Podciągnął mi sukienkę jak jakąś szmatę i zaczął lizać. Lizał wszystko – moje opuchnięte wargi, łechtaczkę, wnętrze ud, a przede wszystkim tę mieszankę, którą we mnie zostawili. Sperma obcego faceta, jego własna, moje soki – wszystko to mlaskało mu na języku, spływało po brodzie. Słyszałam, jak przełyka. Czułam to. Stałam tam teraz, sama, i wciąż czułam ten język. Czułam upokorzenie, które było jak gorący drut wciągnięty głęboko pod skórę. Czułam, jak przycisnęłam jego głowę mocniej do siebie, jak biodra same ruszyły mi naprzód, jak doszłam – brudno, ciężko, z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach. Jak całe ciało mi zadrżało, a cipka pulsowała mu na języku, wyciskając z siebie resztki tego, co we mnie wlali. Teraz, kilka minut później, sperma wciąż ze mnie wyciekała. Ciepła, gęsta, leniwa. Spływała powoli po wewnętrznej stronie uda, mieszała się z rosą na skórze, kleiła stringi do cipki. Każde ściśnięcie ud przypominało mi, że jestem pełna. Że jestem użyta. Że jestem mokra jak ziemia po deszczu, tylko że ten deszcz był brudny i ludzki. Patrzyłam na scenę przez szparę w żywopłocie. Maciek stał tam czerwony, napięty, z tą żyłą na skroni. Patrzył na Asię. A ja stałam tu – z cudzą spermą spływającą po nodze, z ustami innego mężczyzny wciąż odbitymi na mojej cipce, z ciałem, które nie wiedziało już, do kogo należy.
Coś we mnie pękło.
Nie bolało. Nie było wielkiego dramatu. Po prostu pękło – cicho, jak sucha gałązka pod butem. Jakby ta noc przełamała mnie na pół: przed i po. Przed – byłam żoną Maćka, matką, kobietą, która wie, gdzie są granice. Po – byłam tylko ciałem stojącym w ciemnym ogrodzie, z rozwaloną cipką, z drżącymi kolanami i z dziwnym, ciężkim spokojem w środku. To nie była rozkosz. To nie było spełnienie. To było przełamanie. Jakby ktoś wziął mnie za kark i wcisnął twarzą w prawdziwą twarz tej nocy – mokrą, lepką, pachnącą trawą, żywicą, potem i spermą. I nie dało się już odwrócić głowy. Stałam tak jeszcze chwilę, obejmując się ramionami. Chłód nocy wchodził pod sukienkę, ale nie studził. Tylko wyostrzał. Czułam każdy spływający strumyczek, każdy skurcz cipki, każdy odcisk palców na biodrach. 
- Już nigdy nie będę czysta myślałam sobie spokojnie, prawie obojętnie
I dziwnie, strasznie – wcale mi z tym nie było źle.
Pod ogrodzeniem było chłodniej. Noc zbierała się tam w gęstych plamach między tujami. Lampiony nie sięgały tak daleko, muzyka była przytłumiona, a trawa pod butami mokra. Dopiero wtedy poczułam, że drżę. Nie wiem, czy z zimna. Objęłam się ramionami. Materiał sukienki przykleił się do skóry w kilku miejscach, ale powietrze miało ostre krawędzie. Wsuwało się pod ubranie, pod włosy, pod paznokcie. Otrzeźwiało. Nie odbierało podniecenia, tylko zmieniało jego kształt. Z czegoś gorącego i chaotycznego robiło coś cienkiego, zimnego, precyzyjnego.
Jak igła.
Patrzyłam na Maćka. 
Mój mąż stał na scenie, a ja po raz pierwszy od dawna nie wiedziałam, czy naprawdę go znam. Nie dlatego, że zrobił coś strasznego. Nie zrobił. Właśnie to było najgorsze. On tylko patrzył. Tylko oddychał trochę szybciej. Tylko pozwalał, by jego oczy zatrzymywały się tam, gdzie wcześniej może by nie zostały. A jednak coś się przesunęło. W małżeństwie człowiek przyzwyczaja się do tego, że druga osoba ma stałe miejsce. Jak mebel. Jak kubek na tej samej półce. Jak klucze odkładane zawsze przy drzwiach. Można się na to złościć, można z tego żartować, ale ta powtarzalność daje spokój.
Tamtej nocy Maciek przestał być stałym miejscem.
Stał się ruchem.
I chyba dlatego tak mnie bolało patrzenie na niego. Bo ja też byłam ruchem. Też nie stałam już tam, gdzie stałam rano. 
Prowadząca zawołała coś przez mikrofon. Tłum odpowiedział śmiechem. Ktoś zagwizdał. Ktoś klasnął. Ja nie potrafiłam już wejść w ten rytm. Czułam się jak część mechanizmu, która wysunęła się z prowadnicy. Maszyna dalej pracowała, ale ja byłam obok. Trochę jeszcze rozpędzona. Trochę uszkodzona. Trochę wolna. Maciek w końcu zszedł ze sceny. Nie od razu mnie zobaczył. Najpierw rozejrzał się po tłumie. Jego wzrok przesunął się po Pawle, potem po Asi, potem dopiero trafił na mnie. Zatrzymał się. I w tej jednej sekundzie zrobiło mi się cieplej. Nie dlatego, że spojrzał czule. Nie. Patrzył ostrożnie. Jak ktoś, kto wraca do domu po awarii i nie wie, czy wystarczy wymienić bezpiecznik, czy spaliła się cała instalacja. Podszedł. Im był bliżej, tym bardziej czułam, że nie mam przygotowanej twarzy. Nie wiedziałam, czy mam wyglądać na złą, spokojną, zawstydzoną, obojętną. Wszystkie wersje mnie stały wewnątrz i żadna nie chciała przejąć odpowiedzialności.
– Gdzie byłaś? – zapytał.
Nie zabrzmiało to jak przesłuchanie. Bardziej jak prośba, żeby nie kłamać.
– Z Pawłem.
Powiedziałam to prosto. Bez ozdób. Bez tłumaczenia. Maciek skinął głową. Za wolno.
– Widziałem, że zniknęliście.
– Ty też byłeś zajęty.
To zdanie wyszło ze mnie szybciej, niż zdążyłam je zatrzymać. Zobaczyłam, jak coś przeszło mu po twarzy. Krótkie napięcie. Jak drgnięcie wskazówki, gdy prąd wraca do miernika.
– To był konkurs – powiedział.
Prawie się uśmiechnęłam.
– Jasne.
Nie odpowiedział. I dobrze, bo oboje wiedzieliśmy, że „konkurs” to za małe słowo na to, co się z nami działo. Przez chwilę staliśmy naprzeciw siebie w tym chłodzie. Za nami krzyczała impreza. Przed nami było coś znacznie cichszego i chyba groźniejszego. Maciek spojrzał na moje ramiona.
– Zmarzłaś.
– Trochę.
Zdjął marynarkę i narzucił mi ją na plecy.  Ten gest mnie prawie złamał. Nie pocałunek. Nie dotyk Pawła. Nie spojrzenia obcych ludzi. Tylko ta marynarka. Ciepła od Maćka. Pachnąca nim, samochodem, naszą szafą, codziennością. Nagle wszystko, co wydarzyło się tej nocy, zderzyło się z naszym zwykłym życiem. Z dziećmi u babci. Z rachunkami. Z kuchnią, w której rano rozsypały się płatki. Z tym, że jutro ktoś będzie musiał odebrać Franka. Zacisnęłam palce na klapach marynarki.
– Chcę wracać – powiedziałam.
Maciek spojrzał w stronę sceny. Potem na mnie.
– Teraz?
– Teraz.
Nie zapytał drugi raz. I za to byłam mu wdzięczna. Do samochodu szliśmy obok siebie, ale nie trzymaliśmy się za ręce. Nie dlatego, że nie chciałam. Raczej dlatego, że oboje baliśmy się sprawdzić, czy ten gest nadal jest nasz. Ręce wisiały między nami puste, jak narzędzia odłożone po pracy, której nikt nie umie nazwać. Paweł zobaczył nas z daleka. Uniósł dłoń. Odpowiedziałam skinieniem głowy, ale nie podeszłam. Nie chciałam kolejnej sceny. Kolejnego spojrzenia, które trzeba by było jakoś sklasyfikować.
W aucie przez długi czas nie mówiliśmy nic. Maciek prowadził. Ja siedziałam obok, w jego marynarce, z kolanami złączonymi mocniej, niż było wygodnie. Za szybą noc ciągnęła się czarnymi pasami. Deszcz był drobny, prawie niewidzialny, ale wycieraczki i tak pracowały równo.
Tam i z powrotem.
Tam i z powrotem.
Jakby samochód miał własny sposób na uspokojenie świata. Silnik mruczał nisko, stabilnie. Przekładnia robiła swoje. Koła trzymały asfalt. Wszystko, co mechaniczne, wydawało się tej nocy mądrzejsze od nas. W samochodzie przynajmniej było wiadomo, co się stanie, kiedy naciśniesz pedał. Przyspieszenie. Hamowanie. Skręt. Opór. Z człowiekiem naciskasz jedno miejsce, a boli zupełnie gdzie indziej. Patrzyłam na dłonie Maćka na kierownicy. Znałam te dłonie. Znałam ich ciężar na moich biodrach, ale też ich cierpliwość przy zapinaniu dziecięcej kurtki. Znałam sposób, w jaki trzymały kubek rano. Jak szukały po omacku telefonu na szafce nocnej. Jak naprawiały kran, który ciekł od tygodnia. A teraz zastanawiałam się, czy te same dłonie dotykały Asi. Nie zapytałam. Bałam się, że odpowie szczerze. Maciek też milczał. Czułam to milczenie jak dodatkowego pasażera na tylnym siedzeniu. Siedziało z nami, pochylone do przodu, słuchało oddechów, czekało na pierwsze pęknięcie.
– Wszystko w porządku? - powiedział w końcu.
Prawie się roześmiałam. Nie z niego. Z tego pytania. Było tak małe wobec tego, co trzeba by w nie upchnąć.
– Nie wiem.
To była jedyna uczciwa odpowiedź. Maciek skinął głową. Nie spojrzał na mnie, tylko mocniej objął kierownicę.
– U mnie też nie.
I dziwnie, ale to mi pomogło. Nie naprawiło niczego. Nie rozgrzeszyło. Nie zamknęło nocy w wygodnym pudełku. Ale przynajmniej nie byłam sama w tym „nie wiem”. Przez kilka kilometrów znów milczeliśmy. Światła ciężarówki minęły nas z lewej strony. Przez sekundę kabina auta wypełniła się białym blaskiem i zobaczyłam nasze odbicia w szybie: jego profil, mój cień, marynarkę na moich ramionach. Wyglądaliśmy prawie normalnie. Prawie.
– Patrzyłeś na nią – powiedziałam cicho.
Maciek nie udawał, że nie rozumie.
– Tak.
Zamknęłam oczy. Bolało mniej, niż się spodziewałam. Może dlatego, że przynajmniej nie skłamał.
– Chciałeś jej?
Długo nie odpowiadał.
Silnik pracował równo. Wycieraczki przesuwały się po szybie. Noc nie miała litości, ale była cierpliwa.
– Nie wiem, czy jej – powiedział w końcu. – Bardziej tego, co się wtedy ze mną działo.
Otworzyłam oczy. To była odpowiedź, której nie przewidziałam. Może nawet prawdziwa. Odwróciłam głowę w stronę okna. Krople deszczu rozciągały światła w długie, drżące linie.
Nie mogłam przestać myśleć o tym, jak Paweł mnie rżnął. O tym dźwięku – mokrym, obscenicznym klapaniu cipki, gdy wbijał się w nią od tyłu. O tym, jak złapał mnie za włosy i pociągnął głowę do tyłu, żeby mogła patrzeć na światła imprezy przez gałęzie, podczas gdy on wbijał się coraz głębiej. 
- Ciasna jesteś – wysapał mi prosto do ucha. Nie wiedziałam, czy to komplement, czy po prostu stwierdzenie faktu.

Teraz, siedząc obok męża, czułam jeszcze resztki jego spermy w sobie. Lepką, gęstą. Za każdym razem, gdy zaciskała uda, wypływało trochę więcej. Majtki były kompletnie przemoczone – nie tylko od moich soków.
Zerknęłam na Maćka. Czy gdyby teraz wsunął jej rękę pod sukienkę, wyczułby obcego kutasa, który był w niej niecałą godzinę temu.
– Ja też nie wiem, czy chodziło o Pawła – powiedziałam.
Maciek milczał, ale poczułam, że słucha mocniej.
– Chyba bardziej o to, że przez chwilę nie byłam sobą. Albo byłam sobą za bardzo. Nie wiem.
Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że zrobiło mi się zimniej. Maciek zdjął jedną rękę z kierownicy i położył ją na tunelu między nami. Nie dotknął mnie. Zostawił dłoń w połowie drogi. Patrzyłam na nią długo. Potem położyłam na niej swoją. Nie splotłam palców. Jeszcze nie. Tylko dotknęłam. Jego ręka była ciepła.
I chyba właśnie od tego zrobiło mi się najtrudniej. Bo po całej tej nocy, po wszystkich spojrzeniach, obcych głosach, po scenie, po Pawle, po Asi, po tym wszystkim, czego nie umiałam nazwać, wracaliśmy autem jak małżeństwo, które nie wie, czy coś zniszczyło, czy właśnie odkryło ukryte drzwi w swoim własnym domu.
– Wracamy razem - powiedział po chwili Maciek.
Nie zabrzmiało to jak deklaracja zwycięstwa.  
Raczej jak sprawdzanie, czy most jeszcze stoi.
Ścisnęłam lekko jego dłoń.
– Tak – odpowiedziałam.
Przez chwilę jechaliśmy w tej samej ciszy, co wcześniej – tylko wycieraczki skrobały szybę, a za oknem przesuwały się czarne pola, ciężkie od nocy i wilgoci. Jego dłoń leżała pod moją, ciepła, ciężka, jakby zrobiona z innego materiału niż reszta tego świata. Znałam ją na pamięć. Znałam każdy odcisk, każdą żyłę, każdy mały bliznowaty ślad po kluczach i śrubach. A jednak teraz wydawała się obca. Jak coś, co wróciło z dalekiej podróży.
Nie myślałam. Po prostu zrobiłam to. Powoli, jakbyśmy oboje byli ze szkła, które może pęknąć od zbyt gwałtownego oddechu, przesunęłam jego rękę ze środka tunelu na swoje udo. Materiał sukienki był jeszcze wilgotny od nocnego powietrza i od tego, co zostawił we mnie Paweł. Czułam to – lepkie, ciepłe wspomnienie obcego kutasa, które wciąż ze mnie wyciekało, powoli, jak żywica z naciętego pnia. Maciek nie cofnął dłoni. Tylko palce mu drgnęły, jakby silnik zaskoczył na zimnym starcie. Podciągnęłam sukienkę wyżej. Powoli. Centymetr po centymetrze. Noc wślizgiwała się pod materiał razem z jego ręką. Chłód i ciepło jednocześnie. Gdy jego palce dotknęły nagiej skóry powyżej pończochy, poczułam, jak całe moje ciało robi się jedno wielkie, napięte oczekiwanie. Jak stara maszyna, która przez całą noc pracowała na wysokich obrotach i teraz, w końcu, ktoś dotyka jej rozgrzanych części.
– Wyżej – szepnęłam. Głos mi się łamał, niski, chrapliwy, jakby należał do kogoś innego.
Jego dłoń ruszyła posłusznie. Ciężka, pewna, małżeńska. Minęła krawędź majtek, które były zupełnie przemoczone – moje soki, Pawła sperma, wszystko wymieszane w jedną ciepłą, gęstą maź. Gdy opuszek jego palca musnął moje nabrzmiałe wargi, westchnęłam cicho, prawie boleśnie. Byłam obrzmiała, wrażliwa, jeszcze otwarta po tamtym szybkim, zwierzęcym rżeniu w krzakach.
Maciek wśliznął się we mnie dwoma palcami bez wahania. Głęboko. Powoli. Jakby chciał sprawdzić, co zostało z jego żony. Poczułam, jak wchodzi w tę mokrą, lepką spustoszoną cipkę, jak rozgarnia obcą spermę, jak miesza ją z moją własną wilgocią. To było obrzydliwe. I piękne. I tak prawdziwe. Jęknęłam cicho, głowę odchyliłam na oparcie. Za szybą migały czerwone światła ciężarówek, dalekie, jak latarnie na końcu świata. A w środku auta jego palce poruszały się we mnie – miarowo, głęboko, jakby znał tę drogę na pamięć, choć nigdy nie jechał nią po kimś innym. Kciuk znalazł mój nabrzmiały łechtaczki i zaczął zataczać powolne, ciężkie kręgi. Każdy ruch wyciskał ze mnie cichy, mokry dźwięk. Klap. Klap. Klap. Jak deszcz padający na blachę dachu.
– Czujesz go jeszcze? – zapytałam szeptem, prawie bez tchu.
Nie odpowiedział. Tylko wsunął trzeci palec, rozciągając mnie szerzej, głębiej, jakby chciał wejść tam, gdzie przed chwilą był Paweł. Czułam, jak jego ręka robi się śliska po nadgarstek. Jak cała noc spływa po jego palcach.
Zamknęłam oczy. Droga uciekała pod kołami. Auto jechało prosto, równo, a ja rozkładałam nogi szerzej na siedzeniu, pozwalając mężowi macać to, co zostało po obcej cipce. Po tym, kim byłam przez chwilę za żywopłotem. Po tym, kim wciąż byłam.
Poczułam, że może jednak wracamy nie tylko razem – ale wracamy do czegoś, co jest większe i brudniejsze, i bardziej prawdziwe niż wszystko, co było przedtem.
W pewnej chwili Maciek zwolnił. Oddychał ciężej, głębiej, jakby coś w nim pękało. Zdjął nogę z gazu na moment, auto delikatnie zwolniło, sunąc po pustej drodze jak po czarnej rzece.
– Hania… – głos miał chropowaty, zmęczony, jakby całą noc trzymał w sobie coś ciężkiego. 
– Zrób mi dobrze. Proszę. Nie spuściłem się ani razu przez cały ten cholerny wieczór.
Słowa zawisły między nami jak dym z papierosa w pustym barze. Patrzyłam na jego twarz oświetloną tylko zielonkawym blaskiem deski rozdzielczej – napięte szczęki, cień zarostu, oczy wpatrzone w drogę, jakby bał się spojrzeć na mnie.
Przesunęłam dłoń z jego ręki niżej, na udo, a potem jeszcze dalej. Przez materiał spodni czułam, jak jest twardy – boleśnie, uparcie twardy od wielu godzin. Rozpięłam zamek. Wsunęłam rękę do środka. Jego kutas był gorący, nabrzmiały, pulsujący w mojej dłoni jak coś żywego, co za długo czekało w ciemności. Skóra napięta, żyły nabiegłe. Zacisnęłam palce i zaczęłam poruszać ręką – powoli, rytmicznie, jakbym głaskała stare, zmęczone zwierzę, które wreszcie może odpocząć.
– Chcesz, żebym ci obciągnęła? – zapytałam szeptem, nachylając się bliżej. Mój oddech owiał jego szyję. 
– Mogę się pochylić…
Nie zdążyłam dokończyć.
Maciek jęknął krótko, gardłowo, prawie boleśnie. Jego biodra drgnęły w górę, w moją dłoń. Poczułam, jak cały sztywnieje – mięśnie brzucha napięte, uda drżące. Gorąca, gęsta sperma trysnęła mocno, raz za razem, zalewając moje palce, spływając po nadgarstku, plamiąc materiał spodni. Spuszczał się długo, jakby cała noc, całe napięcie, cała zazdrość i podniecenie wylały się z niego jednym wielkim, drżącym strumieniem.
Nie powiedział nic. Tylko oddychał ciężko, z głową lekko odrzuconą do tyłu. Droga dalej uciekała pod kołami, czarna i mokra. 
Trzymałam jego kutasa jeszcze chwilę, czując, jak powoli mięknie w mojej śliskiej dłoni. Ciepła sperma stygła między moimi palcami. Pachniała znajomo. Domowo. I jednocześnie obco. Wytarłam rękę o jego koszulę, delikatnie, prawie czule. Jakbyśmy właśnie naprawili coś, co od dawna się psuło.

  • Lubię 1
  • Dziękuję 1

Skopiuj link do postu


Odnośnik do odpowiedzi

Cuckoldplace Poland © 2007 - 2026

Jesteśmy szanującym się forum, istniejemy od 2007 roku. Słyniemy z dużych oraz udanych imprez zlotowych. Cenimy sobie spokój oraz kulturę wypowiedzi. Regulamin naszej społeczności, nie jest jedynie martwym zapisem, Użytkownicy stosują się do zapisów regulaminu.

Cookies

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.

Polityka Wewnętrzna

Nasze Forum jest całkowicie wolne od reklam, jest na bieżąco monitorowane oraz moderowane w sposób profesjonalny przez ekipę zarządzającą. Potrzebujesz więcej informacji? Odwiedź nasz Przewodnik. Jednocześnie przypominamy, że nie przyjmujemy reklamodawców. Dziękujemy za wizytę i do zobaczenia!

×
×
  • Dodaj nową pozycję...