Rity fantazje - Cuckold Forum Skocz do zawartości

Rity fantazje

  • wpisów
    16
  • komentarzy
    91
  • wyświetleń
    8842

O blogu

zbiór opowieści najróżniejsze treści

Wpisy na tym blogu

 

Jerzy - cz.1

Dajcie znać w komentarzach, czy jesteście zainteresowani ciągiem dalszym.   ----   -Bo Jurek był odważny, a ty jesteś pierdoła.   Zajrzałam z ciekawości o kim tak wypowiada się Jolka, ale okazał się, że siedzi na telefonie.   -Poszedłby do niej i z nią pogadał….no jak nie? A pamiętasz, jak poszedł do Hanki i siedział z nią do rana? No… tak… tak, wtedy, jak chciała nie iść na maturę… To, że był od niej młodszy to tylko pokazuje, jaką miał siłę przebicia! W sumie dalej jestem ciekawa, czy zdałby swoją.   Cicho wycofałam się do kuchni i odłożyłam zakupy, po które wyszłam. Jolka miała mały pokoik na piętrze, mój znajdował się po drugiej stronie korytarza. Między nami była łazienka z toaletą a pokoje łączył długi balkon. Gdy byłam młodsza często zakradałam się po nim i zaglądałam jej do pokoju. Zawsze siedziała z dziewczynami, bo tata nie pozwalał przyprowadzać do domu chłopaków. Co ciekawe Jolka mogła się z nimi widywać, ale u innych i na mieście. Ale nie u nas.   Ale Jurka kojarzyłam. Często o nim wspominała, zawsze w pozytywnym kontekście, niemal w samych superlatywach ale nie zwracałam na to szczególnej uwagi. Tyle tylko, że Jurek zginął w wypadku samochodowym, więc była to postać charakterystyczna. Pamiętam ten dzień, bo był na krótko po mojej komunii. Jolka wpadła zaryczana do domu i pobiegła do pokoju. Mama rzuciła wszystko i poszła za nią a ojciec zamarł z gazetą w ręku i kazał mi siedzieć na dole. Mamy nie było przez długi czas a kiedy zeszła, była blada jak ściana.   -Jurek nie żyje. -Jak to? – ojciec podniosł się i podszedł do matki. Groza sytuacji udzielila się i mi, chociaż nie wiedziałam nawet dobrze o kogo chodzi. -Jechał z kuzynem maluchem, weszli za ostro w zakręt, rozbili się o wiadukt. Kuzyn leży w śpiączce, Jurka nie odratowali. -Idę do Jolki – powiedział ojciec zdecydowanym tonem i teraz to on zniknął na dłuższą chwilę.   Jolka chodziła zapłakana jeszcze długi czas a później wszystko zaczęło wracać do normy. Poza tym, że na początku dużo czasu spędzała ze swoją paczką i często Jurka wspominali.   Teraz kończyła studia a ja gimnazjum. Miała już swoje życie i narzeczonego, ale nadal jeszcze trzymała się z niektórymi ludźmi z tego czasu.   Kończyłam układać jogurty na półkach lodówki, kiedy weszła i bez pardonu wyjęła mi jeden z ręki. -Dzięki – powiedziała otwierając go i wypijając duszkiem. -Proszę – zamknęłam drzwiczki – Kogo tak opieprzałaś? -Nie przeklinaj – powiedziała automatycznie, choć sama klęła jak szewc – Tomka. -? -Nie znasz. -I co z nim? -Jego młodsza siostra chce rzucić studia przed samym końcem. -Fatalnie – skomentowałam i ziewnęłam – I co by z tym zrobił Jurek?   Popatrzyła na mnie ciężkim wzrokiem.   -No co?! -Podsłuchujesz mnie, małpo! -Nie muszę, darłaś się na całe piętro. -Sama się drzesz – wyrzuciła opakowanie po jogurcie do śmieci – Jurek najpierw by spytał, co dobrego w jej życie wniesie taka decyzja, a co straci. -Mądrze. -Bo to był mądry chłopak – rzuciła już z korytarza – Idę się przejść, nie wiem kiedy będę.   Stuknęły drzwi a ja zostałam sama. Rodzice mieli wrócić z pracy za dwie godziny. Do dziś nie wiem, skąd mi się wzięła myśl, żeby przejrzeć Jolki fotografie. Może z nudów? W każdym razie weszłam do jej pokoju, uważnie przejrzałam półki, wyjęłam jeden z albumów z czasów późnej podstawówki i zaczęłam przeglądać. Ogniska..więcej ognisk…jakaś wycieczka szkolna…zakończenie roku…Tłumy postaci, zawsze wychodziła gdzieś z paczką albo z całą klasą.   O, jest! Stoi w otoczeniu kilku chłopaków. Może coś pisze z tyłu? Kiedyś gdy wywoływanie zdjęć było powszechne to był zwyczaj podpisywania się przez sfotografowanych.   Nie myliłam się. „Tomek, Jerzy, Jolka, Marcin i Rafał – Beskid 1997”. Odwracam zdjęcie i patrzę na drugą postać po lewej. Raz, drugi i trzeci. Usiadłam i zaczęłam jeszcze raz przeglądać album. Potem kolejny. Wszędzie szukałam chłopaka o coraz dłuższych, jasnych włosach obwiązanych często bandamą. W jeansowej katanie i w ciężkich butach. Na zdjęciach robionych rok przed wypadkiem ma włosy ścięte na krótko ale z dłuższą grzywką z kręcącymi się końcami. Nosi koszule i jeansy. Na ręku ma sporej wielkości zegarek a na szyi miga rzemyk. Ciekawe, co na nim wisiało? Jedno jest pewne. Im dłużej oglądałam te zdjęcia, tym coraz bardziej wpadałam. Kiedy rodzice wrócili do domu – byłam już zauroczona na amen.   --   Zauroczona. Ale jeszcze nie zakochana. Kolejne dni poświęcałam na zapuszczanie wici.   -Mamo, a kto to był ten Jurek, co miał wypadek przed maturą Jolki?   Mama podniosła głowę znad krzyżówki.   -Jurek Hojnicki? Jola chodziła z nim do klasy. W zasadzie to już w przedszkolu byli razem ale się nie bawili. A potem zaprzyjaźniła się z jego siostrą z klasy wyżej, może pamiętasz, Grażynka. -Coś pamiętam – blefowałam, bo widziałam ją oczywiście na zdjęciach. Zupełnie nie byli do siebie z Jurkiem podobni. Z głowy wyskoczyło mi także wspomnienie tego dnia, gdy Jolka wróciła z informacją o wypadku. „Idę do Grażyny!” – krzyknęła, wychodząc wieczorem. Nie wróciła do rana, ojciec się martwił. -Bardzo miły chłopak. Oczytany. Miał same szóstki z polskiego, wróżono mu karierę polonisty, ale on sam nie wiedział gdzie i na co chce iść. No i ostatecznie nie musiał tej decyzji podjąć – westchnęła – A czemu pytasz? -A tak mi się przypomniało. Gdzie go pochowali? -Tu u nas, na cmentarzu. To będzie w tej nowej części, ale nie na samym końcu, bo tam chowają tych co teraz zmarli, musisz patrzeć…bo ja wem? Tak z dziesięć rzędów wcześniej.     Dziesięć rzędów wcześniej, pół godziny i kilka „choler jasnych” później udało mi się w końcu znaleźć nagrobek. Imię, nazwisko, data urodzin, data zgonu… żadnego zdjęcia. Kilka podeschniętych kwiatków, pełen wody po niedawnym deszczu znicz. Trącąca już myszką żelbetonowa płyta. Prawie anonimowo. Niewiele się stąd dowiem, ale nie po to tu przyszłam. Z naddartej siatki wyjmuje nowy znicz i wywalam stary. Ostrożnie podpalam knot. Mam jeszcze chryzantemę, kładę ją na środku.   -Cześć, Jurek.   Stoję w milczeniu czas jakiś, czując się trochę głupio a trochę jakbym dotknęła jakiejś tajemnicy. Potem żegnam się i odchodzę odprowadzana wzrokiem wchodzącej przez bramę kobiety ze staromodnym rowerem.   -Dzień dobry! – rzuca schrypniętym głosem. -Dzień dobry – rzucam i zwalniam. Znam ją? Chyba nie. -Dawno nikogo nie było na Jureczka grobie. Znałaś go?   Spalam buraka.   -Nn…nie, to kolega siostry. -Coś tak właśnie mi się wydawało, że za młoda jesteś – kiwnęła głową i ruszyła przed siebie. -A pani go znała? – zawołałam. Zatrzymała się. -To mój sąsiad. Był. Zawsze pytał, czy mi czegoś ze sklepu nie trzeba, takie uczynne dziecko. A jak grał ładnie na gitarze!   Pomachała mi ręką i poszła dalej a ja wróciłam do domu z nowymi informacjami w głowie.   -Tata, a co to był za Jurek co go tak Jolka często wspomina?   Złapałam go w garażu tak, żeby nie było przy tym świadków. Ojciec wytarł dłonie w robocze spodnie i śmiesznie zmarszczył nos.   -Ten co się zabił na wiadukcie? Jej kolega z klasy. A czemu pytasz? -A tak z ciekawości. Często o nim mówi. -Nie dziwne – wrócił pod maskę – Włóczyli się wszędzie, miał dobry wpływ na ludzi. Co chwilę wyciągał kogoś z tarapatów, bardzo go szanowali. Uczył się nieźle, coś tam nawet wydał ale ja nie wiem co. -Wydał? -Mieli jakiś konkurs w szkole który wygrał. Wypuścił jakiś tomik…czy książkę…nie wiem, musisz o to Jolkę spytać. W każdym razie jego rodzice myśleli, że pójdzie na polonistykę, ale wiadomo, jak się to skończyło. Westchnęłam. Że też ze wszystkiego rodzice musieli najlepiej zapamiętać jak się uczył. Oni zawsze są tacy? -Nie widziałam go tu nigdy. -Bo tu chłopaki nie mają wstępu – zarechotał – Szlag by to… przepraszam, pompka mi się odpięła. Przez chwilę wkręcał coś z namysłem. -Jolka jeździła z nim na obozy i wycieczki, praktycznie co weekend gdzieś się razem szlajali. Tyle o nim mówiła że byłem pewny w którymś momencie, że się z nim spotyka, ale on miał tam chyba jakąś swoją… jej się spytaj. Możesz mi podać tamten klucz? Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli kupić nowe auto.   Jolka najmniej z nich wszystkich chciała ze mną rozmawiać. -A po co ci to? – z miejsca się zjerzyła. -Z ciekawości. -Z ciekawości to ty lepiej przejrzyj słówka na niemiecki bo z takimi ocenami to się do „piątki” nie dostaniesz. Wynocha mi stąd, kolokwium jutro piszemy.   Siedząca na ziemi szatynka obrzucila mnie wesołym spojrzeniem i pomachała, kiedy siostra bez ceregieli wystawiła mnie za drzwi.   -Ciesz się, że masz tylko starsze rodzeństwo – usłyszałam. -To też ma swoje minusy. A kto to był ten Jurek? -A chcesz sobie zrobić przerwę? -Tak. -Herbatki?   Odskoczyłam od drzwi w samą porę i schowałam się za fikusa. Jolka poszła na dół a ja wbiegłam do siebie, weszłam na balkon, zabrałam stojącą tam szklankę i cicho podkradłam się pod drzwi balkonowe. Gdy wróciła przyłożyłam ją do zasłoniętej firanką szyby.   -Malinowa. -Pycha! -Jurek to był mój kolega z klasy. Z liceum. Ale przed liceum chodziliśmy razem do przedszkola i podstawówki. Takich facetów już dzisiaj nie robią.   Przez chwilę się śmiały.   -Jurek – kontynuowała – To był bardzo wrażliwy chłopak. A przynajmniej jak ktoś go znał, to o tym wiedział. Na co dzień to taki normalny – popijał z chłopakami piwo, gadali o samochodach, do znudzenia mordowali na gitarze chwyty Dżemu. Boże, jak ja teraz nie znoszę Dżemu…   Znowu śmiechy.   -I tak mogłaś z nim przegadać o pierdołach cały wieczór, ale kiedy zeszło na poważne tematy to dopiero wtedy widziałaś, ile w nim siedzi. Jakie on miał przemyślenia, jakie celne puenty…nie wiem skąd mu się to brało. -Ile razy ktoś z nas miał problem, to rzucał co robił i mu pomagał. Raz jedna z koleżanek zaciążyła na początku liceum. Straszna kiszka. Facet ją zostawił, rodzicom bała się powiedzieć, w szkole tym bardziej. Jurek się o tym dowiedział, zabrał ją gdzieś do jakiejś fundacji, jak pogadali z dziewczyną i jak z nią potem wszędzie poszedł, to przyznała się i rodzicom i szkole. Co lepsze to nawet okazało się, że ją wszyscy wspierali, ale finalnie oddała je do adopcji. I zgadnij kto ją potem siedział i pocieszał? -Jurek. -A pewnie. Albo inna chciała nie podchodzić do matury. Nic nie umiała, kompletne zero. Wprowadził się do niej na dwa tygodnie, kuli jak szaleni, nie dawał jej odpocząć, przyszła na maturę jak zjawa. -I zdała? -Ledwie, ale zdała. A była pewna, że nie zda. -Strasznie porządny ten Jurek był.   Kiwnęłam głową. Ładny, porządny chłopak. -I tu cię zaskoczę. Bo to był bardzo porządny, bardzo towarzyski, bardzo uczynny człowiek. No kurwa chodzący ideał. -Coś tu musi być nie tak? -Ano musi. Bo takich mrocznych poematów jak on i takich kawałków to nikt inny nie pisał. -Hmm? -Mroki, szatany, ciemne ogrody… pamiętasz, jaka kiedyś była moda na takie kawałki? -Boże, i on do tego tak męczył Dżem? – studentka roześmiała się perliście – A to numerant. Co jego rodzice na to? -Niewiele, bo mieli obraz bardzo idealnego syna. A on co jakiś czas schodził z kolegami do piwnicy…co się tam działo, to wiem tylko z jakiś plotek, ale można się domyślić. Kobiety, seks, wino, może odurzacze. Znajoma zatoczyła się ze śmiechu. -Mimo wszystko bardzo go szanowaliśmy. Jego odejście nas załamało. Było, minęło A teraz mamy anatomię na głowię. -Ano… to od czego zaczniemy?   Zabrałam z jej albumu zdjęcie, gdzie stoi razem z nim przed jakimiś drzwiami w wiejskiej chacie. Może z imprezy? Zagięłam je tak, że został sam Jerzy. -Ciężko sobie wyrobić o tobie zdanie – mruknęłam. Wiele godzin spędziłam, wpatrując się w tę fotografię, odwiedzając kwaterę i łapiąc teraz uważniej Jolki wstawki o Jurku. -…mówił, że barszcz, to musi być barszcz, a nie siki. Zawsze dosypywał dwie łyżeczki pieprzu… -…wracając z wycieczki wjechał motocyklem w stóg siana, Tomek myślałam, że dostanie zawału a potem nie mogli z tego stogu wyjść, tak się śmiali. Może to jakaś była zapowiedź tego wszystkiego… -…potępiał takie zachowanie. Mówił, że tylko tchórze nie potrafią stanąć twarzą w twarz z tym, za co chcieli wziąć odpowiedzialność. Wprost nie chciała mi nic powiedzieć. Pytałam jeszcze raz i po raz kolejny pokazała mi drzwi. Zaczęłam więc planować całą strategię wydobywania informacji naokoło. Gdy wyszła na imprezę bez skrupułów przejrzałam jej pamiątki ze szkoły pochowane w pudłach pod łóżkiem. Wygrzebałam kartki wysłane jej przez Jurka, życzenia urodzinowe spisane na odręcznie zrobionych bilecikach, zasuszone płatki z osiemnastkowej róży od niego oraz bilety koncertowe schowane w kopercie z dopiskiem: „Jerzy-zaproszenia”. Kat, Wilki, Dżem. Niezły przekrój. Przesłuchałam dyskografię z tamtego okresu i próbowałam wyobrazić sobie moją siostrę ryczącą z tłumem „Łzę dla cieniów minionych”. Wyobraźnia mnie zawiodła.   Ale na innych obszarach pracowała jak szalona. Nocami śniło mi się, że siedzę obok Jurka na jakimś murku. Trzymamy się za ręce a on patrzy oczami o brązowych tęczówkach i nie mówi nic. A potem rzuca się przed siebie i znika. Innym razem skaczemy w tłumie na koncercie a on jest w samych spodniach. Po takiej nocy budziłam się czerwona na twarzy i mokra między nogami. Kilka razy uczyliśmy się razem w przytulnym pokoju siedząc na sztucznej skórze z niedźwiedzia. W tle migotał grzejnik z żarówką imitującą płomień, z głośników płynęły rockowe ballady. Tłumacząc mi zawiłości biologii powoli rozpinał mi bluzkę przysuwając się coraz bliżej… Ten niewinny amok trwał czas jakiś aż przyszła jesień i nieco mnie otrzeźwiła. Zwłaszcza pójście do nowej szkoły i wyprowadzka Jolki do narzeczonego. -Wiele zmian na raz – uznała, zabierając ostatnie pudło i bezpowrotnie odcinając mnie od wielokrotnie przeglądanych zdjęć. Nowa klasa pełna przestraszonych, zainteresowanych i zblazowanych szesnastolatków prezentowała się dobrze. Usiadłam obok nijakiej blondynki i rozejrzałam uważnie. Po czym jakby mnie piorun strzelił. W ostatniej ławce siedział długowłosy blondyn z bandamką na czole i z brązowymi oczami. Widząc moją osłupiałą minę pytająco uniósł brwi i pomachał mi niepewnie. Odwróciłam się do okna i wytarłam mokre dłonie o spodnie. Tak zaczęło się moje szukanie ciebie w innych.   Jarek miał twoje oczy i włosy. Lubił też mocniejszą muzykę ale i mocniejsze używki. Przez pierwsze pół roku nie mogłam się skupić na nauce, bo szybko znalazłam okazję, by się z nim zapoznać, pobyć na paru imprezach a ostatecznie zostać jego dziewczyną, przez co zamiast skupiać się na lekcji patrzyłam się w lusterko oparte o piórnik, w którym odbijała się jego postać. Gdy w końcu udało nam się spędzić wspólnie noc przymknęłam oczy i zza pewnej mgły widziałam jego blond włosy i brązowe tęczówki wyłaniające się z półmroku pokoju. Tej nocy byłam z Jerzym. I kolejnej. I następnej. Nie da się jednak długo oszukiwać rzeczywistości. Szybko wyszło, żę fizyczne podobieństwo jest jedynym. Jarek dostał się tu chyba tylko cudem albo niesiony na dobrej opinii w szkole. Pała goniła pałę, zaczął też wagarować i do końca semestru zostawił naszą klasę, kilka niespłaconych pożyczek oraz moją osobę, która z kolei została postawiona przed faktem posiadanej bardzo niskiej średniej. Odkuwałam się kolejne pół roku a zdjęcie Jurka odważnie postawiłam wprost na biurku, żeby motywował mnie do pilniejszej pracy. Rodzice tu nie zaglądali bez wyraźnej potrzeby a Jolka szykowała się do ślubu i rzadko odwiedzała dom. A jeśli już, to nie mój pokój. Wyrobiłam się przed końcem roku i w nagrodę za postępy pojechałam na dwutygodniowy obóz żeglarski. Tam spotkałam Marcina. Marcin był krótkowłosym szatynem o pół głowy niższym ode mnie, barczystym, silnym i uzdolnionym muzycznie. Kiedy rozpalaliśmy ognisko brał gitarę i wyprawiał na niej takie cuda, o jakich mi się nawet nie śniło. Spod wpółprzymkniętych powiek słuchałam tego, myśląc o tym co mógł grać Jurek i jakby tu wydobyć jego nagrania. I od kogo? Marcin smakował solą i był bardzo zdecydowany w obyciu. Po łagodnych i niepewnych stosunkach z Jarkiem jego mocne pchnięcia, gwałtowne przestawianie mnie z pozycji do pozycji i gorący oddech jaki czułam tuż przy uchu, gdy mówił mi rzeczy od których przestawał mi przeszkadzać chłód płynący od wody – robiły na mnie silne wrażenie. W ciemnościach łatwo było wyobrazić sobie, że to nie on a Jerzy uderza biodrami o moje biodra pokazując swoją drugą naturę. Wraz z końcem obozu pożegnaliśmy się wylewnie i nie spotkaliśmy nigdy więcej.   C.D.N

rita

rita

 

Jerzy - prolog.

Elementarny problem z moim kochankiem polega na tym, że jest martwy.   Nie jest to jednak największy z problemów.   Gdybym spędziła z nim ten czas, kiedy jeszcze żył, wówczas mogłabym koić ból straty wspomnieniami które, być może, dałyby satysfakcję z tego, co zdążyliśmy przeżyć razem a ona z kolei popchnęłaby mnie do tego, by żyć dalej. Może nawet znaleźć kogoś, z kim napisałabym nową historię?   Niestety nie było nam to dane.   Gdybym jednak mogła go chociaż poznać, rozmawiać z nim, napawać jego obecnością... wówczas cieszyłabym się choćby i tym. Może mogłabym też rozwiać kilka wątpliwości, znaleźć odpowiedź na pewne pytania.   Ale nie miałam nawet i takiej szansy.   Czasami myślę, że gdybym mogła powiedzieć, że zakochałam się w, powiedzmy, Kurcie Cobainie albo jakimś dawno zmarłym pisarzu, wtedy ludzie po prostu pokiwaliby z politowaniem głową nad platonicznym zauroczeniem. Ale by je po trochu rozumieli.   Niestety tak się nie stało.   Jerzy był kolegą mojej starszej o ponad dekadę siostry. Zanim odszedł nie zdążył się przysłużyć niczym dla narodu. Nie był sławny ani nie dokonał żadnego heroicznego czynu.
Po prostu był.
A potem zmarł na krótko przed moimi ósmymi urodzinami.   Nigdy go nie poznałam.
Miłość do niego przysłania mi wszystko.

rita

rita

 

Talenty Akime, cz.9-ostatnia

Filip był nie mniej zaskoczony i zmieszany. Zanim zrobił cokolwiek Akime sama wstała i podeszła do dziewczyny.   -Cześć, jestem Akime.
-Chyba cię pamiętam - powiedziała powoli - Patrycja.
-Wiem, kojarzę cię. Przysiądziesz się?
-Nie wiem, czy nie przeszkadzam - przeniosła i utkwiła wzrok w Filipie, który tymczasem dopinał ostatni guzik w koszuli.
-Ależ absolutnie, ja już zresztą wychodziłam, chodź.   Nie czekając na odpowiedź podeszła do chłopaka i skinęła głową w stronę drzwi wyjściowych. Filip wstał powoli i ją odprowadził. Dopiero tam zdała sobie sprawę, że nie zabrała ze sobą ich zeszytu, więc stali pod drzwiami i patrzyli na siebie. On niezdolny do powiedzenia czegokolwiek, ona bez pomysłu, jak się pożegnać. Wreszcie wspięła się na palce i łagodnie pocałowała go w policzek.   Uścisnął jej dłonie i uśmiechnął się niepewnie. Odeszła pośpiesznie i dopiero po czasie uświadomiła sobie, że nie napisała mu najważniejszego.   "Filip, bierz coś przeciwzapalnego, to ważne!".   Nie odpisał. Ani tego dnia, ani kolejnego ani przez następne dwa tygodnie. Na tę i na kolejne wiadomości z pytaniem, jak się czuje. Spanikowała, że coś mogło się stać, ale gdy dwukrotnie o różnej porze podeszła pod jego dom widziała raz jego z Pati w ogrodzie a innym razem jak siedzieli we dwójkę w salonie.   Wydawało jej się, że nie opuszcza go na krok.   Nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Zabrała się za czytanie jakiejś książki, chodziła opalać z koleżankami, oglądała zaległe odcinki ulubionych seriali.   Wszystko to nie miało smaku. Kładąc się spać znowu słyszała jak jego krzyk przechodzi w śmiech a śmiech w krzyk. Czuła się źle. Czuła się niewłaściwie. A jednocześnie było to fantastyczne.   Po trzech tygodniach ciszy sms od niego niemal zwalił ją z nóg.   "Masz czas spotkać się o 16:00 w parku na Mickiewicza?"   Rzuciła wszystko i pobiegła do lustra. Podkrążone oczy, włosy w nieładzie generalnie - wyglądała dramatycznie. Prędko potwierdziła termin i rzuciła się "robić". Ta sama współlokatorka, która diagnozowała jej zakochanie, teraz kiwała z politowaniem głową.   -Zbajerował cię, zostawił a teraz chce się spotkać?   Popatrzyła na nią ciężko, co tylko spowodowało kolejne skinienie pełne wyrozumiałości.   -Łap moje perfumy i rzuć go w cholerę, ale niech czuje co traci.   "Zielona herbata". Akime zachichotała nerwowo.
A co tam. Psiknęła hojnie i ubrała białą sukienkę.   O 16:00 stała przy bramie wejściowej świdrując wzrokiem tłum rodziców z dziećmi i zakochanych par.   -Cześć.   Nie obejrzała się sądząc, że to nie do niej.   -Akime?   Tym razem odwróciła się z przerażeniem, że ktoś ze znajomych wpadł na nią, jak czeka na Filipa...ale był to on sam. Ale jakby nie on. Z przyciętymi włosami, spokojem malującym się na twarzy i w lekkich, jasnych ubraniach. Z rzemykiem na dłoni a dłońmi w kieszeniach.Ze skórzaną torbą przewieszoną przez ramię. Pachnący dobrymi perfumami i taki po prostu... szczęśliwy. Promieniał szczęściem i spokojem, jakiego u niego nie widziała.
A głos, który zdążyła zapomnieć, brzmiał głęboko i trochę niepewnie, jakby zastanawiał się, czy go rozumie.   -Mówisz? - spytała z głupia frant, bo co miała zrobić. Otworzył na to torbę i wyciągnął...ich zeszyt. I jej długopis.
-Przepraszam, nie zależało mi na uczeniu się czytania z ruchu warg. Możesz mi to napisać?   "Mówisz! Filip, masz piękny głos, jak mogłam go zapomnieć?"   Uśmiechnął się niepewnie.   -Miałaś go na nagraniu.   "Jak śpiewasz to brzmi jeszcze inaczej".   -Śpiewać jeszcze nie próbowałem, ale nie sądzę że dam radę.   "Jak widać możesz więcej, niż Ci się wydaje":   Znowu uśmiech. Gdzieś wyparowało z niego całe szaleństwo. Znowu miał ciepłe spojrzenie a wokół oczu pojawiło się kilka zmarszczek.   -Czy mogę cię prosić, żebyś była teraz moimi uszami? Znajdziesz nam w parku miejsce, gdzie będziemy sami? Nie wiem jak głośno mówię. Nie chce ludzi dookoła a mogę kogoś nie zobaczyć i nie usłyszeć.   Kiwnęła głową i ruszyli powoli główną aleją. Trwało to trochę, ale wyszukała wreszcie mały murek na uboczu, gdzie prawie nikt nie chodził. Za nim był długi pas trawy i droga ekspresowa.
Przysiedli. Rozejrzał się dookoła dla pewności i odchrząknął.   -Myślałem od kilku dni o tym spotkaniu a jak przyszło co do czego, to nie wiem, jak zacząć.   "Może od tego miejsca, gdzie się ostatnio widzieliśmy?"   -Tak... - zawahał się - Pati.   Przez moment dobierał słowa.   -Jak tylko wyszłaś Pati zaczęła mi się przyglądać, jak sęp ofierze. Zawsze podejrzewałem, że ma szósty zmysł. No więc widziała, że coś jest nie tak, ale nie wiedziała co. Zdążyłem zabrać nasz zeszyt ze stołu i ją zagadać, tyle że po godzinie dostałem temperatury i Pat wygoniła mnie do łóżka. Dopiero rano przeczytałem smsa od ciebie, ale nie odpisałem, bo wróciła zobaczyć, jak się czuję no i... wszystko się wydało.   Krew odpłynęła jej z twarzy. Poza tym wciąż przeżywała szok słysząc nie tylko, jak mówi, ale też jak dużo porównując z tym, jak wcześniej lakonicznie pisał.   -Ja czułem się dobrze, ale gdzieś w ferworze rozmów i żartów nie zauważyłem, że podwinęła mi się koszulka. Podeszła i z zaskoczenia podciągnęła mi ją pod szyję. A potem musiałem ją przez pół godziny uspokajać, bo wpadła w histerię i na zmianę płakała albo chciała mnie zabrać do szpitala. Nie musiała długo dedukować żeby dojść do wniosku, że sam sobie tego nie zrobiłem a ostatnio widziała nas razem, no więc...   Wyciągnął papierosy. Nie musiał pytać jej o zdanie. Sama chętnie by się teraz zaciągnęła.   -Kolejne pół godziny przekonywałem, żeby cię nie szukała, nie wydłubywała oczu i generalnie została w domu. Finalnie wpadła mi do pokoju, znalazła telefon i go skonfiskowała. Dlatego nie mogłem ci odpisać.   "Czy was coś łączy?"   -Wieloletnia przyjaźń. To dziewczyna Kosmy - zaciągnął się - Miała na tyle taktu, że nie czytała naszych wiadomości, ale widziała, że próbowałaś się ze mną skontaktować. Ciebie uznała za wariatkę, mnie za chorego i dobitnie powiedziała gdzie mam sobie wsadzić moje oburzenie, że zabrała mi telefon.   Wbrew woli zachichotała. Mimo lęku, jaki ją dopadł, znowu nie mogła oderwać oczu od tego, jak palił.Jak rozchylał usta, pośpiesznie obejmował wargami cienką końcówkę, przymykał oczy, zaciągając się i jak dym wypływa z półotwartych ust. Nabrała ochoty, żeby w końcu spróbować, jak to jest się całować.   -Było to o tyle ciekawe, że Pati to osoba bardzo spokojna, wyrafinowana a słowo "dupa" przychodzi jej z ogromnym trudem.   Rzucił niedopałek na ziemię, rozgniótł go butem i rozejrzał dookoła.   -Nigdy nie mówiłaś mi w jakim akademiku mieszkasz więc nie wiedziałem, gdzie cię szukać. O ile uwolniłbym się od Pat. A ona postanowiła mieć mnie na oku. I cóż, żeby być zupełnie z tobą szczerym...tylko ciężko mi o tym mówić...   Przerwała mu gestem. W milczeniu odprowadzili mijającą ich parę emerytów.   -Jak już jej minęła pierwsza złość, to chciała zrozumieć. Czułem się, jakby jedna z was zraniła mnie dosłownie, a druga kazała rozdzierać wszystkie rany, ale mentalnie. A gdy już jej to trochę wyjaśniłem, to...   Znowu się zmieszał. Spojrzał z rozpaczą na papierosy. Akime machnęła ręką, zapalił kolejnego.   -Jesteście, jak noc i dzień - podjął pozornie bez związku - Przyszła i zrobiła mi dokładnie to, co ty, ale jeszcze inną drogą. To tancerka, wiesz? Kiedyś grała, ale rzuciła wszystko, żeby tańczyć. Nauczyła mnie alfabetu, którym piszesz na dłoni i opisywała mi tak cały świat. Prostymi gestami. Zabierała na długie spacery, opowiadała różne rzeczy... wszystko w ten sposób. Nie poznałabyś, że prowadzi ze sobą kalekę. Nie zniósłbym tego. A jak to opisywała...   Zamyślił się a siedząca obok niego dziewczyna miała wyjątkowo bogatą wyobraźnię. Widziała w niej delikatną blondynkę kreślącą mu na dłoni kolejne litery gestami subtelnymi, jak lot motyla. A one same? W jakie zdania się składały? Patrząc na jego reakcję domyślała się, że przekraczały jej możliwości. Wielokrotnie.   -Kilka dni przed jej wyjazdem rozpinała mi koszulę w tym samym miejscu, gdzie ty. Tyle że potem zrobiła wszystko, żebym ani przez moment nie czuł bólu. Żadnego.   W końcu popatrzył jej w oczy. Była nieco speszona, nie przygotowana na taki temat.   -Nigdy wcześniej tego nie robiłem. A ty?   Speszyła się jeszcze bardziej, zarumieniła i pokręciła głową.   -Wiesz co? Mimo, że było to piękne, mimo, że rozstawaliśmy się w zgodzie, ja musiałem potem popatrzeć w oczy Kosmie i wiem, że nie mogę mu tego powiedzieć, bo jego to zniszczy a ani dla Patrycji ani dla mnie nie ma to żadnego znaczenia, bo to było tylko narzędzie do osiągnięcia celu. Brzmi znajomo?   Patrzyli sobie w oczy. Kiwnęła głową.   -Na koniec zostałem ze wszystkim sam. W głowie mam bałagan, nie znam lepszego słowa po angielsku, żeby to opisać. Obie chciałyście mi pomóc. Obie pomogłyście. Każda na swój sposób. Jedna jak noc, druga jak dzień. Obie piękne na swój sposób, bo potrafię docenić i bezksiężycową noc i słoneczne południe. Tylko wiesz co, Akime? Czuję się też wykorzystany. Czuję, że każda z was wzięła sobie coś z tego i że nie kierował wami czysty altruizm.   Znowu ktoś ich minął, choć tym razem nie zdążyli zareagować. Na szczęście był to młody chłopak z iPodem i słuchawkami.   -Patrycję potrafię zrozumieć, bo znam ją od lat i znam jej motywy - wrócił do swojego monologu - Ale nie rozumiem ciebie, Akime. Nie rozumiem co z tego miałaś. Czy lubisz krzywdzić, tak po prostu? Lubisz patrzeć, jak zadajesz ból? - odwrócił się do niej - Po tym czasie chciałbym zrozumieć...   Kręciła głową już od dłuższego czasu więc z ulgą ale i złością kreśliła w zeszycie kolejne zdania.   "Nie. Nie kręci mnie samo zadawanie bólu, jeśli za tym nie idzie nic dla drugiej osoby. Lubiłam patrzeć, jak idziesz przez to, jak się łamiesz, wzmacniasz, boisz a potem śmiejesz. Lubię to uczucie".   Przeczytał kilka razy po czym podniósł wzrok i zapatrzył w przestrzeń.   -No widzisz, Akime, a mnie się wydaje, że jednak do pełni szczęścia chciałabyś czegoś więcej.   Rozejrzał się. Było zupełnie pusto. Pochylił się nad jej uchem.   -Kiwnij głową, czy mówię teraz dość cicho?   Zaprzeczyła.   -A teraz?   Kiwnęła. Teraz mówił niemal szeptem, prosto do jej ucha.   -No więc myślę, że jednak bardzo chciałaś też usłyszeć to, co mi siedziało w głowie. Wydrzeć wszystko,co tam było moje i tylko moje - końcami palców ujął jej policzek z drugiej strony i przysuął twarz bliżej siebie - Że lubisz robić o ten jeden krok dalej, póki nie grozi to spaleniem za sobą mostu. Myślę, Akime, że chciałaś usłyszeć, jak w myślach błagałem cię, żebyś przestała, bo to co robiłaś, sprawiało mi cierpienie - zjechał ręką w dół,do jej biodra - To, jak i moje wycie z przerażenia, gdy wiązałaś mi oczy. Przypuszczam, że chciałabyś usłyszeć, jak mówię "Nie, proszę, nie w to miejsce, nie tam, gdzie boli najbardziej" - odwrócił ją w swoją stronę i chwycił za ramiona - Zakładam - wyszeptał, kładąc nacisk na każde słowo - że sprawiłoby ci przyjemność móc wydusić ze mnie choćby jedno słowo czego zrobić nie mogłem, bo z całych sił chciałem zostawić coś dla siebie.   Odsunął się i przyglądał, jakie wrażenie wywarły na niej jego słowa zapalając ostatniego papierosa. I nie mogła zrobić nic by ukryć, że miał rację. Była wstrząśnięta i czuła, jak gorąco, które uderzyło jej do głowy rozlało się teraz po całym ciele. Miała jasność, że wszystko to widać, jak na dłoni. Dlatego po prostu patrzyła na niego i czekała na kolejny ruch, który nie nadchodził. Po minucie, która dłużyła się niemiłosiernie sięgnęła po zeszyt.   "Więc żałujesz? Albo mam cię przeprosić? Czego oczekujesz?"   Zaśmiał się nad wyraz serdecznie.   -Żałuję? Nie żartuj. Broniłem cię przed wściekłością Pati jak lwica. Wyrwałaś mnie wreszcie ze skorupy w jakiej tkwiłem przez wiele miesięcy. Mówiłem ci: noc i dzień. Każda piękna na inny sposób... Nie, nie jestem zły. Nie żałuję. Chciałem się tylko upewnić, czy rozumiem. A kiedy już rozumiem... to też nie jestem zły. I nie żałuję. Przyjmuję to do wiadomości. Ja byłem potrzebny tobie. Ty mi. Narzędzia do celu... czy to ma znaczenie?   Sam pokręcił głową i zeskoczył z murka.   -Akime, miałbym prośbę. Czy możemy ten wieczór spędzić tak po prostu normalnie? Wiesz..kilka godzin razem, jeśli moje towarzystwo bez specjalnych atrakcji ci odpowiada.   Wypuściła z siebie całe powietrze a wraz z nim ogromne napięcie i kiwnęła głową.   -To chodź.   Przez kolejne godziny pokazywał jej miasto, zabrał na lody, rozmawiali o wszystkim i niczym w modnej kawiarni otoczeni malutkimi świeczkami upchanymi po równie miniaturowych słoiczkach. Albo milczeli patrząc z mostu na łódki pływające po rzece. Gdy dochodziła północ zaproponował jej, żeby przenocowała u niego.   -Bez podtekstów - dodał - Chciałbym po prostu skończyć ten dzień w twoim towarzystwie.   Wrócili do niego i zdziwił ją pusty dom.   -Nie masz szczęścia do poznania moich rodziców. Tym razem wyszli na urodziny do ciotki. No naprawdę, nie żartuję - zaśmiał się na widok jej miny a potem westchnął.   "?"   -Bądź raz jeszcze moimi uszami i puść to, proszę.   Podał jej nośnik, na którym zapisany był tylko jeden kawałek.   -Możesz nastawić tak głośno, jak zwykle?   "Jak zwykle", uśmiechnęła się. Podkręciła tak, aż podłoga się trzęsła i po kilku sekundach zaczęła bezwolnie kiwać głową.   "Dobre. Skąd to masz?"
"Tylko się nie zraź. Od Pati. Rytm fajny, ale opisała mi dokładnie całą melodię i zakładam, że jest tak dobra, na jaką wyglądała" - odpisał, żeby nie przekrzykiwać.
"Jest doskonała".
"Akime, lubisz prowadzić?"
"?"   Zobaczyła wyciągniętą przed siebie rękę i zrozumiała.   "Będę twoimi uszami".   Zastanawiała się, kiedy ostatnio miała okazję tańczyć i doszła do wniosku, że już dawno tego nie praktykowała. Coś jej jednak w tym wszystkim nie pasowało. Było za ładnie, za miło, za sympatycznie.   Gdy tylko zrobiło się cicho sięgnęła po zeszyt.   "Ty się ze mną żegnasz?"   Jedno skinięcie głowy znaczyło więcej, niż jakiekolwiek słowo.
Stała nieruchomo z zeszytem w ręku. Powoli odłożyła go na biurko, podeszła do odtwarzacza i puściła jeszcze raz.   Gdy muzyka już ucichła stali jeszcze jakiś czas bez słowa. W końcu puściła go i spytała, gdzie może się przespać. Pokazał jej przytulny pokój gościnny i tam zostawił. Nasłuchiwała jego kroków, póki światło wpadające przez szparę drzwi nie zgasło a z góry słychać było zamykające się drzwi.   Jakiś czas później wrócili jego rodzice.   Obudził ją na tyle wcześnie, że wyszli, zanim tamci wstali i pożegnali się przed bramą stonowanym uściskiem dłoni.   ----   Zmienił numer.
Usunął konta na portalach społecznościowych.
Nie pisał. Nie dzwonił.   Kiedy wyjeżdżała nie powstrzymała się przed pójściem pod jego dom, gdy było już zupełnie ciemno. Przez pół godziny patrzyła w światło palące się w oknie na piętrze. Wreszcie schyliła się i na piasku podjazdu narysowała jeden znak, który oznaczał pożegnanie.   Chciałaby powiedzieć, że to ją zmieniło. Że na nią wpłynęło... jakoś.   Ale gdy wróciła i dała sobie czas znowu zaczęła żyć swoim życiem i wracać na stare tory. Mijały miesiące a potem lata i stał się dla niej tylko wyrazistym wspomnieniem. Ciekawym doświadczeniem.   Któregoś dnia nie była pewna, czy dobrze pamięta, jak ma na imię.
Jego głos wyleciał jej z głowy o wiele wcześniej.   ---   Zmienił numer. Usunął konta. Nie pisał i nie dzwonił.   Gdy miał pewność, że już wyjechała, zaczął wychodzić spokojniej z domu.
Często oglądał swoje plecy mając świadomość, że to co na nich było zostanie już na zawsze.
Wybudzony ze stuporu, który przez pewien czas trzymał go przy życiu, opuszczony przez dwie kobiety, które do tego doprowadziły któregoś dnia usiadł na moście i kontemplował jadące pociągi czując, jak wszystkie myśli w jego głowie uspokajają się, znajdując sobie miejsce. Stopniowo wypalił paczkę mentolowych papierosów, które na jakiś czas stały się jego nałogiem.   A potem wstał i wrócił do domu.
Do siebie.   ---     dla tych, którzy chcą usłyszeć, od czego trzęsła się podłoga.

rita

rita

 

Talenty Akime - cz.8, przedostatnia

Leżała w swoim pokoju. Był środek nocy i miarowe oddechy współlokatorów były tłem dla upływających minut.   Musiała dać mu przynajmniej dwa dni, żeby odpoczął, ale było jej szkoda każdej godziny. Wkrótce mieli wrócić jego rodzice. Co wtedy? Gdzie znaleźliby inne miejsce, gdzie można robić co się chce aż do tego stopnia?
Myślała nad tym cały wieczór, kiedy przyszedł sms.   "Napisałem rodzicom, że jeśli chcą, to mogą przedłużyć wyjazd, bo u mnie wszystko ok a nawet lepiej. Pogadaliśmy i nie będzie ich jeszcze przez..."   Trzymał ją w napięciu całą godzinę, złośliwiec. Kiedy wreszcie usłyszała cichy brzęczyk przychodzącej wiadomości rzuciła się na telefon tak, że aż obejrzała się jedna z jej współlokatorek.   -Jak nic zakochana - stwierdziła łamaną angielszczyzną i uśmiechnęła szeroko. Akime prychnęła w myślach. To uczucie nie było jej jak do tej pory znane.   "..dwa tygodnie".   Także leżąc w ciemnościach miała nad czym myśleć i co planować a dwa dni oczekiwania nie były już takie męczące. Spokojnie mogła mu dać nawet trzy. To on odmówił.   On!   Uśmiechnęła się do siebie i naciągnęła kołdrę na głowę.   ----   Tym razem przyszła wcześnie rano. Przez ostatnie 48 godzin pisali do siebie towarzysko przez co dowiedziała się, że w zasadzie codziennie wstaje już o piątej, z przyzwyczajenia.   "Kiedyś wstawałem tak codziennie i grałem. Teraz nie mam co robić z czasem".   Dlatego już o szóstej dała mu znać, że stoi pod drzwiami a on zaprosił ją do środka. Wyjęła ich wspólny zeszyt i wkrótce zapełnił się rozmową przy stoliku w kuchni, gdzie grzał wodę w czerwonym, pękatym czajniku.   "Masz ochotę na śniadanie, Akime?"
"W sumie jeszcze nie. A ty?"
"Mógłbym, ale wolę jeść w towarzystwie. Poza tym nie wiem, czy to wskazane"
"Co masz na myśli?"
"No nie wiem, nie wiem... Czy masz dziś coś dla mnie, czy chciałabyś dla odmiany na przykład wyjść na miasto..."   Urocze przekomarzanie przerwał świst czajnika. Wskazała na niego palcem. Odwrócił się i leniwie wyciągnął rękę w stronę palnika. Przekręcił go nie wstając z krzesła i wrócił do zeszytu, który mu oddała.   "Może. Mamy dużo czasu. Ale wolisz przed czy po?"
"Prawdę mówiąc całą noc czekałem na nasze spotkanie. Może po?"   Uśmiechali się patrząc sobie w oczy. Pomógł jej wstać elegancko odsuwając krzesło i podając rękę. Miała dziś na sobie kremową tunikę, legginsy do kolan i baletki. On znowu miał koszulę i lniane spodnie, jedno i drugie wpadające w beże i biele. Gdy połączyła to ze słońcem wpadającym przez okna do salonu i kwiatami kwitnącymi w ogrodzie doznała estetycznego spełnienia, co ją rozbawiło. Na szczęście nie słyszał jej chichotu ani go nie widział, bo szedł przed nią na piętro.   Biały pokój także był zalany słońcem a okno otwarte na oścież. Położył na biurku zeszyt i zanotował coś szybko.   "Będzie ci przeszkadzać, jak sobie jeszcze zapalę?"
"Nie wiedziałam, że palisz"
"Bo nie palę. Jakoś tak ostatnio mnie naszło :)".   Wyjął z kieszeni paczkę mentolowych papierosów, przysiadł na parapecie i z namaszczeniem zapalił jednego. Usiadła na krześle i patrzyła z zachwytem na grę ruchu i światła, na włosy wpadające mu do oczu, które niedbale odgarnął i w końcu na obłok dymu wypadający spomiędzy rozchylonych warg.   Założyła nogę na nogę. On rozpiął sobie koszulę i rozsiadł się tak, że lekki wietrzyk rozchylił ją na boki. Z jedną nogą opartą o podłogę a drugą zgiętą na parapecie, ze skórą nagrzewającą się od słońca i nie spuszczając z niej wzroku, stanowił jedno wielkie pokuszenie.   Dopalił w końcu i wyrzucił pet za okno, które zamknął. Opuścił nogi na podłogę. Podeszła i objęła go w pasie. Stali tak przez moment, aż łagodnie zsunął jej ręce i podszedł do biurka.   "Nie musisz mnie wiązać, nie zrobię ci krzywdy ani cię nie będę powstrzymywać"   Pokręciła głową.   "To też jest dla mnie istotne ale nie w tym rzecz. Nie chcę żebyś miał poczucie jakiegokolwiek sprawstwa. Chcę, żebyś czuł się kompletnie bezwolny".   Uśmiechnął się nieznacznie.   "I tak jest. Nie mam najmniejszej siły woli by uciekać czy przerwać".   Kiwnęła głową.   "Domyśliłam się tego, więc mam inną propozycję".
"Jaką?"   Wyciągnęła z plecaka ciemny pasek materiału. Przyjrzał mu się, ale nie zrozumiał i rozłożył ręce. Zauważyła, że nadal nawet nie próbuje mówić i była to zadra na jej spełnieniu.   "Filipie, zamierzam zawiązać ci oczy".   Aż się od niej odsunął. Kręcił tylko głową a cały nastrój szlag trafił. Czekała w milczeniu, podobnie on. Gdzieś tak po pięciu minutach napisał dosadnie w zeszycie:   "Nie".
"Wiem, co robię"   Prychnął śmiechem. Każdy dźwięk z jego strony był dla niej przyjemnym zaskoczeniem.   "Na pewno? A na jakiej podstawie?"
"Wczoraj poprosiłam znajomego żeby przykuł mnie do kaloryfera i zawiązał oczy a wcześniej włożyłam do uszu stopery i dorzuciłam jeszcze słuchawki dźwiękoszczelne. W pokoju także nie było nikogo".   Nie dodała, że dorzuciła znajomemu dwie dychy za milczenie i obietnice, że ją po tym czasie ją uwolni nie przychodząc z kolegami. Oraz ile nerwów kosztował ją nie tyle sam eksperyment, co możliwość zdemaskowania że praktykuje tego typu rzeczy.   Wydawało się go to nie wzruszać. Wciąż kręcił głową.   "Skakanie na głęboką wodę nie było przyjemne?".   Westchnął i w dalszym ciągu nie odpisywał.   "Boisz się głębszej?".   Wydarł jej zeszyt.   "Po nocach nie śpię, bo jak zamknę oczy to mam wrażenie, jakby mnie zakopali żywcem. Już nie tylko nic nie słyszę, ale i nic nie widzę. Nie mam na to ochoty".   "Więc mówisz mi, że będziesz wściekły?"   "Tak"   "Bardzo chciałabym to zobaczyć".   No i wreszcie jakaś inna reakcja. Popatrzył na nią ze zdziwieniem. Do tej pory o nic nie prosiła ani nie dała poznać, że coś z tego co robili bierze dla siebie.   "Pomyśl nad tym przez moment".   Odsunęła zeszyt i dała mu czas. Znowu zapalił papierosa i usiadł w oknie, które uchylił. Słońce zaczęło mocniej grzać, więc zrzucił z siebie koszulę i siedział w samych spodniach. Dobrze, że bokiem, bo aż westchnęła widząc jego plecy a na całym ciele czuła rozkoszne mrowienie. Miała ochotę podjeść i przejeżdżać paznokciami po każdej bliźnie, jaką mu zostawiła.   Spalił rekordowo szybko i cisnął niedopałkiem ze wściekłością przez szparę w oknie, którym trzasnął. Złapał za długopis.   "Ok, ale powoli. Nie za dużo na raz".   Kiwnęła z szacunkiem głową.   ----   Tak więc usiądź na piętach. Dzisiaj będzie tu cicho.   Jest cały spięty, kiedy delikatnie wiąże mu opaskę i zawija ostrożnie supeł uważając, by nie weszły w niego włosy.
Położyła mu dłonie na ramionach.   Spokojnie. Na razie tylko gładzi nimi jego ręce i barki, szyję i twarz. Przypomina sobie ciemną, cichą pustkę, w jakiej sama się znalazła gdy sprawdzała, co to może dla niego znaczyć i domyślała się, że póki czuje kontakt z drugą osobą to będzie się bał mniej.   Może i, ale oddech mu przyśpieszył a pot wstąpił na czoło.   Dobrze, że się im nie śpieszy. Czasem obejmuje go w pasie i przytula, innym razem splata palce z jego palcami i tak krok po kroku dochodzi do momentu, kiedy chłopak oddycha spokojnie i już nie panikuje.   Wtedy wyciąga rękę po tą samą rzecz, której używała za pierwszym razem i wsunęła mu pod dłonie. Wybadał nimi co mu dała i kiwnął głową ze zrozumieniem. Ścisnęła bark i odeszła do tyłu mając świadomość, że są już krok dalej.   Nie szalała z pierwszymi uderzeniami patrząc, jak zareaguje. Po pierwszym chwycił się za twarz, ale nie ściągnął opaski. Odczekała, aż znowu je opuści. Za drugim i trzecim razem było tak samo. Znowu czeka. Czwarte, piąte i szóste uderzenie to tylko przyśpieszony oddech. Dłonie zacisnął na kolanach.   Wtedy przyśpieszyła i zaczęła uderzać mocniej. Wiedziała, że po tych kilku dniach teraz wszystko boli bardziej i miała rację. Pierwsze ciche jęki szybko przeszły do krzyku. Przerwała i na moment przysiadła obok, żeby go dotknąć.   Znowu oddech mu przyśpieszył i wyglądał na lekko spanikowanego, ale nie ściągał opaski. Przyłożyła końce palców do spoconego policzka.   "Jestem".   Dała mu jeszcze chwilę po czym wstała i zaczęła na nowo. Czasem zginał się z bólu, ale nie przerywała ani on nie wstawał. Trwało to może pięć minut, gdy skończyła i podała mu do rąk kolejną rzecz.   Sznur.   Spodziewała się odmowy i była na nią gotowa... ale po chwili wahania kiwnął głową. Oniemiała. A potem czym prędzej związała mu dłonie pod kolanami tak, że nie mógł nimi nic zrobić ani się ruszyć.   Zaczął się hiperwentylować.   No to jeszcze raz, od nowa. Barki, ręce, dłonie. Spokojne ruchy, póki i on się nie uspokoi. Ogarnia ich cisza w której jedno z nich słyszy ich oddechy a drugie nie słyszy niczego.   Wstaje i wraca po swoją zabawkę. Przykłada mu ją tym razem do twarzy, żeby miał świadomość, że to nic nowego.   A potem wzdycha głęboko i zaczyna go smagać po plecach z taką siłą, z jaką dotychczas tego nie robiła.
Jego krzyk rozdziera ciszę i ma wiele odcieni. Początkowo wyczuwa w nim tylko zdziwienie i ból, potem rozpacz i jest już prawie pewna, że zaraz zacznie prosić, żeby przestała, ale zamiast tego chłopak traci równowagę i przewraca się na bok.   Przerywa i zasłania szczelnie okno, żeby żaden promień światła nie przedostał się przez opaskę. Z podłogi słyszy opętańczy śmiech a gdy go uderza krzyczy i znowu się śmieje. Więc przyśpiesza aż w końcu ten nie ma siły ani na jedno, ani na drugie. Opiera czoło o ziemię i oddycha spazmatycznie.   Podchodzi do niego i w pierwszej kolejności rozwiązuje mu dłonie. Rozprostowuje nadgarstki ale o dziwo jeszcze przez jakiś czas nie ściąga opaski. Gdy to robi odkłada ją powoli. Oboje są wykończeni, ale to Akime przynosi zeszyt mając bolesną świadomość, że nadal nie usłyszała niczego. Ani jednej prośby czy komentarza lub choćby przekleństwa. Mimo to Filip wydaje się być zadowolony. Nieśpiesznie kreśli w zeszycie i podaje go dziewczynie.   "Nie mogłem zrobić już nic, tylko krzyczeć. I wywalać z siebie wszystko. Czuję się jakbym się z kimś pobił. Trochę nawet dosłownie. Też wyglądasz na zmęczoną".   Uśmiechnęła się rozkosznie i przeczesała włosy.   "Piękny był ten koncert, choć miałam też nadzieję usłyszeć znowu, jak mówisz. Choćby i ciskasz przekleństwami".   Uśmiecha się, ale bardziej do siebie jak do niej.   "To już chyba przeszłość. Ale i tak jest mi dobrze jak nigdy".   A potem nagle omdlał.   Nie pierwszy raz widziała coś takiego, więc nie panikowała. Była nawet zdziwiona, że dopiero teraz tak zareagował. Położyła go na boku a na ciało narzuciła schłodzony wodą ręcznik. Powoli otworzył oczy i spojrzał pytająco.   "Musisz trochę odpocząć. Chodź na taras, nawodnisz się".   Przetarła mu ostrożnie zaognioną skórę, pomogła założyć i zapiąć koszulę. Trzymając się ściany i poręczy zszedł na dół ale nie pozwolił jej niczego zrobić, tylko wysłał na krzesło. Usiadła z jednej strony zachwycając się ogrodem a z drugiej patrząc za nim z niepokojem.   Wrócił blady i zmęczony niosąc dzbanek z ponownie zagrzaną wodą i sok pomarańczowy. W milczeniu zaparzyli herbatę. Ona rozsiadła się wygodnie, on z wiadomych względów wolał opierać się na splecionych palcach. Mając świadomość jak wiele mają czasu rozsiadła się jeszcze bardziej i wtedy dopiero ją zobaczyła.   Stała w ogrodzie z zaskoczeniem malującym się na twarzy. W pastelowej sukience i z rozpuszczonymi, długimi włosami. Jak duszek który przypadkiem wpadł między kwiaty.
Blondynka z koncertu.
Patrycja.
Dla bliskich znajomych, takich jak Filip, po prostu - Pati.

rita

rita

 

Talenty Akime - cz.7

Na kolejne spotkanie umówiła się z nim trzy dni po poprzednim.   Padało. Przywitał ją skinieniem głowy i zaprosił do salonu w którym zaświecił dwie lampki stojące na komodzie. Za oknem deszcz przybrał na sile. Złożywszy parasol Akime podeszła do okna i zapatrzyła na ogród. Stanął obok niej i trwali tak przez jakiś czas. W końcu poruszyła ręką i niejako bezwolnie przejechała palcami po jego plecach. Wśród szumu wody wyraźnie usłyszała jak wstrzymuje oddech a na twarzy pojawia mu się grymas.Był dzisiaj w białej koszuli i lnianych spodniach.   Schyliła się do plecaka, który postawiła wcześniej na ziemi i wyjęła tani zeszyt oraz dwa dobrej jakości długopisy. Podała mu i gestem nakazała otworzyć.   "Wolę jednak mieć osobny do naszych spotkań. Myślę, że to zrozumiesz".   Skinął głową i usiadł przy stole. Usiadła obok niego. Sięgnęła po długopis.   "Chciałabym wiedzieć z czym cię tu zostawiam, gdy wychodzę".   Pokręcił głową i założył ręce. Westchnęła.   "Bez tego będzie mi trudno organizować kolejne spotkania".   Obejrzał drugi długopis. Był jadowicie czerwony.   "Jak powiem ci wszystko, to straci dla mnie na znaczeniu i przestanie spełniać swoją rolę".   Enigmatyczne. Przeczytała to zdanie kilka razy, zanim dała mu odpowiedź.   "To tak najogólniej, jak tylko możesz".   Kiwnął głową.   "Doprowadzasz mnie do granic mojej wytrzymałości, nie jestem pewien, czy wiesz, jak bardzo"   Tu utkwił w niej wzrok i sprawdzał jej reakcję. Nie dała po sobie niczego poznać, więc pisał dalej.   "Czasem już tak miałem, ale nauczyłem się jak unikać takich sytuacji"
"Czemu?"   Znany jej już cyniczny uśmiech.   "Jakby to powiedzieć... mój pokój wyglądał kiedyś zupełnie inaczej. Ale gdy pewnego dnia za namową życzliwych osób poddałem się temu, co czułem, to nie było czego zbierać. Jak już mnie przywieźli ze szpitala, to mogłem sobie urządzić go na nowo".   Skinęła głową.   "A to co się dzieje teraz między nami... Po wszystkim mam wrażenie ogromnej ulgi. Taki ból jest łatwiejszy do zniesienia i dobrze odsuwa uwagę od innego jego rodzaju. Co do niego.."   Zamyślił się przez moment i zapatrzył w deszcz.   "Lubiłem jego szum, wiesz?"   Kiwnęła głową. Czekała. Wreszcie wrócił do głównego wątku.   "Czuję się zmaltretowany. Znacznie. Miałaś racje. To dość podobne uczucie do tego, kiedy już skończyłem nagrywać, kiedy cały kawałek był zamknięty. Ale mam nieodparte wrażenie, że jeszcze się jakoś trzymam".
-"?"
"Nadal nie czuję, jakbym skoczył na głęboką wodę a ona mnie pochłonęła".   Odpowiedź kreśliła powoli.   -"A jesteś pewny, że chcesz?"
"Nie, ale mógłbym spróbować".   Pokręciła głową.   -"Tak się nie da. Kiedy wiesz, że możesz w każdej chwili uciec, to czujesz się mimo wszystko swój wpływ na sytuację. Masz nad tym kontrolę. A gdy słyszałeś nie miałeś wpływu na to, kiedy znowu kolejny kawałek <<cię dopadnie>>, prawda? Wszystko co przeżywałeś po prosu na ciebie spadało a ty się temu poddawałeś. Nie mogłeś tego przerwać ani się od tego odciąć. Ani nie chciałeś. Totalne zniewolenie. Musiałabym zafundować ci coś podobnego".   Z satysfakcją patrzyła, jakie wrażenie wywarły na nim jej słowa. Bębnił palcami o blat.   "Co proponujesz?".   ----   Teraz masz przed sobą to, czego przedtem nie wybrałeś.
Obejrzyj i wskaż, od czego chcesz zacząć, bo chce użyć na tobie wszystkiego.
Tak. Wszystkiego.   Nie będzie ci się to podobało.
Nie będzie odwrotu ani możliwości wycofania.
Jedyne nad czym masz kontrolę, to co będzie pierwsze.   Patrz: pejcz. Bat. Packa. Nóż.
Kręci głową przy nożu.
Zaufaj mi.
Gdy znowu kręci głową, Akime podwija powoli sukienkę. Na szczycie uda ma dwie cienkie blizny.   "Wszystko czego używam testowałam na sobie. Muszę wiedzieć, co robię".   Długo na to patrzy i równie długo nie może się przekonać, ale Akime jest cierpliwa. Znowu podkręca kolumny tak bardzo, że drżą szyby.
Wczuj się. Pamiętasz?
No śmiało...przypomnij sobie. Od samego początku. Tę chwilę, gdy nie mogłeś uciec od tej melodii. Gdy ją przekładałeś. Gdy nie mogłeś spać, bo śniła ci się tak długo, aż wstawałeś w środku nocy, by znowu coś zmienić. Przypomnij sobie ten haj, gdy w końcu wszystko było skończone. Gdy siedziałeś w tym miejscu. Pamiętasz jeszcze, jak zapełniałeś dźwiękami ten pokój? Ten obłąkańczy śmiech z radości?   Tak...pamiętasz.   Podchodzi do niego, zabiera zeszyt.   "Witaj, demonie. Chodź do mnie".   Chwyta Filipa za twarz i zmusza do patrzenia. Powtarza to zdanie raz za razem, zsuwając jego dłoń na swoje gardło, żeby czuł, jak wibruje. Żeby dotarło do niego, co mówi.
Ani słowa z jego strony. Pochyla się za to nad kartką.   "Pierwszy bat. Co mam robić?".   Kręci głową. Nic. Sama natomiast sięga do guzików jego koszuli i rozpina jeden za drugim, nie śpiesząc się i nie odrywając wzroku od jego oczu. Po tych kilku spotkaniach już widzi, jak potrafią się zmieniać. Teraz robią się cyniczne.   "A bądź sobie cyniczny, skoro to cię chroni, zaraz ci to nie pomoże" myśli, kiedy rozpina ostatni guzik i powoli zsuwa materiał z ramion chłopaka. Lekko popycha go na krzesło i sięga po sznur. W milczeniu poddaje się wiązaniu i wie, że teraz bardziej zajmuje go co też mu puściła. Nic takiego, zmyłkę. Dopiero kiedy ma pewność, że sznur dobrze trzyma jego stopy i ręce, krzesło jest stabilnie przymocowane do łóżka a okno szczelnie zamknięte i zasłonięte - wkłada stopery, podkręca głośność i zupełnie zmienia nagranie.   Stanęła przed nim i czeka.   Przez pierwszą minutę nie zrozumiał. Zmarszczył brwi i zamyślił się. Ale kiedy tylko zgadł poderwał głowę i utkwił w niej spojrzenie w którym zdumienie mieszało się ze wściekłością. Nie mógł jednak niczego napisać. Zaciskał tylko i rozprostowywał palce związanych dłoni. Przez moment Akime miała wrażenie, że pęknie i coś powie, ale tylko nabrał głęboko powietrza i pokręcił głową.   Skąd do jasnej cholery to miała?!   Jeden, jedyny raz dał się namówić, żeby sam coś zaśpiewał. A nie umiał. Przez długi czas pracował nad linią, aby była cicha, spokojna, lekka. Żeby mógł się jej nauczyć na pamięć. Prosta, nadająca się do niewprawnego głosu. Delikatna ballada. Tylko on, akustyczna gitara i jakieś ciche odgłosy w tle. Skąd mogła wiedzieć, że to szuranie krzesła, ciche kaszlnięcie i delikatne westchnienia wszystkich jego przyjaciół, którzy byli podczas nagrania i dodawali mu otuchy?
Wszyscy oni... żaden od miesięcy nawet nie napisał.
Kawałek bardzo limitowany, nie publikowany na żadnej płycie. Dla tych, którzy go chcieli. Po prostu.   Musiała go wyciągnąć z samego piekła.   Prawdą było to, że Akime płynęła na fali osobistego uniesienia, prawie nie spała i nie jadła myśląc, szukając i analizując.
Teraz wysłuchała po raz bodajże setny tej krótkiej piosenki. Piękny głos, nawet jeśli niewyszukany. Ledwie go już pamiętała z tej rozmowy w Japonii. Może usłyszy go dziś znowu?   Póki co zdołał się już pozbierać i patrzył złośliwie.   -Ach, no tak. Demon - mruknęła - Oto i on. Witam. Zaraz cię pogłaszczę.   Przeszła obok niego przejeżdżając długimi paznokciami po nagim ramieniu. Plecy wyglądały tak sobie. Mogłaby im dać kilka dni, ale ich nie miała. I tu przesunęła delikatnie paznokciami. Bez reakcji. Wróciła do odtwarzacza i zapętliła utwór. Dopiero wtedy wzięła bat, stanęła za nim i uderzyła na próbę, lekko.   Aż go wyprostowało. Na plecach została czerwona pręga. Nie śpieszyła się. Dała mu kilka sekund na ochłonięcie i dopiero wtedy uderzyła kolejny raz,niżej. Wciągnął powietrze, twarz mu drgnęła. Widać było, że to boli go bardziej, niż wszystko poprzednie. Trzecie uderzenie zadała dla równowagi i wróciła po packę. Cztery uderzenia później widziała, że z tym sobie poradzi, dlatego odpuściła. Jego spojrzenie wracało cały czas do noża, który świadomie położyła jak najbardziej na widoku.   Ale to nie ten moment. Sięgnęła po zeszyt.   "10 minut" napisała dużymi literami i postawiła na krześle na przeciw niego. Obok oparła komórkę z włączonym stoperem.
I wróciła po bat.
Stanęła z nim i odmierzała tempo.   Raz-dwa-trzy-raz...dwa-trzy.Raz-dwa-trzy-raz...dwa-trzy...   Gdy już je złapała odczekała,aż kawałek zacznie się na nowo i zaczęła uderzać w jego rytm.   Raz-dwa-trzy-raz...dwa-trzy.Raz-dwa-trzy-raz...dwa-trzy...   Po pierwszej minucie usłyszała coś, jakby zduszony jęk. Kilka uderzeń dalej głębokie westchnienie.
W drugiej minucie trafiła w miejsce, gdzie przecinały się trzy pręgi. I wtedy pokój wypełnił się schrypniętym krzykiem. Przerwała na moment. Wypięty jak struna odruchowo chciał wyrwać dłonie i stopy, ale wiedziała, jak to uniemożliwić. Zaskoczony własną reakcją patrzył z niedowierzaniem na stoper.   Zostało jeszcze siedem i pół minuty.   -Wyłaź - mruknęła mściwie i uderzyła w sam środek rozjątrzonej rany. Znowu krzyk mieszający się ze spokojnym, sennym śpiewem wypełniającym pokój.   Raz-dwa-trzy-raz...dwa-trzy.Raz-dwa-trzy-raz...dwa-trzy...   Raz uwolniony teraz niemalże nie ustawał. Odbijał się od pustych ścian. Gdy do końca zostaje pięć minut Akime przyśpiesza. Krzyk przechodzi we wrzask. Co jakiś czas patrzy na nią z rozpaczą, ale nie wywołuje to u niej żadnej reakcji.   Raz-dwa-trzy-raz...dwa-trzy.Raz-dwa-trzy-raz...dwa-trzy...   Trzy minuty do końca. Filip patrzy już tylko w wyświetlacz, dlatego dziewczyna nie wie, czy widzi, jak odkłada bat i zabiera nóż. Podstawia mu go pod twarz i czeka przez moment.   Niedawny krzyk wciąż dźwięczy jej w uszach. Ale dotychczas nie powiedział ani słowa.
Teraz też.
Nic.
Przesuwa mu dłonią po włosach, dodając otuchy bo wie, co robi.   Nie chodzi o prawdziwe zranienie. Chodzi o to, że on ma świadomość, czym teraz zada mu ból i ile może on trwać, ale nie wie, jaki będzie. I czy go wytrzyma.   Mały skrawek skóry, gdzie nie ma do teraz żadnych śladów. Przystawia koniec metalu i delikatnie przesuwa w bok. Ledwie rysa. Bardziej delikatna, niż ślady po bacie. Ale tak, jak sądziła, chłopak oddycha spazmatycznie. Trzy małe nacięcia, dwa przerażone jęki.   Siedem minut mija o czym informuje ją alarm w telefonie. Natychmiast przerywa. Z szacunkiem odkłada swoje narzędzie i wyłącza muzykę. Chowa stoper i zeszyt. Dopiero wtedy go odwiązuje i w zasadzie łapie, bo leci bezwładnie. Dygotają mu wszystkie mięśnie.
Akime siada obok i czeka. Najchętniej zostawiłaby go teraz samego, ale nie może. Nie wie jeszcze, jak jego ciało reaguje. Po niespełna kwadransie wreszcie się uspokaja i podnosi. Patrzy na dziewczynę jakby miał ochotę odwdzięczyć się jej w dokładnie ten sam sposób.   A ona wstaje, otrzepuje obcisłe spodnie. Sięga po zeszyt i długopis, ale póki co chowa je pod pachę. Jak i przedtem prowadzi go teraz do łazienki, jednak nie wychodzi. Otwiera na pustej stronie.   "Odwróć się do lustra".   Filip powoli ogląda się i dopiero teraz widzi, co mu zrobiła. Przygląda się temu w milczeniu, więc ciągnie go lekko za dłoń, żeby zwrócić na siebie uwagę.   "Chcę ci pomóc. Musimy to spłukać. Możesz?" - napisała, wskazując na wannę.   Chyba jest mu wszystko jedno. Bez oporów rozpina spodnie a ona z szacunkiem odwraca się i reguluje strumień. Kiedy wchodzi do środka przygląda się kafelkom nad zlewem. Dopiero potem odwraca się i skupia wyłącznie na delikatnym obmywaniu co gorzej wyglądających miejsc. Filip co jakiś czas syczy.
Ale nic nie mówi. Nadal.   Woda barwi się na czerwono.   ----   Siedzi w kuchni z uczuciem pewnej porażki. Nie odzywają się do siebie odkąd przyszli z łazienki. Herbata pachnie miętą, koi nerwy. Kiedy chłopak sięga po kubek zauważają oboje, że mimo wszystko nadal trzęsą mu się dłonie. Filip wypija kilka łyków, odstawia kubek. Sięga po zeszyt a Akime momentalnie podskakuje ciśnienie. Kiedy jej go zwraca musi się bardzo hamować, żeby nie dać po sobie poznać ciekawości.   "Do dzisiaj nie krzyczałem. Nigdy. Zajebiste uczucie".   Patrzy ponad kartkami jak na jego twarzy powoli pojawia się dawno nie widziany uśmiech. Nie radosny ani beztroski, ale pełen rezygnacji i spokoju.   "Chcę jeszcze".   Nie mogła się powstrzymać przed muśnięciem go po policzku.   "Kilka dni, mój drogi, tylko kilka dni i dam ci to znowu".   Kiwnął głową. Ręce już mu się nie trzęsły. Jednym haustem dopił herbatę, wstał i otworzył drzwi na taras. Rozpiął koszulę i rzucił ją na wiklinowe krzesło. Wyszedł boso na mokry trawnik i stanął w deszczu. Był już wieczór, więc nikt nie powinien go widzieć. Usłyszała nagle jego cichy śmiech. Przetarł twarz i stał tak dalej.   Chyba spokojnie mogła wrócić do akademika.

rita

rita

 

Prawo męża

Obudziło mnie uczucie zimnej wilgoci między nogami. Wzdrygnęłam się i przetarłam zaspane oczy. Koszulę miałam podwiniętą aż pod brodę a pomiędzy rozchylonymi na bok udami klęczał mój mąż i bezceremonialnie wciskał mi lubrykat prosto do cipki. Nie zdążyłam nawet zareagować, kiedy odrzucił go na bok i wcisnął we mnie swojego penisa w pełnym wzwodzie, boleśnie rozpychając kompletnie nie przygotowane na to wnętrze.   -Co robisz?! - krzyknęłam zaskoczona, jednocześnie jęcząc z bólu. Nie pozwolił mi jednak się odepchnąć jednym uderzeniem dobijając go do końca, w czym pomagał obficie wlany żel.   -Nie widać? Mam ochotę, więc cię rżnę.   Złapał mnie za ręce i jak zapowiedział, tak zrobił uderzając biodrami w rytm moich jęków, wydawanych bynajmniej nie z przyjemności.   -Ale czemu tak?!
-Bo mam ochotę a ty jesteś moją żoną i masz mi się oddawać a teraz się zamknij - wycedził.   Za jego plecami coś się poruszyło. Moje zdumienie wzrosło, kiedy drzwi uchyliły się i wszedł nieznany mi mężczyzna z przyrodzeniem w pełnym wzwodzie.   -Lala już urobiona, możesz iść. Tu gotowe?
-Tak.   Wyszedł ze mnie, ale w tej samej chwili chwycił podany mu przedmiot i kilkoma ruchami wykręcił mi ręce, które przypiął do barierki. Już kompletnie przytomna z przerażeniem zobaczyłam, że jestem skuta tandetnymi, ale jednak odpornymi na ciągnięcie kajdankami.   -Co tu się dzieje?! Kim on jest?!
-Zamknij się - rzucił tylko mój małżonek i wyszedł a nieznajomy w tej samej chwili chwycił mnie za wierzgające nogi, rozchylił je boleśnie po czym jednym ruchem wcisnął się we mnie, rozpychając jeszcze bardziej, niż mąż. Na protesty i jęki zarzucił mi tylko stopy na swoje ramiona, przez co wszedł jeszcze głębiej.
-Słyszałaś, co mówił mąż? Zamknij się, suko, zamierzam się w ciebie spuścić.   Jakby przewidując moją reakcję w tej samej chwili zatkał mi dłonią usta, więc zagłuszył rozpaczliwy krzyk. Nie mogłam go z siebie zrzucić ani nic zrobić,a wszystko to za sprawą i przyzwoleniem małżonka. Jakby tego było mało z salonu usłyszałam naraz... pełne rozkoszy pojękiwanie jakiejś kobiety.   -Tak, skarbie, jeszcze...jeszcze...   Obcy mężczyzna stęknął i znieruchomiał a ja zdałam sobie sprawę, że jestem pełna jego spermy. Wyszedł ze mnie wciąż trzymając mi nogi w górze. Pod pośladki podłożył poduszkę.   -Trzymaj je tak, suko, i nie próbuj sprawdzać co się stanie, gdy je opuścisz.   Posłusznie zostawiłam nogi tak, jak je ułożył, podczas gdy on szukał czegoś w torbie stojącej pod łóżkiem. Widziałam ją po raz pierwszy. Wyciągnął stamtąd coś w rodzaju korka i długi sznur. Sznurem obwiązał mi stopy a drugi koniec przywiązał do barierki łóżka, przez co biodra pozostały uniesione. Korek natomiast bezceremonialnie włożył mi w cipkę...i wyszedł z pokoju.   -Pomóc?
-A proszę.
-Mmmm..wypieścisz mi sutki?
-Z przyjemnością.   Leżąc i drżąc z zimna słyszałam, jak w salonie mąż i ten facet zabawiają się z jakąś kobietą. Trwało to dłuższą chwilę, zanim znowu usłyszałam stłumione głosy.   -Zaraz skończę...
-Oh nie...
-Spokojnie, ty jesteś nietykalna. Zajmiesz się naszą damą?
-Oczywiście. Daj mi tę słodką cipkę...   Usłyszałam przeciągły jęk oraz kroki. Do sypialni wszedł mój mąż. Nogi i ręce mi drętwiały. Bałam się zadawać jakiekolwiek pytania.
Korek został bezceremonialnie wyrwany z mojej cipki a na jego miejsce wszedł mokry od soków tej kobiety, czerwony i nabrzmiały kutas męża. Gwałcił mnie boleśnie, by w końcu zalać wnętrze swoją spermą. Korek wrócił na miejsce.   -Może chcesz popatrzeć?   Do pokoju wszedł tamten mężczyzna i dojmująco piękna kobieta. Prowadził ją jednocześnie masując dłonią krągłe pośladki.   -To jest ta suka do spuszczania się. Tomek zadba teraz znowu o ciebie - powiedział, kładąc ją na dalszej części łóżka - A ty masz mnie wylizać.   Bez jakiegokolwiek wstępu stanął nade mną okrakiem, złapał za twarz, rozwarł usta i włożył mi w nie swoje jajka.   -Wylizuj je suko.   Potulnie wylizałam czując soki obcej kobiety, podczas gdy mój mąż wrócił do jej pieszczenia. Dogadzał jej wyjątkowo subtelnie i delikatnie, podczas gdy mnie do gardła został wepchnięty nabrzmiewający na nowo fiut.   -Czyść go.   Leżałam z posmakiem obcej cipki w ustach, kiedy tamten położył się na kobiecie i wszedł w nią łagodnie. W tym samym czasie mój mąż zażądał ode mnie tej samej usługi i dosłownie położył mi swojego fiuta na twarzy.   -Liż, suko, do czysta.   Ledwie skończyłam z nim, kiedy obcy odkorkował mi cipkę.   -Poczekaj - powiedział mąż. Poluzował mi węzły po to tylko, żeby wejść pode mnie, rozsunąć mi nogi swoimi a potem wsadzić w cipkę palce i rozewrzeć ją z całej siły.
-Spuszczaj się.   Jego kolega wycelował prosto w szeroko rozwartą przestrzeń i zalał mnie ciepłą spermą, raz jeszcze wciskając na to miejsce korek.   -A teraz stań przed lustrem.   Popchnęli mnie i zmusili do wstania na drżące nogi. Mąż sięgnął między nie i odkorkował. Po udach strumieniem spływała mi ich zmieszana sperma, na co cała trójka patrzyła z satysfakcją.   -Ja też chce skorzystać - usłyszałam kapryśny głos z łóżka.
-Słyszałaś? Na kolana i wyliż jej cipkę.   Wciąż w szoku nie ruszyłam się z miejsca, więc jeden z nich złapał mnie za włosy a drugi łagodnie rozchylił tamtej uda. Wcisnęli mi twarz prosto w jej morką, pachnącą ich fiutami cipkę.   -Liż szmato, albo będziesz nam tak służyć całą noc.   Niechętnie wyciągnęłam język i wsunęłam go w jej wnętrze, na co jeszcze mocniej dociśnięto mi twarz. Lizałam ją tak długo, aż wylizałam całą wilgoć, co skwitowała radosnym pomrukiem.   -Panowie, zabawa z wami jest zawsze wspaniała.   Wstała, ominęła mnie i wszyscy wyszli z pokoju, zamykając go na klucz.
Przez całą noc mogłam słuchać, jak siedzieli w salonie i radośnie rozmawiali, słuchając muzyki.
Cipka pulsowała boleśnie, sperma zasychała na wnętrzach ud...

rita

rita

 

Talenty Akime - cz.6

W międzyczasie uznałam, że swój sposób pisania określę, jako "paraerotyczny"   ------   Przez chwilę stała spokojnie i przyglądała się czystej jeszcze fakturze jego szczupłych pleców. Miała niemal pewność, że kiedyś był bardziej umięśniony, ale widocznie odpuścił sobie dbanie o siebie. Na spocone czoło spadały kosmki włosów. Nie patrzył na nią, a w kolejne sekundy przesuwające się na wyświetlaczu. Myślał o czymś intensywnie.   Napawała się chwilami poprzedzającymi ten cios. Jego oczekiwaniem. Ciepłem i gładkością narzędzia, które trzymała w ręku. Znowu przymknęła oczy, by było jej łatwiej się wczuć.   Łapie ten rytm i zaczyna uderzać w jego tempie. Wydaje się, jakby nie robiło to na nim wrażenia.   Jednak zęby ma zaciśnięte. Kostki palców są białe.   Na skórze zostaje dwadzieścia cienkich śladów, kiedy nagle odwraca się i łapie w locie witkę. W jednej chwili zamierają, patrząc sobie w oczy. Ona spokojnie. On z zimną determinacją. Akime rozluźnia uchwyt. Wtedy on spokojnie odkłada witkę na ziemi i sięga po długopis.   "Zostaw mnie na chwilę samego".   Dziewczyna kiwa głową i wychodzi, opierając się o ścianę na przeciw drzwi. Z pokoju słychać tylko łomot muzyki. Po raz pierwszy spotkała się z taką reakcją i takim refleksem. Jest ciekawa, ale mu nie przeszkadza. Tak jak obiecała, to na razie tylko przedsmak tego, co może mieć, jeśli mu się spodoba. Pośpiech nie jest wskazany.   Nagle muzyka milknie. Wychodzi znowu kompletnie ubrany i podaje jej zeszyt.   "Będę na tarasie. Niczego Ci nie ruszałem".   Kiedy kończy czytać, on już jest na dole. Nieco zaskoczona wchodzi do pokoju. Faktycznie, odstawił krzesło ale reszta jak leżała tak leży.
Jednak coś się zmieniło. Na biurku dostrzega gęsto zapisaną kartkę.   "Jeśli to jest tylko początek, to trochę boję się rozwinięcia, ale zróbmy to.
Kazałaś mi pisać, a jednak na końcu po prostu posłuchałaś i wyszłaś. Jak widać mój demon ma nad nami obojgiem kontrolę.
Zdecydowanie wreszcie czuję się adekwatnie".   Jakby ją ktoś podpalił. Zaśmiała się krótko a potem miała wrażenie przeszywającego ją prądu. Pozbierała bez pośpiechu wszystkie swoje rzeczy i zeszła na dół zamykając drzwi. Faktycznie siedział na schodach tarasu z podwiniętymi nogami i patrzył na ogród. Skinęła mu tylko głową i wręczyła małą karteczkę.   "Odezwę się dzisiaj w nocy".   Zostawiła go samego z tym, co się w nim kłębiło. Tak należy. Tę przyjemność musi mieć tylko dla siebie, jeśli ma mu dać pełną satysfakcję.   Sama natomiast spędziła wieczór z jego muzyką w słuchawkach odcięta od gwaru rozmów w pokoju. Ten brak prywatności strasznie jej przeszkadzał.   Wciąż wracało do niej to lodowate spojrzenie, gdy chwycił jej rękę. Nie drgnęła mu nawet powieka. Patrzył, jakby była nikim.   O mój drogi, jak cudownie będzie cię zniszczyć...   +++   Nocą wysłała mu wiadomość na komórkę.   "Przyjdę za dwa dni o tej samej porze, musisz dać skórze odpocząć. Sprzęt dalej będzie potrzebny. Poza tym dobra herbata i coś przeciwzapalnego. Pozdrów demona. Przyjdę po niego".   Kilka minut później dostała odpowiedź - "Czekam, maleńka" wysłane po japońsku.   Uśmiechnęła się od ucha do ucha. Nie było w tym nic słodkiego.
W końcu to nie były pozdrowienia od Filipa a od tego, co na nią czekało.   "Jakie to będzie cudowne", pomyślała znowu na chwilę przed tym, jak zasnęła.   +++   Otworzył jej bez słowa. Skinął tylko pytająco w kierunku pokoju a ona przytaknęła ruchem głowy. Znowu usiadł na łóżku i przyglądał się, jak wszystko rozkładała, stawia na środku krzesło i łączy smartfon z wieżą. Wreszcie sięgnęła po zeszyt.   "Czujesz jeszcze plecy?"   Pokręcił głową.   "Pokaż".   Podciągnął koszulkę. Zostały niewielkie ślady. Przejechała po nich palcami. Przyjemnie było go dotykać.   "Masz wszystko o co Cię prosiłam?"   Przytaknął.   "Odpowiada ci być w czy bez koszulki?"   Ściągnął ją po prostu i rzucił niedbale na łóżko.   "Chcesz spróbować czegoś innego, czy użyć czegoś z przedwczoraj?"   Znowu nic nie odpisuje, tylko wskazuje na witkę. Tak przeczuwała.   "Nie mogę dopuścić, żebyś zrobił mi krzywdę. Świadomie lub nie. Chciałabym też żebyś znowu poczuł się bezradny. Znasz to uczucie?".   Mógłby grać w teatrze. Po przeczytaniu tylko podniósł wzrok, przechylił na bok głowę i patrzył na nią z dołu tak kpiąco, jak to tylko możliwe. Beznamiętnie pokazała mu przyniesiony ze sobą sznur.   "Wolisz to czy zamknąć oczy?".   Trafiła, i to celnie. Teraz ogarnęła go panika. Szybko odpowiada.   "Do niczego mnie nie zmusisz a już na pewno nie do tego, żebym zamykał oczy".   Ledwie powstrzymuje się od satysfakcjonującego uśmieszku. Odpisuje mu powoli, ważąc słowa.   "Oczywiście, że nie. Wolę Cię przekonać, że tego chcesz. Krzesło masz przy łóżku. Dół wiążę do łóżka, stopy do nóg krzesła. Dłonie do oparcia. Ale chcę, żebyś mógł w każdej chwili przerwać. Masz pomysł, jak to poznam?".   Czyta w skupieniu ale nie protestuje, więc zabiera się za dół. Robi staranne węzły, żeby nie miał możliwości przewrócenia krzesła lub zrobienia czegokolwiek z nogami. Kiedy się podnosi, nadal nie ma dla niej odpowiedzi, więc zabiera mu zeszyt.   "Śmiało. Chyba że chcesz się umówić na jakieś słowo?".   Bezdźwięczny śmiech w jego wykonaniu jest lekko upiorny. Wreszcie zabiera jej ich środek komunikacji.   "Dam radę przynajmniej poruszać dłonią?"
"W ograniczonym zakresie"
"To uderzę nią trzy razy o oparcie".   Skinęła głową i z szacunkiem przywiązała mu je obie do rzeczonego oparcia. Potem włożyła stopery do uszu i włączyła to,co przygotowała. Podkręciła głośność i zapętliła. Siedział spokojnie ale była pewna, że wie, co to. Stanęła na przeciw. Była od niego o wiele niższa, dlatego jej dłonie były na poziomie jego wzroku.   "Czytaj uważnie" napisała i odwróciła w jego stronę notes, jak tabliczkę. Skinął głową.
"Byłeś wtedy w Toruniu. Zagraliście przed zaprzyjaźnionym zespołem. Po koncercie zaciągnęli Cię do opuszczonej fabryki. Rano zatrzymała was policja, bo paliliście ogień w blaszanych beczkach i ktoś myślał, że to pożar"   Cień uśmiechu na twarzy.   "Pamiętasz, jak w środku nocy kazałeś wejść na skrzynkę i zaśpiewać takiej młodej, przestraszonej dziewczynce? Pamiętasz, co jej mówiłeś? Pamiętasz, jak zaczęła śpiewać i nagle miała władzę nad tłumem? Ilu ich tam było? Pięćdziesięcioro?"   Uśmiech zgasł. Już widziała ten grymas. Już wszystko narasta. Witaj, demonie...   Czytała ten wywiad jeszcze w Japonii. Młodziutka Polka opowiadała, jak trafiła przypadkiem na imprezę przyprowadzona przez byłego już chłopaka. Była zahukaną, nieśmiałą czternastolatką. Chciała wracać do domu a on nie. Bała się iść sama, więc została.
Usiadła obok Filipa, bo jako jedyny siedział bez alkoholu na workach pod ścianą. Zaczęli rozmawiać i nagle on uznał, że ma najsłodszy głos, jaki kiedykolwiek słyszał. Błagał ją, żeby zaśpiewała, cokolwiek. Zabrał komuś gitarę, zagrał prostą melodię. Pod jego wpływem zaczęła nieśmiało rozwijać jakaś piosenkę, kiedy nagle wyciągnął ją na środek.
"Musicie ją usłyszeć".   Potem nagrali razem jeden kawałek na jego płytę. Było to wspaniałe doświadczenie, ale nieporównywalne z tym co czuła, kiedy wszyscy patrzyli na nią, jak na zjawisko. To wtedy w siebie uwierzyła, pierwszy raz w swoim życiu.   "Widziałeś ją teraz? To piękna, młoda kobieta. Pamiętasz jej głos? Jest naprawdę słodki".   Zaciska szczęki. Kiedyś go o to pytali. W tym lepszym życiu. Co wtedy im odpowiedział?   -Jest tak niewinna, że masz wrażenie, jakbyś przeglądał się w czymś, co wystawia na światło dzienne wszystkie okropności, jakich się dopuściłeś i każe się z tym skonfrontować.   Dzisiaj oboje są otoczeni tym głosem. Przejmującym, wysokim, delikatnym. Ale tylko ona go słyszy. On czuje. Czuje tak dobrze.   Powoli odkłada notes i sięga po witkę. Staje za jego plecami. Przejeżdża nią powoli po śladach z poprzedniego spotkania. A potem uderza. O wiele mocniej, niż poprzednio.   Czuje to tak dobrze. Zaciska i rozluźnia palce.   Więc jeszcze raz. I jeszcze. Wpada w rytm i z wprawą uderza wszędzie tam, gdzie nie było jeszcze jej rózgi. Skóra robi się coraz bardziej czerwona. Chyba kilka razy syknął, ale nie miała pewności, było za głośno.   Na moment przerywa, pisze. Kuca przed nim, bo opuścił głowę. Podnosi mu twarz do góry czubkami palców. Znowu jest mokra od potu i znowu nie odzywa się ani słowem.   "Czy tak bolała świadomość, że znalazła do Ciebie dostęp? Czy tak bolało czekanie, aż znowu zaśpiewa? Czy tak bolała pustka, gdy jej głosu nie było obok?"   Wściekłość i żal. Aż podskakuje ale nie może się jej wyrwać ani tego przerwać.
Podkręca głośność i z lubością zatapia się w głosie tej małej Polki. Widzi to. I nic nie może.
I niczego nie słyszy.   Znowu wstaje i uderza. Z początku wolno, ale potem przyśpiesza. Coraz mocniej i mocniej, aż w którymś momencie nie ma już żadnego miejsca, na którym nie byłoby czerwonej pręgi.   Wyłącza dźwięk. On unosi głowę. Klęka więc przed jego twarzą. Maluje się na niej w równym stopniu spokój i szaleństwo. Oddech ma nierówny, teraz to słychać. Ręce i nogi dygotają. Mierzą się wzrokiem i dopiero po chwili trzykrotnie klepie dłonią w oparcie.   Natychmiast go rozwiązuje a on osuwa się na ziemię. Powoli uspokaja oddech. Nie patrzy na nią, kiedy drżącymi dłońmi sięga po notes i pisze tylko jedno słowo:   "Suka".   Akime kiwa poważnie głową i wyciąga do niego rękę. Pomaga się podnieść. Prowadzi do łazienki, gdzie pokazuje, żeby usiadł na brzegu wanny. Manipuluje przy kurkach po czym wraca po notes.   "Musisz schłodzić skórę. Zostawiam cię tu samego, temperaturę już ustawiłam. Herbata w kuchni?"   Kiwa jej głową, ale dziewczyna widzi, że jego już tu nie ma. Wychodzi zamykając łagodnie drzwi. W kuchni znajduje dokładnie to samo, co pili w Japonii. W oryginalnym opakowaniu. Najwidoczniej kupowane w odpowiednim sklepie.   Jest niesamowity.   Parzy wszystko wedle instrukcji w przygotowanych profilaktycznie czarkach. Siada i czeka.   Woda szumi przez dłuższy czas. Potem słyszy, jak schodzi. Ma mokre, przeczesane palcami włosy. Nie ubrał koszulki.   "W razie jakbyś poczuł się gorzej weź ten lek przeciwzapalny".   Kiwa głową, sięga po czarkę, ale nie pije. Patrzy tylko na swoje dłonie. Zauważyła, że nie rozmawiał z nią dziś prawie wcale.   "?"   Początkowo nie uzyskała żadnej reakcji. W końcu jednak sięga po długopis.   "Nienawidzę cię. Dziękuję. Kiedy znowu przyjdziesz?".

rita

rita

 

Talenty Akime - cz.5

Wszystko należało rozegrać bez pośpiechu.   "Co ci chodzi po głowie?"   Teraz to ona wyrwała kartkę. Po namyśle drugą. Nie zamierzała zostawiać żadnych śladów.   "Jest droga, którą idąc dojdziesz finalnie do momentu, gdzie będziesz mógł poczuć podobną ekstazę, jeśli to jest właściwe słowo. Ale nie ukrywam, że nie będzie prosta. Ma jednak jeszcze jedną zaletę..."   Przerwała i upewniła się, że czyta. Czytał w skupieniu.   "Wywalisz z siebie to wszystko, co teraz nie pozwala ci mówić".   Skrzyżował ręce i oparł głowę o ścianę. Myślał. Rozejrzała się dookoła. Byli tu jedyną parą. Zza kontuaru od czasu do czasu patrzyła na nich kelnerka. Będzie musiała zwrócić mu uwagę, że jeśli się zdecyduje, to nie będzie mógł tu przez jakiś czas przychodzić. Dziewczyna wydaje się być uważną obserwatorką. A tego im nie trzeba.
Napięcie ją przerastało. O czym myśli? Nie drgnie mu nawet powieka. A co, jeśli odmówi? Cały jej przyjazd tutaj był podszyty chęcią na skonsumowanie tej znajomości. Jeśli odmówi...cóż. Odczuła już zainteresowanie sobą i swoją egzotycznością. Pewnie znajdzie sobie kogoś na pociechę.
Tyle, że bardzo nie chciała.   Ten moment, kiedy sięgnął po długopis i zaczął pisać...jak skok na bungee.   "Ok. Co to jest?".   Westchnęła głęboko.
To będzie najtrudniejsze. Wyjaśnić.
Myślała, od czego zacząć.   "Wyciągała wszystko na wierzch i wywracała na drugą stronę?"   Skinął głową.   "Myślę, że to najlepszy tego opis. Chcę Cię wywrócić na lewą stronę, wyciągnąć z ciebie wszystko. Dojechać do każdego włókna i nerwu. Doprowadzić je do granicy a potem zrobić krok dalej, bo za nią poczujesz przynajmniej spokój, o ile nie więcej".   "Nie brzmi to jak dopieszczanie dobrą muzyką i nielegalnymi substancjami".   Pokręciła głową. Przez moment żadne z nich nie wykonało żadnego ruchu. On wrócił do dialogu na kartce.   "Akime, co ty chcesz zrobić?".   Znowu westchnęła i odpowiedziała, powoli kreśląc każdą literę.   "Chce ci zadać ból".   Znieruchomiał. Chyba jeszcze raz przeczytał żeby się upewnić, czy dobrze zrozumiał. Wskazał palcem na ostatnie słowo i tylko spojrzał pytająco, więc po prostu jeszcze raz wskazała na to zdanie. Pokręcił głową.   "Czemu miałoby to służyć?"   Więc wróciła kilka akapitów wcześniej i wskazała właściwy wers:   "Chcę Cię wywrócić na lewą stronę, wyciągnąć z ciebie wszystko...".   Wręcz ociekał sceptycyzmem.   "Jak?".
"Tego nie jestem ci w stanie opisać. To musisz przeżyć".   Dopił stojącą przed nim herbatę.   "Nie wiem co ci powiedzieć. Ostatnim razem zaryzykowałem i się opłaciło. Ale teraz wprost mówisz, że chcesz mi zrobić coś, co w ogóle nie będzie przyjemne..."
"Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu" - przerwała mu szybko.   Myślał jeszcze przez chwilę.   "A chociaż jakieś szczegóły gdzie by się to miało odbywać, kiedy i tak dalej?".   Miała go. Czuła, że już go miała, dlatego każde słowo kreśliła przepełniona swoją specyficzną radością.   "Gdzie zazwyczaj jej słuchałeś?"   Uśmiechnął się krzywo.   "Muzyki? Oczywiście, że u siebie".
"Mieszkasz sam?"
"Nie, z rodzicami, ale wyjechali odpocząć, nie będzie ich jeszcze trzy tygodnie".
"I tam komponowałeś?".
"Tak" - jedno słowo, a z jakim pietyzmem napisane.
"Masz jeszcze coś, na czym można dobrze odtwarzać muzykę?   Zawahał się.   "Mogę mieć"   Aż przełknęła ślinę. Idealnie.   "W takim razie tam. Załatw ten sprzęt. Kiedy masz czas?".
"Teraz to w zasadzie kiedy zechcę".
"W takim razie jutro o 19:00, będę po zajęciach".
"Ok".   Dała mu jeszcze swój numer telefonu. Uregulowali rachunek. Wyszedł, pożegnał się zdawkowo i poszedł w swoją stronę, jak gdyby nigdy nic.
A ona czuła, jak po plecach biegną jej dreszcze.
Jutro!   *   Adres dostała smsem. Trafiła pod piękny, bielony dom otoczony murem, za którym znajdował się ogród. Do ogrodu można było wejść prosto z salonu tarasem, przez który ją wprowadził z racji na otwarte drzwi. Zapadał wczesny zmierzch.   Przeszli przez elegancki salon na piętro, gdzie za drewnianymi drzwiami znajdował się...pokój równie ascetyczny, jak jej. Świeżo bielone ściany, proste łóżko, biurko z jednym kubkiem na pisaki, szafa. Pod ścianą stał solidny sprzęt grający, kompletnie tu nie pasujący, przyniesiony na jej prośbę.
Patrzył z satysfakcją, jakie wywrze to na niej wrażenie po czym sięgnął po notes.   "Pamiątka z Japonii"
"?"
"Nie przywiozłem niczego poza potrzebą zrobienia otoczenia adekwatnego do mojego stanu ducha. A czasami wzbudza też miłe wspomnienia. Chcesz się czegoś napić?".   Pokręciła głową, więc zostawił jej na biurku pisak i notes, sam usiadł na łóżku i patrzył, co zamierza.Odłożyła na ziemię podłużny plecak, jaki ze sobą przyniosła a obok notesu położyła smartfona.   "Nie będziemy dzisiaj szaleć. Jak Cię nie przekonam, to zrezygnujemy. A jeśli przekonam, to zostawię instrukcje, co musisz przygotować na drugi raz, ok?"   Skinął głową.   Podeszła do okna i sprawdziła, czy jest zamknięte. Zasunęła zasłony. Nie było jeszcze zupełnie ciemno, więc nie martwił ją brak innego światła, jak zgaszona obecnie jarzeniówka pod sufitem. Otworzyła plecak i powoli wyciągała na biurko wszystko, co ze sobą przyniosła. On patrzył.   Witka.
Pejcz.
Krótki bat.
Cienka rózga.
Trzy rodzaje pacek.
Krótki nożyk.   Ułożywszy je obok siebie odsunęła się i patrzyła, jakie zrobiła wrażenie. Kręcił w milczeniu głową, wziął notes.   "Tyle zachodu o zabawę w skośnookiego Grey`a? Bez urazy Akime, ale mnie w ogóle takie rzeczy nie kręcą".   Przewróciła oczami. Spodziewała się tego. Podeszła do sprzętu i sprawdziła ustawienia. Miała w pogotowiu płyty, ale nie były potrzebne. Ustawiła bluetooth.   "Połączysz nas?"   Połączył ale wzruszył ramionami. "Po co?".   Ustawiła co chciała i wyjęła z kieszeni zatyczki do uszu. Podkręciła dźwięk tak, że podłoga i szyby drżały. Na początek coś spokojnego.   "Jak powstała Zima?".   Jakby go kopnęła. Oddał jej kartki zapisane pośpiesznym, niestarannym pismem.   "Wyszedłem nocą do lasu w środku zimy. Siedziałem tam do rana. Bałem się jak cholera, ale jeszcze przed dziewiątą przeniosłem wszystko, co słyszałem na nagranie".
"Pytam, bo podoba mi się najbardziej. A wiesz, co teraz leci?"   Patrzył na nią, jak na idiotkę, ale po chwili skupił się i zamyślił. Tym razem pisał o wiele spokojniej.   "Czerwiec. Taki ma tytuł. Wszędzie poznam ten rytm. Nie dawał mi żyć przez całe lato".
"Nie próbowałeś go nigdy słuchać znowu w ten sposób?"
"Nie".   Przez chwilę "słuchali" oboje. Przymknęła oczy, żeby było jej łatwiej. Buczenie basu przenosiło się przez stopy do dłoni i wyżej. Miało jeden, stały rytm w tle i zmienny, dodatkowy. Podniosła powieki.   "I jak ci z tym?".
"Jakbym słuchał trupa. Gdzieś z zaświatów. Jest gdzieś tam. Ja go już nie widzę. Nie wiem czy świadomość, że tam jest ale go nie zobaczę jakoś mnie pociesza".   Rzucił notes na łóżko i przesunął dłońmi po włosach.   "Czy jesteś wściekły?"   Lodowate spojrzenie wystarczyło jej za odpowiedź.   "Czy to boli?"   Nic nie zmieniło się w jego pozie.   "I siedzi w tobie. Tam zostaje. Jątrzy. Jest ból, ale nie widać rany. Jest wściekłość, ale nie ma przeciwnika".   Wskazała na to, co przyniosła.   "To jest środek do celu a nie cel sam w sobie. Mówię o tym: demon. Chcę wyrzucić z ciebie demona i nadać kształt cierpieniu. A na końcu będzie tylko sam spokój. Czy możesz mi zaufać?".   Chyba miał z tym problem, ale długo czytał to, co napisała. Potem wydawało jej się, że wpatrywał się w jej zabawki, ale dopiero po chwili dotarło do niej, że to w wieży zmieniła się piosenka.   Znowu poleciała "Zima".   Jeden długi, głęboki dźwięk. Można w nim zatonąć. Reszta zbyt delikatna, by przeniosła wibracje. Odczuwał to i widziała, że wie doskonale, co odczuwa. Sięgnął po długopis.   "Jak?"   *   Najpierw przyjrzyj się temu, co przyniosła. Wybierz trzy rzeczy, które wydają ci się najlepsze.   Przyglądał się każdej. Długo i ze zdumieniem wskazywał na nożyk, ale go odłożył.   Brał do ręki i oglądał, jak bardzo są wysłużone. Ale też ich fakturę, kształt, kolory.   Wreszcie odłożył witkę, rózgę i jedną packę.   Pamiętaj, pisała, to nie ty jesteś tu dla mnie, tylko ja dla ciebie. Nie robisz tego, żeby mi było dobrze. Gdy tylko zechcesz, natychmiast przestanę, ale spróbuj wytrzymać przynajmniej kilka minut.   "I co? Mam się rozbierać i kujesz mnie do ściany?".   Kręci głową.   "Mogłabym cię tym bić po twarzy, jeśli tego byś sobie zażyczył. Możesz zostać we wszystkim co masz na sobie. Jeśli coś ściągniesz, to ból będzie inny. Możesz poznać wiele jego rodzajów i wybrać ten, który ci odpowiada. To jak z dźwiękami. Wybierzesz te, które złożą kompozycję, na którą sam będziesz miał wpływ".   "Kompozycja bólu" zapisał i podkreślił. Podobało mu się to określenie.   Mimo, że nie wierzysz - usiądź, bo tak będzie jej wygodnie. Patrz prosto na kolumnę, patrz na wyświetlacz jej telefonu.
Widzisz?
Ustawia go tak, żeby widział. Żeby miał świadomość, że otacza go jego muzyka. Tworzona tu, w tych ścianach. To, co było dla niego wszystkim teraz zamienia się w ironię.   Ból już jest i narasta pod skorupą zobojętnienia.   Krzesło stoi obok biurka. Kładzie na nim długopis i kartkę z krótką instrukcją.   "Tu będziesz notował swoje myśli. Musisz".   Spokojnie przechodzi za jego plecy. Nie spuszcza wzroku z wyświetlacza.   "Przedświt". Poprzedza przedostatni kawałek. Czy pamięta, jak go pisał? Jak może zapomnieć chwile, gdy siedzieli i patrzyli, jak wstaje słońce...   ...nagły ból jest cienkim, palącym miejscem. Niezbyt dotkliwym, ale prawdziwym.   Pati miała na sobie błękitną sukienkę i poplątane włosy. Była pijana, jak nigdy w życiu, czyli nie bardzo. Ale słodko lamentowała nad swoim stanem a gołe stopy zostawiały ślady na trawie...   ...kolejne uderzenie obok tamtego. Promieniuje w górę. Ledwie zmieniło mu się tempo oddechu, ale tylko ona to słyszy. Tylko ona to słyszy....   Szum tła. Nikt nic nie mówił, nawet ptaki przez chwile nie śpiewały, a oni nadal słyszeli szum tła. Wiatr? Dalekie echo samochodów? Czy to ziemia oddycha, Pati? Jak przenieść ten szum?   ...rózga po raz trzeci uderza go po plecach, tym razem mocniej. Czy to dlatego, że bezwiednie zacisnął palce na oparciu? Podchodzi do biurka, sięga po packę, wskazuje na kartkę. Ledwie na nią patrzy.   "Po tym zachorowałem. Tylko jeszcze tego nie wiedziałem".   Rzuca długopis, pod stopami czuje równe tempo.   Ty zawsze coś wymyślisz, mówił Kosma, No wsłuchaj się. To jest jeden dźwięk, tylko wibruje. Czasem zjedzie pół tonu niżej, czasem wyżej, też mi problem...   ...packa boli inaczej. Uderzenie jest mocniejsze, skonkretyzowane, ból jednolity.   Nieprawda, mówił, to są trzy dźwięki nakładające się na siebie, dopiero potem wibrują, tak jak mówisz, ale to nie jest jeden ton, tylko trzy głosy, mówiące na raz...   ...teraz uderzyła znacznie mocniej, zamrugał.   Jak anielskie chóry, mamrotała Pati, one mają swoje podziały...Serafiny i tak dalej... Śpiewając na raz powstaje jeden głos, tak? Może chóry śpiewają porankami?   ...ostatnie uderzenie zagięło go w pół, ale stało się echem jego myśli.   Kiedy ranne stają zorze, Kosma śmiał się na całego, oj Pati, Pati, nie powinnaś już nigdy z nami pić!   Ruch obok biurka, znowu palec walący w kartkę. Nie chce pisać, więc Akime zakłada ręce. O dziwo mu to przeszkadza.   "Po co mam pisać?"
"Bo nie mówisz"   Z wściekłością walnął otwartą dłonią w blat, co go zaskoczyło. Nawet powieka jej nie drgnęła. Czekała.   "Kopiesz demona"   Przytaknęła. Więcej nic nie napisał, nie przeciągała więc struny, tylko podeszła do odtwarzacza, cofnęła wszystko do początku i podkręciła jeszcze głośniej. Ściana dźwięku bez stoperów byłaby przykra. On natomiast czuł teraz najmniejsze wibracje.
Sięgnęła po witkę.   Kiedy pomógł Pati wstać i zaprowadził ją do domu, on siedział jeszcze jak zahipnotyzowany. Anielskie chóry...   ...witka piecze, pali, wlewa się jak jad do samego żołądka.   Siedział tam, dopóki nie skończył się przedświt i nie zaczął poranek a wtedy wrócił i przez kolejne tygodnie wszystko odtwarzał, wszystko rozpamiętywał. Wszystko przez niego mówiło, przekładało się na dźwięki. Bolało.   ....tak, jak teraz.   Musiało boleć. Inaczej nie wyszło.   Tak, jak teraz.   Ze zdumieniem patrzyła, jak sam z siebie ściąga koszulkę. Pod materiałem miał zaczerwienione pręgi. Sięgnął po długopis.   "Wyciągaj".

rita

rita

 

Talenty Akime - cz.4

Minęły kolejne dwa lata w trakcie których Akime kontynuowała swoją edukację na coraz wyższym poziomie. Ścieżka ta zmierzała w kierunku dość nudnej i mało porywającej, jak dla niej, profesji zawodowego muzyka w jednej z filharmonii, ale też nie miała pomysłu, co mogłaby robić innego. Nie była typową, ekstrawertyczną gwiazdką, która mogłaby zawładnąć sceną popularną. Nie miała też charyzmy, by wyróżniać się na tle innych muzyków klasycznych. Nawet jej instrument był nudny.   -Cała jesteś nudna - słyszała w różnych formach od złośliwych koleżanek.   To jej akurat nie martwiło. Słyszała o wiele częściej inne rzeczy od osób, które trafiły pod jej rękę i do jej pokoju.   Stypendium spadło na nią zupełnie nieoczekiwanie, jako konsekwencja wysokiej średniej, pracowitości i przewidywalności.   -Wstydu na pewno nam nie przyniesiesz - zakończył swoją przemowę dyrektor uniwersytetu i wręczył jej wykaz dostępnych szkół. Było w czym wybierać.   A jednak co przykuło jej uwagę, to Polska. Czy pamięć jej nie myli, że Filip był z Warszawy?   Wróciwszy do domu sięgnęła po laptop i zaczęła przekopywać informacje zawarte w sieci. Najpierw przeszukała listę uczestników tego pierwszego koncertu, na którym go widziała.
Jest! "Uczniowie szkoły warszawskiej, Filip Zborowski i Antonia Skłodowska".   No proszę, to ten obdarty nie występował? Ciekawe, co z nimi robił...   Zastanowiło ją, że ani wtedy ani później nie szukała żadnych informacji o Filipie. Nie czuła potrzeby. Pojawił się i zniknął z jej życia, ale teraz w jej głowie zakiełkowała myśl o ponownym spotkaniu. Być może.   Ciekawe, co u niego.   Po wpisaniu go w wyszukiwarkę na chwilę odebrało jej mowę. Było tam tego całe mnóstwo! Oprócz licznych informacji o koncertach, odkąd skończył (szybko przeliczyła) 10 lat były tam też odnośniki do jego muzyki solowej, płyt, koncertów.   -Idiotka - skarciła samą siebie. Na co ona czekała?   Zrobiła trzydzieści zakładek i spędziła noc na przesłuchiwaniu jego muzyki i występów. Nad ranem powoli zamknęła klapę.   -Och... - wydusiła z siebie tylko.   Był niesamowity.
Od początkowej, zupełnie przeciętnej muzyki z pogranicza alternatywy i klasyki przechodził stopniowo w muzykę eksperymentalną, łączącą instrumenty z nagraniami z ulicy lub przenosząc z niej dźwięki na instrumenty. I nie tylko z ulicy. Kolejne utwory to już był misz masz alternatywnego popu z naturą. Niektóre stawiały włosy dęba. "Zima". "Noc". "Bór". Krótko, trafnie, przejmująco.   Przeczuwał coś?   Wszystko urywało się dwa i pół roku temu. Po tym czasie nie było już żadnych informacji, żadnych aktualnych zdjęć, stron...niczego.   W zadumie wpatrywała się w kilka wybranych zdjęć ułożonych od najstarszego do najmłodszego. Obserwowała ewolucje małego chłopca w chłopaka, którego spotkała tych kilka lat temu. Roześmianego, szczęśliwego, będącego gdzieś ponad to, co robił.
Włączyła jeszcze raz wybrane nagrania z koncertów i znowu miała to wrażenie, że on na tej scenie jest, ale go nie ma.   Hmmm.   Jakiś czas później przejrzała ofertę stypendialną w Polsce a kiedy uznała, że jej odpowiada sięgnęła po kilka książek dotyczących kraju. Zaczęła od statystyk opadów i warunków klimatycznych.   Nie będzie lekko...   *   Pierwsze trzy miesiące upłynęły jej na aklimatyzacji, próbach zrozumienia nowego otoczenia i godzenia się z realiami życia w akademiku w jednym pokoju z trzema innymi osobami. A każda z innego kraju.
Po ciszy i spokoju jej ascetycznego mieszkanka był to skok na głęboką wodę.   Ale nie żałowała. Program był ciekawy, profesorzy życzliwi i wzbudzała powszechne zainteresowanie, czego w Japonii nie była w stanie uzyskać. Było to nawet miłe.   W wolnym czasie robiła solidny researching, nieco wypierając fakt, że jej na tym zależy. Ale gdzie Filip przebywał? W jakich klubach grał? Z kim się widywał?
Zaczęła bywać w tych miejscach i ich okolicach. Siadywała pod jego dawną szkołą i próbowała zrozumieć tych ludzi. Na tej podstawie zaczęła chodzić także do okolicznego parku, gdzie przesiadywali.
Było to nieco karkołomne, bo może go tu już po prostu nie ma? Ale co szkodziło spróbować.   Uśmiechnęła się pod nosem.
"Co ci szkodzi spróbować?".   Namierzyła także blondynkę i Obszarpanego, ale tu miała pewność, że oboje wylecieli do Stanów, co wszem i wobec zamieścili na profilach facebookowych. Zapewne mieli gdzieś wśród swoich znajomych także Filipa, ale zablokowali widoczność listy, co było dużym rozczarowaniem.   Do pewnej niedzieli, kiedy integrując się z grupą mimochodem wspomniała całą trójkę pod pretekstem fascynacji dokonaniami muzycznymi.   -Znasz Pati?
-Pati? - wymówiła bez akcentu - Nie osobiście, tylko byłam na jej koncercie dwa razy.
-To moja znajoma jeszcze z podstawówki ale nie wiem, co teraz robi.
-Może ma Facebooka? - podsunęła.
-A mam ją, mogę sprawdzić. To moment, chwila...   Przysiadła się bliżej i rzuciła okiem.   -Siedzi w Stanach. Nawet wrzuciła nagrania z występów.
-O! Nie widziałam ich.
-Nie są publiczne.
-A mogłabym ich posłuchać? Jeśli pozwolisz, oczywiście.   Zagadnięty wzruszył ramionami.   -Bez problemu. Teraz?   Szybko wyciągnęła słuchawki, sięgnęła po telefon, podziękowała i włączyła dla niepoznaki jedno z nagrań.
A kiedy udawała zasłuchaną i przestali zwracać na nią uwagę, dyskretnie wykonała kilka ruchów palcami.   Jest!
Oczywiście nie zapisany pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem, bo w tej sposób od razu by go znalazła, ale otagowali się na zdjęciach z Japonii. Tych samych, które robili sobie, gdy ich śledziła.   Rzuciła okiem. Nadal nikt na nią nie patrzył.   Wciąż mieszkał w tym samym mieście a przynajmniej tak twierdził. Przesunęła pośpiesznie profil.
Tak! Większość rzeczy zablokowana, ale dwukrotnie otagował się w rozarium: w tym i ubiegłym tygodniu, zawsze w środę.   Pośpiesznie wyszła z profilu.
Rozarium?
A co tam.   W środę usiadła tam już rano uzbrojona w grubą książkę, kanapki, wodę i cierpliwość.
Dużo cierpliwości.   *   Dobrze się stało, bo zobaczyła go dopiero o godzinie czternastej, kiedy pędziła truchtem z łazienki w przekonaniu, że prezentuje sobą wyjątkowy okaz desperacji.   Szedł w niewielkiej grupie ze sztalugami. Rozsiedli się w jednej części ogrodu i zabrali za malowanie otoczenia, ale sam tylko usiadł obok i patrzył w przestrzeń.
Przyglądała się z daleka.
Po pewnym czasie wstał, pochylił się z czymś nad jedną z osób, która kiwnęła głową i poszedł wolnym rokiem przed siebie. Natychmiast więc wstała i ruszyła w tę samą stronę.   Im bardziej się do siebie zbliżali, tym głośniej waliło jej serce. Pozna ją, czy nie? Zauważy?
Jest już tylko kilka metrów od niej. Zgarbiony, z dłońmi wbitymi w kieszenie spodni, zamyślony. patrzy w chodnik, zaraz ją minie.   Potknęła się niezgrabnie, uniósł wzrok zaalarmowany ruchem,
I zamarł.   Stanęli i patrzyli na siebie bez słowa a ona starała się odegrać jak największe zdumienie.   -To ty? - powiedziała z radością i ku swojemu autentycznemu już zdziwieniu zobaczyła zmieszanie na jego twarzy i nie lada panikę. Obejrzał się za siebie, nerwowo przeszukał kieszenie i wyciągnął z nich notes oraz długopis. Przerzucał je przez chwilę w dłoniach, wreszcie westchnął, skrzywił się i zapisał coś, co jej wręczył.   "Akime?"   -No...tak - powiedziała, a on pokręcił głową i wskazał na notes. Jeszcze przez chwilę patrzyła w niego bezradnie aż powoli uniosła wzrok.   Nieznacznie poprawił włosy.
W żadnym z uszu nie było aparatu.
Ale też nie reagował na to, co mówiła.   I wtedy zrozumiała.
Nie słyszał już niczego.   *   Znowu siedzieli w herbaciarni, ale tym razem to on ją zaprosił. Wszystko, co chcieli sobie powiedzieć zapisywali w grubym notesie, który mu do tego służył. Atmosfera, początkowo napięta, z wolna rozluźniała się. Zamówienie wskazał palcem, nikogo to nie zdziwiło. Pewnie bywał tu wcześniej.   Grzali dłonie o filiżanki, wymieniając się długopisem. Był ciekawy, skąd się tu wzięła, wiadomo, więc pokrótce opowiedziała mu o wszystkim z pominięciem faktu, że mogła wylądować gdziekolwiek indziej. Dopytywał jak idzie jej obecna kariera i jakie ma plany. Starannie omijał temat ich ostatniego spotkania oraz swojego stanu, ale nie dało się tego przemilczeć, więc w końcu sama zaczęła.   "Zabieg się nie udał?".   Westchnął widząc, że się z tego nie wykręci.   "Nie" - odpisał krótko.
"Przykro mi"   Wzruszył ramionami.   "Zdążyłem przynajmniej pożegnać się z tym jak należy" - napisał i drgnął mu kącik ust - "Obudziłem się wtedy z czymś co zupełnie nie przypominało kaca. Miałem już w życiu kaca. To był kac-morderca".   Zaśmiała się widząc tłumaczenie. Odwrócił na nowo zeszyt w swoją stronę.   "Myślałem, że rodzice mnie zastrzelą, a jeszcze siedziałem cały dzień pod twoim mieszkaniem. Nie było cię" - skończył i popatrzył na nią uważnie. Przeczytała i skinęła głową.   "Ani wtedy" - dokończył - "Ani kolejnego dnia, ani do ostatniego, kiedy byłem w Japonii".   Przełknęła ślinę. Tego, że przychodził codziennie, nie wiedziała. Zabrała mu długopis.   "Przecież nie mogłeś pójść na zabieg z dragami we krwi a tym bardziej nie wtedy, kiedy z ciebie schodziły. Tak samo na pewno brałeś po nim jakieś lekarstwa...?".   Kiwnął głową.   "To przeszłość. Nic i tak mi nie pomogło. Przestałem słyszeć pół roku później".   Zapatrzył się w okno a tym samym odciął na moment. Kiedy znowu się do niej odwrócił, podała mu zeszyt.   "Co teraz robisz?"   Długo odpisywał.   "Jak to kaleka: rentier państwa, próbują nauczyć mnie wartościowego zawodu a w wolnych chwilach wysyłają na zajęcia z rysunku, żebym nie miał za dużo czasu i głupich pomysłów. Staram się doczekać jutra. Z naciskiem na staranie się".   Kiwnęła głową, upiła łyk czerwonej herbaty, zawiesiła na moment. Wielokrotnie myślała o tym spotkaniu i tym, jak się potoczy. Musiała być ostrożna.   "A przyjaciele?".   Jego uśmiech zbudowany z zaciśniętych wag był cierpki i mówiący wszystko, ale odpisał w poczuciu obowiązku:   "Chcieliby pomóc, ale nie potrafią. Nie wiedzą, jak to jest i że mnie nie da się pocieszyć" - zawahał się - "Generalnie nie mamy już wspólnych tematów" - postawił zdecydowanie kropkę, ucinając wątek.   Filiżanka Akime była pusta, za to głowa pełna informacji i możliwości. Chce z nią rozmawiać. Chyba nawet ją polubił, bo siedzą tu już ponad dwie godziny a nigdzie się nie wybiera. Podkreśla, że z nikim nie utrzymuje kontaktu, więc jest to sytuacja wyjątkowa. Dobrze wspomina ich ostatnie spotkanie. I przypuszczalnie nie ma już nic do stracenia. Przygryzła lekko wargę.
Pora zobaczyć, czy nie przyjechała na darmo. Zabrała mu długopis z dłoni, patrzył z zainteresowaniem na jego ruchy po kartce.   "Tam, w moim mieszkaniu ale i patrząc na twoje nagrania, miałam takie wrażenie - chciałabym się upewnić... Czy tylko mi się wydaje, czy to, co straciłeś dawało ci, nie wiem czy trafnie ujmę, odlot, ale on cię sporo kosztował? Pamiętam, że zacząłeś też o tym mówić, ale to chyba nie był moment na taką rozmowę...?".   Przeczytał raz i drugi, rzucił na nią okiem i dopisał spokojnie:   "A teraz jest?"
"Czemu nie?" - nie pozostała mu dłużna.   Myślał przez jakiś czas, zanim odpisał.   "Chcesz mnie zapytać o coś, o czym z nikim nie rozmawiałem. O coś bardzo mojego. Dlaczego miałbym to zrobić?".   Ok, są na krawędzi. Nie mogła teraz niczego zepsuć, więc sama też długo myślała nad właściwym doborem słów.   "Jeśli będzie tak, jak myślę, to mogę, hipotetycznie, dać ci to jeszcze raz, ale w inny sposób".   Jego spojrzenie było ciężkie i krytyczne.   "Akime, bardzo miło spędziłem z Tobą wieczór w Japonii, ale nie jesteś w stanie mi tego oddać".   "Oddać nie, ale możliwe, że mam substytut. Nie denerwuj się" - dopisała widząc, że już czyta co napisała i kręci głową - "To tylko hipoteza. A czemu masz mi mówić? Bo za pół roku wyjadę, zniknę z Twojego życia i cokolwiek nie napiszesz i tak mi do niczego nie posłuży".   "Poza tym" - dopisała - "Nie chciałbyś raz jeden podzielić się tym z kimś, kto chce słuchać? Albo chociaż czytać. Nie możesz już mówić?" - zdobyła się jeszcze na odwagę by spytać o to, co nurtowało ją odkąd zobaczyła zeszyt.   Przeczytał i zamachał na kelnerkę. Kiedy podeszła pokazał jej na pusty dzbanek. Poczekał, aż go uzupełni, nalał sobie herbaty, upił łyk. Splótł dłonie i patrzył ponad nimi na Akimę. Nie był już w żadnym stopniu ani tym rozmarzonym chłopcem ani przygnębionym chłopakiem, którego ściągnęla do siebie.Raczej młodym, wyjątkowo przybitym ale i wściekłym mężczyzną.
Bardzo przybitym.
I bardzo wściekłym.   Znalazł czystą kartkę, wyrwał ją i usiadł obok Akime. Wskazał na nią i zaczął pisać tak, żeby widziała.   "Robiła ze mną, co chciała. Wyciągała wszystko na wierzch, wywracała na drugą stronę. Każdy nerw i włókno. A potem kawałek po kawałku się z nimi zapoznawała.
Wyrzucała o różnych porach dnia z domu, kazała wychodzić, chłonąć, nadawać temu kształt.
Nie potrzebowałem ludzi, jedzenia, snu, kobiet, niczego.
Ona, ona i ona.
Wiesz jak to bolało?
As fuck.
A jednak chciałem wciąż więcej. W którymś momencie ten ból był czymś, co dawało mi szczęście. Każdego dnia. Jak tlen.
A teraz tego nie ma. Nie ma niczego. Jakbym nagle prosto ze środka rozkrzyczanego tłumu spadł na bezludną pustynię.
Mogę mówić, ale świadomość, że inni mnie usłyszą a ja siebie nie jest za trudna. I prawdopodobnie gdybym już zaczął mówić, to bym krzyczał. A ja nigdy nawet nie podniosłem głosu. Nigdy".   Poczekał, aż doczyta i dopisał:   "Rozumiesz cokolwiek z tego?".   Powoli skinęła głową. On też. I podarł to, co napisał na jak najmniejsze kawałki, które wrzucił sobie do kieszeni. Otworzył znów zeszyt.   "No więc wiesz coś o mnie, czego nie wiedział nikt. I co z tym zrobisz?",uśmiechnął się cynicznie.   Zabrała mu długopis specjalnie zaczepiając przy tym palcami o jego palce. Nie odsunął ich.   "Chcę dać ci to samo. Odważysz się?".   Niebo zrobiło się pochmurne. Kelnerka zapaliła małe lampki rozwieszone pod sufitem.
Przy jednym ze stolików siedziała interesująca para. Ten głuchoniemy chłopak, który wpadał tu czasami i siedział godzinami nad książkami oraz Japonka w prostej, białej sukience. Patrzyli sobie w oczy, stykając się ramionami.
Przerzuciła papiery szukając jednego z zaginionych. Przez głowę przeleciała jej myśl, że miłość chodzi różnymi drogami.
Dobrze więc, że nie słyszała, o czym tak naprawdę myślała Akime.

rita

rita

 

Talenty Akime - cz.3

Grała trochę va banque. Tak naprawdę nie do końca wiedziała, czy to się uda, jednak szansa była spora.
On natomiast stał tylko z zagadkowym spojrzeniem. Ludzie mijali ich z obu stron. Powoli zapadał zmierzch.   -Niby jak? - spytał w końcu.
-Mam w mieszkaniu kilka rzeczy, które w tym pomogą, ale wolę o tym nie rozmawiać na ulicy.   Rozważał jej słowa.   -Widzimy się po raz pierwszy...ok, drugi, ale proponujesz mi coś w zasadzie niemożliwego, nie chcesz sprecyzować, o co chodzi a ja mam zrezygnować z planów, jakie miałem na wieczór i iść do twojego mieszkania. Zdajesz sobie sprawę, jak to brzmi?   Bez słowa kiwnęła głową.   -I wiesz, że żartowanie sobie z czyjegoś nieszczęścia...
-Ja nie żartuję - przerwała mu w połowie zdania - Chcesz choćby spróbować?   Jeszcze przez chwilę stali na środku chodnika, zanim powoli skinął głową.   -Ale muszę przynajmniej orientacyjnie wiedzieć, co to jest.
-Coś, jak alkohol.   Westchnął głęboko.   -Co ci szkodzi?
-Jeśli już mówimy o szkodzie, to za parę dni mam zabieg i powinienem być do niego zdrowy. To mnie martwi. Na przykład.
-Chodź, sam zobaczysz i zadecydujesz - powiedziała i po prostu ruszyła w stronę swojego mieszkania.   Po chwili ją dogonił.   *   Mieszkanie Akime odzwierciedlało ją samą, jak i jej potrzeby. Filip rozglądał się po niedużej kawalerce. Zaraz obok wejścia był maleńki aneks kuchenny, w zasadzie sam blat z kuchenką, mikrofalą i zlewem. Nad nim i pod nim zabudowane szafki. Mikrolodówka.
Drzwi na prawo to pewnie łazienka.
Oni poszli prosto do pomieszczenia, które łączyło funkcje salonu i sypialni. Przystanął porażony a dziewczyna nie dała po sobie poznać, ile jej to dało satysfakcji.   Na środku pokoju stał biały, designerski leżak. Za nim swoje miejsce miało elektroniczne kantele. Oprócz tego w pokoju było jeszcze białe, okrągłe łóżko i wbudowana w ścianę szafa. Gdy przyjrzał się uważniej, zauważył także małe głośniki, zamontowane w ten sam sposób. Pod sięgającym podłogi oknem - sporej wielkości roślina w białej donicy. Wszystko zresztą było białe: podłoga,zasłony, kapa na łóżku.   Wskazała palcem na leżak.   -Zapraszam, usiądź.   Przysiadł i zapatrzył się we wszechogarniającą biel.   -Próbuję zrozumieć rozkład pomieszczenia.   Po raz pierwszy roześmiała się. Cicho, delikatnie.   -Łóżko jest dla mnie. Kantele jest moje. Leżanka jest dla słuchaczy. Zaproponowałabym ci coś do picia, ale jesteśmy już po, więc może przejdę po prostu do rzeczy.   Wróciła do kuchni. Z uwagi na swój stan nie słyszał stuknięcia drzwiczek a potem metalicznego brzdęknięcia blaszki. Podziwiał natomiast jej instrument i tak go zastała, kiedy wróciła.   -Piękna rzecz.
-Robiona na zamówienie. Widziałeś kiedyś kantele?
-Tylko na zdjęciach i wyłącznie w drewnie. Mogę?
-Proszę.   Podszedł i przyglądał się z bliska.   -Chcesz zagrać? - zagadnęła.
-Nie śmiałbym - odsunął się i wrócił na leżankę. Przysiadł na niej i skrzyżował ręce - to twój instrument. Czułbym się, jakbym grzebał ci w najbardziej osobistych rzeczach. Poza tym ostatnimi czasy nie mam ochoty słuchać, jak co mi zabrzmi - dodał, zaciskając szczęki i patrząc wymownie na jej ręce. Trzymała w nich małe, białe pudełko.
-No zobacz, a miałam w planach zagrać. Co teraz?
-Jeśli sama na nim zagrasz, to nic mi do tego. Najwyżej połowy nie zarejestruje - nie spuszczał oczu z pudełka. Powoli je otworzyła. W środku leżały dwie białe pastylki. Spokojnie wyjęła jedną z nich i połknęła. Zamknęła pudełko, położyła je obok siedzącego i bez słowa podeszła do kantele. Zajęła się jego ustawieniem, podczas gdy Filip odwrócił się w jej stronę i przyglądał uważnie, co się stanie.   Palce przesunęły się po strunach.   -Musimy poczekać, aż się przyjmie.Zajmie to jakieś dwadzieścia minut. Nie mogę tego przeskoczyć. Może opowiesz mi w tym czasie jak to jest?
-Co?
-Tracić słuch.   Zapadło milczenie, które zapełniła pierwszymi, spokojnymi dźwiękami. Wstał i podszedł do okna. Nie miała pewności, czy jej słucha, czy tylko patrzy na zewnątrz. Nie poganiała go. Grała nieskomplikowaną, ludową melodię z której zawsze mogła przejść do czegoś bardziej zaawansowanego. Trwało to dłuższą chwilę, ale w końcu odwrócił się i wrócił na poprzednie miejsce.   -Musiałem zastanowić się nad możliwie najkrótszą odpowiedzią.   Skinęła głową.   -Czuję się, jak oszukany wyznawca czegoś, w co bezdyskusyjnie wierzył. Nie ręczę, że inni myślą tak samo.
-Inni?
-Ci, co go tracą.   Znowu jej się przyglądał. Popatrzyła mu więc prosto w oczy, nie przestając grać. Przeszła jednak do bardziej skomplikowanych, wymagających melodii. Jej palce poruszały się bezbłędnie.   -Drogo cię ta wiara kosztowała?   Roześmiał się wcześniej upuszczając całe powietrze, jakby od dawna nic go nie rozbawiło. Może i tak było.   -Materialnie tego nie przeliczałem.
-Nie chodzi mi o pieniądze.   Powoli zaczynało działać. Każda krawędź zaczęła się wyostrzać, każdy dźwięk stał się wyraźniejszy a kolor intensywniejszy. Na szczęście wszystko było w bieli. Nie bez powodu.   -Nieskończona ilość zarwanych nocy, wiele miesięcy izolacji od ludzi, bo granie było ważniejsze. To tak na wstępie. A ile mnie to kosztowało emocjonalnie...   Tu przerwał i znowu założył ręce. Popatrzył w okno. Tego z niego nie wyciągnie. A przynajmniej nie teraz.   -Chyba już minęło dwadzieścia minut.
-Tak - powiedziała spokojnie.   Przestała grać. Popatrzyli na siebie. Podeszła do niego. Z uwagą przyglądał się jej krokom, temu, jak siadała obok i jak otwierała pudełko w zachęcającym geście.   -Zauważyłeś, że były identyczne?
-Tak.
-To dobrze.   Nie dodała już nic więcej. Znowu przez dłuższy czas tylko patrzył. Potem sięgnął po pigułkę i obejrzał pod światło.   -Jakieś skutki uboczne?
-Coś na wzór kaca. Warto mieć pod ręką dużo wody do picia. I może jakiś lek na ból głowy.
-Ile działa?
-Kilka godzin.   Skrzywił się.   -A jeśli to nic nie da a tylko mnie wysuszy mnie i zafunduje migrenę?   Wzruszyła ramionami.   -Co szkodzi spróbować? - powtórzyła.   Wahał się jeszcze kilka sekund, po czym nagle zdecydowanie połknął pigułkę i zamarł z determinacją malującą się na twarzy. Poklepała oparcie.   -To bardzo wygodna rzecz. Zachęcam do sprawdzenia.   Odeszła do instrumentu i zastanawiała się przez moment, co wybrać.   -Czego lubiłeś słuchać?
-Otoczenia.   Rzuciła okiem. Za jej radą przyjął pozycję horyzontalną i patrzył w sufit.   -Im bardziej naturalnie, tym lepiej.   Sięgnęła palcami. A więc spokojne dźwięki. Jak granie na nitkach pajęczyny. Pękający, cienki lód na tafli szkła. Co jeszcze można naturalnego wydobyć ze strun?
On pewnie wiedział. Aż za dobrze.   Dodała dużo pogłosu. Każdy dźwięk płynął z głośników i roznosił się w zwielokrotniony sposób po pokoju. Pigułka działała. Już do niej przywykła, ale najczęściej jej nie brała, skupiona na innych. Wszystko wracało, podwajało się, nasilało, wzmacniało. Musi pamiętać, że on jeszcze tego tak nie odbiera.   -Daj znać, jak coś się zmieni.   Mijały minuty. Leżał zupełnie nieruchomo. Aż nagle drgnął mu mięsień na twarzy. Jeden. Drugi. Gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę. Oczy miał niemal czarne od rozszerzonych źrenic. Sięgnęła za siebie i przytłumiła światło. Zamienił się w plamę cienia na białym obiciu, plamę zakończoną twarzą zastygłą w zdumieniu.
Zakończyła jedną i zaczęła kolejną melodię.   -Czy coś takiego ci odpowiada? - zaszemrała.   Wydawało się, że zupełnie skamieniał, dopóki nie podniósł dłoni do uszu a potem nie obejrzał ich przed oczami.   -Jak? Jak to się stało? - powiedział po polsku.   Nie musiała rozumieć słów, żeby rozumieć znaczenie.   Muzyka rozniosła się po pokoju i rozpłynęli się w niej oboje. Przymknęła oczy. Jej tu nie było. Całą sobą służyła mu teraz za transfer do świata, do którego uznał, że nie ma już dostępu. Z ulgą odnotowała, że jej mały eksperyment się udał. Każdy, kto sięgnął po to pudełko mówił jej później, że jednym z mniej lub bardziej przyjemnych efektów ubocznych jest wyjątkowo wrażliwy, jakby "podkręcony" słuch.   No proszę. Więc potrafi zdziałać aż takie cuda...   Nic nie zakłócało muzyki wypełniającej to ascetyczne pomieszczenie, jak jedyna dekoracja. Po długim czasie spojrzała znowu na niego i miała już pewność.
Zatonął i odpłynął.
Stwierdzenie, że zamarł w ekstazie nie wykańczało wszystkich szczegółów tego stanu. Bezwolność ciała. Brak jakichkolwiek jego drgań, jakby bał się, że jednym ruchem coś spłoszy, straci. Na wpół przymknięte oczy, rozchylone usta, opadnięta dłoń.   Na ten moment pragnienia Akime zostały częściowo spełnione. Dostarczyła mu wrażeń, które był w stanie dostać tylko od niej. W jednej chwili zyskała władzę nad jego spełnieniem. Prowadziła go na tym sznurku przez blisko godzinę ani na chwilę nie przestając grać.   Kiedyś jednak trzeba skończyć. I to najlepiej, zanim specyfik przestanie działać. W ciszy jaka zapadła spokojnie podeszła do jego płaszcza, przejrzała mu portfel i tak, jak myślała, znalazła tam sporo gotówki zamienionej na jeny. Zadzwoniła po taksówkę, zamówiła kurs do jednego ze sprawdzonych hoteli i odczekała, aż przyjedzie. Podeszła do Filipa. Nie kontaktował. Profilaktycznie sprawdziła mu puls, ale nie wyczuła nic niepokojącego. Po prostu zamroczyło go, jak i pozostałych.
Wyszła przed mieszkanie dokładnie w momencie, gdy podjechała pod nie taksówka.Na szczęście znała już tego kierowcę.   -Panna Akime. Dzień dobry. Kurs dla pani, czy pomóc?
-Pomóc.   Mężczyzna bez słowa poszedł z nią do mieszkania, przerzucił ramię kompletnie bezwolnego człowieka przez swoje i łagodnie, ale stanowczo poprowadził go do samochodu.   -Który hotel?
-Ten, co zawsze.   Dała mu do ręki odliczoną ilość gotówki.   -Jeśli zdarzy sie po drodze jakiś...wypadek, to proszę zawrócić, dodam od siebie za pranie tapicerki.
-Nigdy się nie zdarzył, ale dziękuję.   Patrzyła, jak odjeżdżają. Wiedziała, że na miejscu zaprowadzi go do pokoju. I nikt nie będzie zdumiony. Nie pierwszy raz zdarzają im się goście, opuszczający lokal panny Akime.   Warto mieć sprawdzoną firmę przewozową. I sprawdzony lokal.
A Filip sobie poradzi. Jak tylko otrzeźwieje.   Otworzyła okno i wywietrzyła pokój. Coraz mniej odczuwała działanie pigułki, coraz bardziej natomiast chciało jej sie pić. Nalała wody z kranu do szklanki. Wypiła trzy pełne. Przemyła twarz, umyła zęby. Rozebrała się i założyła koszulę nocną. Wsunęła pod kołdrę i zamyśliła.   Pragnienia Akime były częściowo zaspokojone,ale tylko częściowo. Chłopak za parę dni wyjedzie. Może nawet wyzdrowieje. A wtedy do niczego nie będzie mu potrzebna. Warto zakończyć tę historię tu i teraz, nie przeszkadzając mu w osiągnięciu celu podróży, zachowując przyjemne wspomnienia chwili, w jakiej pozwoliła mu pobyć. A w przyszłości...kto wie, co wydarzy się w przyszłości.   ----   Wyszła z mieszkania bladym świtem i wróciła ostrożnie kolejnego dnia. Tak jak podejrzewała, sąsiadka zwróciła uwage, że był tu młody człowiek, który dobijał się do jej drzwi a nawet spędził pod nimi większą część czasu. Podziękowała za tę bezcenną informację i postanowiła złożyć rodzicom zaległą wizytę.   Do końca pobytu Filipa w Japonii nie wróciła już do siebie.  
-----   C.D wkrótce.   =====   Tak, celuję w gusta osób, które lubią długi rozbieg i mniej ginekologii w treści

rita

rita

 

Talenty Akime cz.2

Zdążyła złapać za płaszcz i wybiec za nimi. Wpadła prosto na ruchliwą ulicę i przez moment przestraszyła się, ze wtopią się w tłum. Zaraz jednak mignęła jej w morzu niskich i ciemnowłosych dziewczyn jasna głowa. Ruszyła w tamtą stronę trzymając się kilkanaście metrów z tyłu.   Szli dość długo, pochylając się do siebie, pokazując różne rzeczy, czasami robiąc zdjęcia. Zwykli turyści, jakich wiele. Gdyby nie galowe ubrania nie byłoby po nich widać, że dopiero co zagrali na dużym przeglądzie.   Śledziła kogoś po raz pierwszy, więc zżerały ją nerwy, jednak do głowy im nie przyszło oglądać się za siebie. Miała poza tym pewność, że nie odróżniliby ją od setek innych Japończyków. Oni też mogliby jej rozmyć się w tłumie gdzieś w Anglii czy Holandii. Wszyscy "biali" byli dla niej podobni do siebie.
Poza tym, którego teraz śledziła. On wydawał jej się wyjątkowy ponad wszelką miarę.   Wreszcie pożegnali się, dość wylewnie. Obdarty poszedł dalej prosto z blondynką a Filip stał i patrzył za nimi. Nie zwlekając podeszła i nauczona doświadczeniem tym razem stanęła przed nim. Spojrzał zaskoczony ale nie była pewna, czy ją poznał, dopóki nie powiedział po angielsku:   -To ty? Dziewczyna z filharmonii?   Skinęła głową.   -Chciałam z tobą porozmawiać, ale nie było okazji i nie chciałam wam przeszkadzać. Poszliśmy w tą samą stronę. Miło mi, że znowu udało nam się na siebie wpaść. Czy mogę cię zaprosić na herbatę?   Zbaraniał. Nie wiedziała, czy przeholowała z elegancją językową, czy trawi właśnie gładkie kłamstewka, jakie mu zaserwowała. Przyczyna okazała się inna.   -Jeszcze nigdy żadna dziewczyna nie zaprosiła mnie na herbatę. Mogę iść - wzruszył ramionami - Ale o czym chcesz rozmawiać?
-Pozwól.   Skinęła na niego i poszła przodem upewniając się, że idzie za nią. Na ulicy było głośno więc uznała, że ciężko mu będzie oddzielać ten szum od tego, co mówi. Bardzo dobrze znała tę okolicę i wiedziała, że raptem dwie minuty drogi stąd jest malutka herbaciarnia. Na szczęście nie było tam dzisiaj dużo osób, więc wybrała stolik w najodleglejszym kącie i zawinęła po drodze menu. Niestety nie mieli angielskiej wersji.   -Chętnie ci wszystko przeczytam, ale chciałabym się najpierw przedstawić - Akime.
-Filip.
-Wiem.
-No tak, oni ci powiedzieli.
-Nie - powiedziała wertując kartę - Grałeś u nas dwa lata temu. Hiszpański repertuar, gitara. Miałeś występ około południa. Rewelacyjny.   Rzuciła na niego okiem i zauważyła miłe zaskoczenie.   -Możesz nie pamiętać, ale widzieliśmy się wtedy za kulisami.
-Możliwe. Faktycznie, byłem w tym czasie rozkojarzony - przyznał z niejaką niechęcią po czym raptownie zamilkł. Zostawiła go z jakąś myślą i wybrała jedną z dwóch pozycji.
-Lubisz herbatę białą, zieloną, czarną czy czerwoną?
-Słucham? - wyrwała go z zamyślenia - Sam nie wiem, nie jestem koneserem - uśmiechnął się nieznacznie co momentalnie wpłynęło na całą jego twarz. Niesamowite, jak się zmieniła. Zapamiętała młodego, ciągle uśmiechniętego chłopaka o nieprzytomnym, można by rzec że rozmarzonym, spojrzeniu.
Teraz ma przed sobą twarz wykrzywioną w cynicznym grymasie. A oczy nie są już rozmarzone. Spojrzenie ma gorzkie, rozbiegane. Ramiona przygarbione, dłonie zaciśnięte na stole w jedną, pobielałą pięść. Jakby brakowało tylko jednej iskry, żeby wybuchł.   -To przeczytam ci i wybierzesz to, co ci najlepiej zabrzmi, co ty na to? Ceny mają te same dla każdej.
-Korzystne.
-Więc? Co ty na to?   Skinął głową. Wzięła więc krzesło i przysiadła się bliżej, od strony jego aparatu. Drgnął zaskoczony, ale nie zamierzała teraz poruszać tego tematu. Czytała nieśpiesznie każdą pozycję, wskazując na nią palcem. Słowa zaczęły zlewać się w monotonną deklamację. Nieprzypadkowo. Kiedy skończyła widziała, że zasłuchał się i rozluźnił zaciśnięte palce. Po chwili wyciągnął jeden z nich:   -Ta brzmiała najlepiej - powiedział idealnie powtarzając skomplikowaną nazwę. Była pod wrażeniem.
-Wow. Nie każdy od razu potrafi coś powtórzyć w tym języku a ty zrobiłeś to bezbłędnie.   Wzruszył ramionami.   -To tylko złożone dźwięki, jeśli się je lubi... - zaczął, ale nie skończył, tylko znowu pobielały mu kostki u palców.
-Złożę zamówienie.   Kiedy wróciła rozglądał się po lokalu a na końcu skupił wzrok na dziewczynie.   -O czym chciałaś rozmawiać?
-O wszystkim - stwierdziła z prostotą - Wydałeś mi się ciekawym człowiekiem, ale ciężko było się do ciebie przebić przez tłumek fanów.   Prychnął śmiechem a potem spoważniał.   -Nie wiem czy mam coś do zaoferowania swoim towarzystwem.
-Możesz mi powiedzieć, co grałeś te dwa lata temu?
-Klasyczne flamenco, nawet nie pamiętam już teraz którego autora. Fragment większego koncertu - odpowiedział od razu.
-Długo grasz?
-Odkąd skończyłem siedem lat. Ale teraz już nie gram za często - znowu ten cyniczny uśmiech.
-Czyli prawie całe życie. I co było powodem, dla którego wysłali cię na przegląd?
-Najwyższe noty w szkole i duży dorobek artystyczny.
-Kochasz to?
-Tak - odpowiedział od razu i chyba sam siebie zaskoczył.   Uśmiechnęła się niewinnie.   -I mówisz, że nie masz mi nic do zaoferowania swoim towarzystwem?   Podano herbatę.   ****   Kiedy uznali, że trzeba by się zbierać, ze stołu sprzątano już trzecią jej porcję a zegar pokazywał, ze upłynęły dwie godziny.   Była podekscytowana trafnością swoich przeczuć. Filip był zajmujący. Kiedy już trochę się przełamał (być może z pomocą kojącej yerba mate) i zainteresował swoją słuchaczką (miał dużo pytań odnośnie jej twórczości i, co jej schlebiało, bardzo uważnie i wnikliwie słuchał jej odpowiedzi), mogła poznać go bliżej.   Do niedawna był uczniem ostatnich lat drugiego poziomu szkoły muzycznej, wedle ich polskiego podziału. Gitara o dziwo nie była jego głównym instrumentem, tylko fortepian. Zaskoczyło ją, że uczył się na raz w dwóch klasach ale wyjaśnił jej, że oprócz pasji grania myślał też pragmatycznie. W klasie fortepianu był za słaby na przeglądy, a w klasie gitary - fenomenalny. Dzięki temu mógł zwiedzić trochę świata, chociaż same występy nie były dla niego głównym celem.   -Jeśli grałem, to fajnie. Jeśli nie, to też się tym nie przejmowałem. Nie miałem parcia na wyniki. Chciałem jednak zobaczyć trochę świata, poznać wszystkie jego dźwięki.
-No i jak brzmi ci Japonia?   Nabrał powietrza, jakby chciał coś powiedzieć, po czym je wypuścił. Upił łyk herbaty, zamyślił na moment.   -Brzmiała. Pamiętam, że dwa lata temu brzmiała mi dwoma rzeczami: szumem ludzkiej mowy i przedzierającym się przez to śpiewem jakiegoś małego ptaka. Kiepski ze mnie ornitolog, więc nie wiem jakiego... Niemniej potrafiłem to odtworzyć po powrocie.
-Jak?
-Szum był trudny. Zwykłe nagranie dźwięków ulicy tego nie odda,nasza wymowa nie jest przecież taka, jak wasza. Musiało to być coś, co jest jednocześnie lekkie i szybkie. Głupio zrobiłem nie zabierając dyktafonu. Musiałem przez to chodzić na place zabaw.
-Czemu? - szczerze się zdziwiła a on prychnął śmiechem.
-Bo dzieci mówią w zawrotnym tempie, miękko i dźwiękonaśladowczo. Zupełnie jak Japończycy. A przynajmniej ja to tak słyszę... słyszałem - poprawił się i znowu upił łyk herbaty. Nie drążyła jeszcze tematu.
-A słowik?
-To był słowik? Dziwne, u nas brzmi inaczej... No cóż, słowika po prostu odtworzyłem na klawiszach i przepuściłem przez syntezator. Mogę ci kiedyś wysłać efekt końcowy.
-Bardzo chętnie.   To w tym momencie spojrzał za okno i uznał, że robi się późno. Zaczęli zbierać się do wyjścia, kiedy postawiła wszystko na jedną kartę i zadała pytanie wiszące w powietrzu od samego początku.   -Czy z tym aparatem słyszysz inaczej?   Spokojnie zabrał się za zapinanie guzików płaszcza.   -Doceniam, że pytasz. Raz, że już dawno nikt ze mną normalnie nie porozmawiał o muzyce, bo wszyscy się boją a dwa, że jeszcze bardziej boją się pytać o to, co wali po oczach - stuknął palcem w aparat - Słyszę najwyraźniej na to ucho. Na drugie już prawie nic. Lekarze już nawet nie próbowali go ratować, nie ma czego.   Skierowali się do wyjścia. Na ulicy było już spokojniej, na ile w tym mieście może być jakiś spokój.   -Odpowiadając precyzyjnie na twoje pytanie: tak. Słyszę beznadziejnie w stosunku do tego, co słyszałem wcześniej. De facto nie słyszę ani połowy z szerokiego spektrum dźwięków, jakie znałem. Jestem tu tylko dlatego, że mają mi zrobić jeden zabieg który może, ale nie musi, uratować to, co zostało.
-Czy to oznacza, że...
-Tak - przerwał - To oznacza, że bez tego za kilka miesięcy będę głuchy jak pień.   Ilość jadu i goryczy z jaką to mówił nasuwała jej tylko podejrzenia, co musiało się dziać przez te ostatnie dwa lata.   -Mówisz, że to u was temat tabu?
-Nie każdy jest w stanie udźwignąć, jak wiele zmienia to w moim życiu. Tak w ogóle - spojrzał w kierunku sporej grupy osób, która wytaczała się z klubu po drugiej stronie ulicy - Z jednej strony fajnie jest wreszcie tak po prostu to wszystko powiedzieć i nie martwić się, ze komuś będzie z tym źle, bo widzę, że nie masz z tym problemu. Z drugiej sam nie wiem, po co ci o tym mówię i psuje wieczór własnymi problemami.   Dopięła torebkę i poczekała, aż minie ich tłum, dopiero wtedy podniosła głowę i popatrzyła mu w oczy.   -A co, jeśli mogę sprawić, że jeszcze dzisiaj wieczorem znowu wszystko usłyszysz tak, jak kiedyś?

rita

rita

 

Talenty Akime - cz.1

Profesjonalne granie ma to do siebie, że wymaga kształcenia się a ono - występów. Akime brała więc udział w niezliczonej ilości koncertów, przeglądów, większych i mniejszych akademii oraz okazyjnie występowała przed własną rodziną, która całą tę naukę sponsorowała.   Zawsze przygotowana, nienaganna i dyskretna pozostawiała po sobie niejasne wrażenie, że niby z grą było wszystko w porządku, nawet bardzo, że muzyka była czarująca... ale mało kto ją zapamiętywał. Była z tego niezwykle dumna. Ufała, że jest to wynik jej ciężkiej pracy nad byciem transparentną, nienarzucającą się osobą.   Większość osób, które mogły doświadczyć osobliwości jej towarzystwa poznawała właśnie w takich okolicznościach. Zwykle siadała po swoim występie wśród publiczności i przysłuchiwała się kolejnym uczestnikom, jednocześnie dyskretnie rozglądając się wokół. Potencjalny kandydat do spędzenia z nią wieczoru musiał cechować się ulotną mieszanką elegancji, ekstrawertyzmu, lekkiej neurotyczności a zarazem mieć na tyle poukładane w głowie, żeby nie przyszła mu do niej myśl, by opowiadać o tych spotkaniach gdzieś dalej.   Nie zawsze trafiała. Czasami mimo takiego zestawu pożądanych cech jej kandydat okazywał się absolutnie nie zainteresowany zawieraniem z nią znajomości lub wykruszał się na pewnym etapie drążenia jego preferencji. Jednak z każdą kolejną osobą zaczynała być coraz bieglejsza w tych swoistych castingach.   W taki właśnie sposób poznała swoją przyczynę wyboru stypendium w Polsce. Przy czym za pierwszym razem odpuściła temat.   Miała wtedy 16 lat. On zresztą nie wyglądał na wiele więcej. Była na jednym z corocznych przesłuchań z udziałem uczniów z całego świata. Koncerty były w zasadzie od rana do nocy, przez bite trzy dni. Przychodziła, słuchała, prowadziła uprzejme konwersacje. Jej preferencje i zainteresowania dopiero się klarowały i wszystko to traktowała póki co, jak zabawę, rozbudzanie apetytu i zbieranie materiału do snucia osobliwych fantazji w zaciszu własnego pokoju.   Wywołano go na scenę i pierwsze na co zwróciła uwagę, to że ma proste imię jak na kogoś z Europy Środkowej, łatwe do wymówienia. Filip. Tak samo nazywało się wielu Francuzów czy Anglików. Drugą rzeczą była lekkość z jaką się poruszał. Zero spięcia, nerwów czy oficjalnego kija w tyłku. Było poprawnie i elegancko, a jednocześnie, jakby był u siebie a nie setki kilometrów od domu.
Usiadł z gitarą na stołku pośrodku sceny. Zapadła cisza. Zaczął grać jedną z popularnych hiszpańskich melodii, którą ubogacała doskonała akustyka.   I co ciekawe - sam występ nie porywał. Był bardzo dobry, wiadomo, inaczej by go tu nie było. Doskonała technika, świetne wykonanie...i nic więcej. Jury na konkursach ma z takimi zawsze problem. Nie mają za co obcinać punktów, ale ani im ręka nie zadrży, żeby dać punktację wyższą, niż średnia.   Na co natomiast potencjalny widz mógł nie zwrócić uwagi, to na malutkie detale wokół jego gry. Obchodził się z gitarą w sposób, który przywoływał jej skojarzenia z treserem dzikich koni. Jakby była czymś, z czym trzeba obchodzić się łagodnie, ale stanowczo. Z wyczuciem i delikatnie, ale tak, by czuła respekt i szacunek. O wszystkim tym mówiły jej jego palce, ich nacisk, sposób trzymania instrumentu, ale też nieznaczny uśmiech, pochylenie nad gryfem, ciepło, z jakim na niego patrzył. I bardzo, ale to bardzo odległe spojrzenie, jakim darzył publiczność.   Jego zupełnie tu nie było. Wszedł, jak z oswojonym zwierzęciem, które przekonał do show przed publiką a teraz zabiera tam, gdzie jest mu najlepiej.
Do siebie.   Wstała i spokojnie udała się za kulisy poszukując go wzrokiem.
Jest! Stoi z delikatną, eteryczną blondynką i niechlujnym, ekscentrycznym chłopakiem. Widać, że trzymają się razem, stoją blisko siebie, klepią po ramionach, wymieniają uwagi.   -Przepraszam... - zagaiła grzecznie po angielsku. Odwrócili się wszyscy w tym samym czasie, ale była na to przygotowana i patrzyła tylko na Filipa - Czy mogę pogratulować występu?
-Mnie? Ach... dziękuję - wydawał się autentycznie speszony. Kolega kopnął go mało dyskretnie w kostkę i zaszeleścił coś w ich języku - Bardzo mi miło, hm... nie pamiętam twojego?
-Grałam rano na kantele.
-No tak, nas rano jeszcze nie było. Kantele? Rzadki instrument.
-To prawda - przyznała - Jeszcze raz gratuluję i życzę miłego pobytu. Do widzenia.   Skinął jej głową i przez chwilę odprowadzał spojrzeniem, zanim wrócił do swoich znajomych.
Ona natomiast miała już wystarczającą ilość informacji.   Przez ten cały czas ani na moment nie wrócił na ziemię. Myślami był zupełnie gdzie indziej.
Bardzo ciekawy egzemplarz. Ale chyba zbyt odległy na jej możliwości. Po jakimś czasie wyleciał jej z pamięci.   Zobaczyła go ponownie dwa lata później i to tylko dlatego, że mignęła jej na scenie ta blondynka z którą wtedy był. Grała technicznie doskonale, było czego słuchać... Ruszyła za nią chcąc zobaczyć, czy i tym razem przyjechali we trójkę.
Tak, znowu byli razem, ale trafiła na moment, gdy akurat wychodzili. Przyśpieszyła kroku.   -Dzień dobry!   Blondynka i obdartus obrócili się natychmiast, Filip natomiast szedł dalej, jakby nigdy nic. Zareagowali przedziwnie. On zamachał rękami, ona pobiegła za nim z lekką paniką w oczach, zatrzymała go i wskazała na nią palcem.   -Dzień dobry - zagaił tymczasem obdarty kalekim angielskim - Co słychać?
-Chciałam tylko spytać, kiedy wasz kolega będzie mieć swój występ. Chętnie bym posłuchała.   Blondynka podeszła z chłopakiem dokładnie na te słowa i oblała się rumieńcem. On stał tylko i patrzył to na Akime, to na nią z pytającym wyrazem twarzy. Zapadła niezręczna cisza w którą wdarło się westchnienie Obdartego.   -To może ja powiem. Filip w tym roku nie gra.   Kiedy do chłopaka dotarło o czym mowa i powiązał wszystkie fakty straszliwie się skrzywił, ale szybko odzyskał rezon, odwrócił się gwałtownie i ruszył do wyjścia.   Zanim to zrobił zobaczyła co było powodem takiej a nie innej reakcji i ją zmroziło.
W uchu miał aparat słuchowy.   Odeszli a ona nagle zrozumiała, że być może trafiła właśnie na idealną osobę.
Zwłaszcza, że była już o całe dwa lata doświadczeń starsza.

rita

rita

 

Talenty Akime - prolog

Zapytana znienacka co mi się ostatnio marzy, musiałam przyznać z niejaką zgrozą, że są to wątki wkraczające w sadyzm, których nie umiem uzasadnić. Mam prawie pewność, że gdybym miała zrobić to samo na żywo, to nie miałabym śmiałości, jednak zawsze zostaje jedno słowo.   Prawie. Prawie nie mam.   Pozostając w strefie fantazji piszę sobie teraz do pliku (bo nie szuflady) o czymś zupełnie innym, ale w tej historii jest taki wątek, w którym mogę poszaleć ze wspomnianym tematem. Chciałam ten wątek wyjąć i rozsmakować się w jego obejrzeniu od strony osoby, której tam nie dałam za dużo głosu.
Musze jednak uprzedzić, że o ile nie przyciśnie mnie jakieś uczucie nieśmiałości, to może być brutalnie, nieprzyjemnie i nieadekwatnie dla wrażliwego czytelnika.   Poza tym jak to u mnie – będzie rozwlekle, więc kto ma ochotę na szybki numerek, ten może od razu sobie odpuścić.   I nie, na końcu nie wezmą ślubu.   A więc… wygląda to tak.
*
Ma na imię Akime i dziewiętnaście lat. Jest Japonką tak bardzo typową, jak to tylko możliwe. Ma proste włosy do ramion w kolorze głębokiej czerni. Trójkątną buzię i piwne oczy. Ceniąc w życiu maksymalny minimalizm i prostotę najczęściej nosi się bez ozdób, poza delikatną bransoletką na prawym nadgarstku i drobnymi kolczykami. Wyobrażając ją sobie musicie dodać te wszystkie geometryczne, kanciaste wręcz sukienki przed kolano w jej trzech ulubionych kolorach: bieli, turkusie i brązie. Na zmianę z tunikami i spodniami w podobnych odcieniach. Aż do znudzenia.   Nie wkładała w to wiele wysiłku, ale bardzo jej zależało, żeby wyglądać dość przeciętnie. Kierując się własną filozofią – jeśli chce się być autorem czyiś silnych przeżyć, samemu dobrze zostać jedynie tłem, na którym one powstają i nie wysuwać się na pierwszy plan, nie narzucać się.   A ma talent do fundowania silnych przeżyć. Jeden oficjalny i dwa mniej oficjalne. Ten pierwszy to jej przepiękna gra na kantele, co już wzbudza powszechne zainteresowanie. Raz, że mało kto widział i słyszał kantele a dwa, że nie jest to instrument typowy dla jej kraju i rówieśników. Dzięki uporowi, cichości i ciężkiej pracy wygrała sobie na nim roczne stypendium w Europie. Jak już pewnie część osób się domyśliła, na miejsce jego realizacji wybrała Polskę. Trochę z powodów finansowych, a trochę z pobudek osobistych, do których jeszcze dojdziemy.   Bowiem warto tu nadmienić o jej drugim talencie, jakim było wspomaganie narkotykami odlotu fundowanego swoim słuchaczom w zaciszu jej mieszkania w kraju kwitnącej wiśni. Na prywatne sesje zapraszała nielicznych i zawsze dobierała ich z należytą starannością, aby wszystko odbyło się cicho i bez rozgłosu. Czerpiąc przyjemność z bycia tłem ozdobiła te spotkania swoistymi ceremoniami, by zatracić w nich uczestników i pozostawić wrażenie czegoś innego, niż prostacki haj zapewniony nielegalnie przez uczennicę jednych z państwowych szkół muzycznych.   Ostatni jej talent był tym, po który sięgała od niedawna i najrzadziej. Długo poznając jego przyszłych użytkowników i sprawdzając, czy mogą nimi zostać. Czytając fachową literaturę chowaną dyskretnie pod poduszkę i wyciąganą wyłącznie przed snem, gdy nikt i nic nie rozproszy jej uwagi, zapoznawała się z tym, jak operować nim tak, aby wszystko wyszło jak należy. By każda osoba, która go doświadczy czuła na początku ciekawość, później pragnienie a następnie niepohamowaną ochotę poddania się mu z pełną ufnością, że po tym, co nastąpi, nie będą żałować konsekwencji. Choć musieli mieć ich świadomość. No i że przeżyją.   Bowiem tlenty Akime prowadziły ścieżką od rozkoszy, przez odurzenie do takich granic cierpienia, za którymi wracało się do rozkoszy, tyle że innymi drzwiami…   ----   Z uwagi na ograniczoną możliwą ilość tekstu do dodania dalsze części są w odrębnych postach.   Część 1: https://www.cuckoldplace.pl/blog/99/entry-394-talenty-akime-cz1/
Część 2: https://www.cuckoldplace.pl/blog/99/entry-395-talenty-akime-cz2/
Część 3: https://www.cuckoldplace.pl/blog/99/entry-396-talenty-akime-cz3/
Część 4: https://www.cuckoldplace.pl/blog/99/entry-399-talenty-akime-cz4/
Część 5: https://www.cuckoldplace.pl/blog/99/entry-402-talenty-akime-cz5/
Część 6: https://www.cuckoldplace.pl/blog/99/entry-405-talenty-akime-cz6/
Część 7: https://www.cuckoldplace.pl/blog/99/entry-406-talenty-akime-cz7/
Część 8: https://www.cuckoldplace.pl/blog/99/entry-411-talenty-akime-cz8-przedostatnia/
Część 9: https://www.cuckoldplace.pl/blog/99/entry-413-talenty-akime-cz9-ostatnia/

rita

rita

 

Maki c.d

[bo "wpisana treść jest zbyt długa" i nie mogę wszystkiego dodać w jednym wpisie]   -Lubicie się z Kaśką? - pyta od niechcenia siadając obok. Wzdycham dyskretnie. Jestem już trochę zmęczona tą atmosferą wokół mojej koleżanki.
-A jeśli tak? - odburkuje chociaż miałam powiedzieć coś bardziej neutralnego. Nie mam ochoty na tę rozmowę.
-Bo nie wiem czy wiesz... - zaczyna.
-...że ją wyrzucili z poprzedniej pracy, że się pokłóciła z córką gospodarzy, że jest kosmitą. Słyszałam - przerywam zjadliwie nie poznając sama siebie. Do tej pory nie miałam odwagi nikomu tak złośliwie odszczeknąć, ale na Żanecie nie robi to wrażenia.
-...że jest lesbą - kończy z satysfakcją.   Patrzę na nią bez zrozumienia.   -Kim?   Leżę i nie mogę zasnąć. Słyszę spokojne oddechy innych osób śpiących w tym samym pokoju.
Zaraz będzie jasno. Pójdę w pole zupełnie nieprzytomna.
Przekręcam się po raz kolejny i patrzę w okno.   "Kim?".   No to mi wyjaśniła.   Za szybą przeleciał szybko jakiś ptak. Kołdra grzeje odrobinę za mocno. Wysuwam stopy na zewnątrz.   Nigdy w ten sposób nie myślałam…   Dzielimy pokój w kilka osób. Potem pomoc w domu. Szkoła. Dom. Szkoła. Pole. Dom.   W zasadzie ostatni raz byłam tu sama, kiedy chorowałam. Leżałam wtedy kilka dni w domu. Było dziwnie. Do popołudnia pusto. Tyle przestrzeni tylko dla siebie.   Ale w zasadzie większość czasu przespałam i przekaszlałam.   Nie mam kiedy tak po prostu położyć się, popatrzeć w sufit, pomyśleć.. pomyśleć…   Myśli mnie przytłoczyły.   -Jak “z inną dziewczyną”?! Przecież tak się nie da, nie… - na pewno rumieńce wypalały mi twarz. Rzuciłam co miałam w rękach i wyszłam na zewnątrz. Odetchnęłam głęboko i zapatrzyłam w dal.
-Lepiej żebyś wiedziała, bo ludzie już gadają - życzliwa koleżanka minęła mnie z głupim uśmieszkiem na twarzy i poszła zanieść gdzieś dwa wiadra.
-A ty co tak stoisz? Skończyłaś już? - gospodarz wyjrzał podejrzliwie z okna domu, więc wróciłam do pracy i już nie miałam chwili, by zatrzymać się i pomyśleć.   Teraz mam go aż nadto. I widzę. Ile razy zamknę oczy i zaczynam zasypiać, tyle razy widzę błękitne niebo a pod plecami czuję jej delikatne dłonie.   “Rozluźnij się, to będziesz pływać”.   Wzdrygam się i budzę.   Jest już widno.   ---   Patrzy na mnie długo i uważnie a ja się aż kulę pod tym spojrzeniem.   -Coś ty robiła w nocy? - pyta zdumiona - Masz takie wory, jakbyś nie spała ani godziny.
-Mhm - odmrukuję i pochylam się nisko nad grządkami. Nie daje się spławić i zaraz widzę jej trampki. Kuca naprzeciw i pomaga wyrywać chwasty.
-Serio pytam. Coś się stało?
-Nie, po prostu się nie wyspałam.   Był to doskonały argument, żeby nie rozmawiać ani wtedy, ani podczas przerw ani kiedy wracałam. Widziałam że z godziny na godzinę jej brwi idą coraz wyżej, ale nie skomentowała mojego zachowania. Po kilku próbach zaprzestała zagadywania i tylko pożegnałyśmy się zdawkowo przy rozwidleniu.   Odstawiłam rower i zawahałam się przed drzwiami.
Potrzebowałam jeszcze chwili.   Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam prosto przed siebie. Trampki zapadały się w wilgotną ziemię. Chustka rozplotła się, złapałam ją w locie. Warkocz uderzał mi o plecy. Koszulka na ramiączkach zaczęła być mokra od potu.
Wreszcie stanęłam, oparłam się rękami o kolana i dysząc zapatrzyłam w pustą przestrzeń przed sobą. Stałam tak może dziesięć minut łapiąc oddech. Wreszcie wytarłam czoło chustką, odwróciłam się i spokojnie wróciłam do domu.   -Gdzie byłaś? - matka zatrzymała mnie wychodząc akurat na zewnątrz.
-Byłam się jeszcze przebiec.
-Te młode to jednak mają siłę - pokręciła z niedowierzaniem głową - Ziemniaki masz na piecu.   Ale niczego nie zjadłam. Przemyłam się nad kranem i padłam na wersalkę nakrywając kołdrą.
Bieg nie pomógł.   Znowu ledwie zamknęłam oczy widziałam jak wyciera dłonie w smukłe, opalone uda. Jak bezmyślnie kręci pasmem włosów przy twarzy. Jak porusza ustami coś sobie nucąc pod nosem tak cicho, że nie słyszę melodii.   Narzuciłam poduszkę na głowę.   ----
Obudziłam się i automatycznie ruszyłam do pracy. Ze spokojem przywitałam się z Kaśką i rozmawiałam, jak gdyby nigdy nic. Dzieliłyśmy się gumami do żucia, podpijałysmy herbaty z termosu i nawzajem odprowadzałyśmy do domów nadkładając drogi.   Odliczałam dni do końca wakacji.   -I co? Od września ty do szkoły, ja do szkoły… już nie będzie z kim śmiać się z gospodarza - rzuciła niedawno pół żartem, pół serio wywalając język i znacząco wskazując nosem na rzeczonego, który patrzył na nogi jednej z dziewczyn.   Automatycznie śmiałam się i kiwałam głową.   Odliczałam godziny.   Pędziłam do domu i wskakiwałam od razu pod zimną wodę. Zawijałam szczelnie w kołdrę i zaciskałam dłonie.
Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.   Odkąd się dowiedziałam ta myśl uporczywie krążyła mi po głowie.   “Jak to z dziewczyną?”.   Jej dłonie przesuwające się po moim ramieniu.
Oddech muskający szyję.
Cichy śmiech z na wpół uchylonych ust.   Przecież nigdy niczego mi nie zasugerowała. Niczego. Nigdy nawet mnie nie dotknęła.   ...a może to wszystko to tylko kłamstwa?   Nawet jeśli, to myśl już była w mojej głowie i nie chciała jej opuścić.   -Udusisz się pod tą poduszką - skomentowała siostra i zgasiła światło.   W ciemności widzę słońce grzejące skórę Kaśki.   ---   Ostatni dzień.
Żniwa.   Siedzimy i patrzymy, jak chłopaki zawijają snopki. Ramię w ramię żujemy słomki ze słomy i odpoczywamy. Wokół panuje atmosfera błogiego lenistwa. Każdy już kalkuluje, co zrobi z wypłatą.   -Moja torba będzie ze skóry.
-A moja ze sztruksu.
-Gdzie taką widziałaś?
-Na rynku.
-Nie gadaj...ja szukałam i nic.
-A bo to trzeba wiedzieć do kogo iść - przebieram palcami po trawie.
-Pokażesz mi?
-Mogę.   Patrzy na mnie pierwszy raz od rana. Wypluwa słomkę.   -Będziemy się widzieć po wakacjach?
-Jak będzie czas...czemu nie?
-Bo od pewnego czasu mam wrażenie, że czekasz tylko, żeby roboty się skończyły a nasze drogi rozeszły.   Zatkało mnie. Nie zdążyłam nawet udać, że tak nie było. Jej spojrzenie jest uważne i trochę smutne, ale nie mówi nic. Czeka na moją reakcję.   -To nie tak…
-A jak? - opuszcza powieki i szarpie nitkę wystającą ze spodenek.   Nie wiem co mam powiedzieć. Że od długiego czasu widzę, jak inni nam się przyglądają i już wiem czemu? Że co noc robię co mogę, żeby zasnąć spokojnie nie myśląc o niej? Że odkąd ktoś zapalił mi w głowie myśl, że ona mogłaby...mogłaby...że inni myślą, że robiła ze mną...że…   Spuszcza głowę i trąca palcem grudkę ziemi.   -Ktoś ci pewnie powiedział, co inni mówią?   Popatrzyłam na nią i przygryzłam wargę. Więcej nie było jej trzeba. Wstała, otrzepała siedzenie.   -Wystarczyło się spytać mnie a nie innych - powiedziała z żalem i odprowadzana ciekawskimi spojrzeniami powędrowała między snopki.   Spojrzenia przesunęły się teraz na mnie.
Co zrobisz?
No co?
Umil nam jakoś to popołudnie…   Zacisnęłam pięść.
Nie doczekacie się przedstawienia.   Siedziałam dalej nieruchomo, aż się znudzili i wrócili do swoich spraw. Kaśka zniknęła. Powoli każdy zbierał się i szedł zobaczyć, co jest jeszcze do skończenia. Wypłaty miały być za trzy godziny.
Gospodarz oparł się o drzwi i w zamyśleniu pił herbatę. Podeszłam do niego.   -Przepraszam, źle się czujemy z Kaśką. Chyba się czymś zatrułyśmy.
-No widzę że poszła i nie wraca. Nie podobne to do niej.
-No poszła...wie pan… - przerywałam znacząco aż sobie dopowiedział resztę.
-Ach no tak, tak.. a to zaraźliwe jest? - popatrzył nagle na mnie z grozą w oczach.
-Nie wiem.
-To może skończcie wcześniej, co? Przyjdziecie jutro po pieniądze? Albo - zawahał się - Jak się poczujecie lepiej?
-Dziękuję - rzuciłam i starałam się nie biec tylko wlec niemrawo, jak na chorą przystało.   Kierowałam się w stronę snopków.   ---   Ciche pociąganie nosem zdradziło jej kryjówkę, chociaż wydeptana w zbożu droga była aż nadto jasną wskazówką.   Siedziała z podwiniętymi nogami łamiąc w palcach źdźbło. Na mój widok podniosła tylko na moment załzawione oczy i zaraz znowu spuściła głowę.   -Kaśka…   Nie zareagowała. Usiadłam obok. Odsunęła się.   -Kaśka, przepraszam.   Patrzy w bok i nie reaguje.   -Nie unikam cię dlatego, że ktoś mi nagadał głupot na twój temat.   Wreszcie mam jej uwagę. Patrzy na mnie i uśmiecha krzywo.   -A dlaczego?   I na to pytanie nie mogę jej odpowiedzieć. Teraz to ja patrzę na swoje kolana i milczę. Słyszę, jak zaczyna oddychać coraz spokojniej i spokojniej aż wreszcie upuszcza źdźbło.   -Tamta dziewczyna - zaczyna - Od pierwszego dnia zaczęła mnie zagadywać. Była bardzo miła. Spędzałyśmy razem dużo czasu. Nie kończyłyśmy nawet pracy tylko od razu szłam do niej albo ona do mnie. Mogłyśmy, bo była córką gospodarza, pozwalał jej na dużo a jak się dało pracować mniej a dostawać tyle samo, to wiesz - przerwała i pierwszy raz się uśmiechnęła.   -Rozmawiałyśmy dużo o książkach - kontynuowała - Lubi literaturę. Pożyczała mi je, ale nie miałam czasu czytać, prosiłam, żeby je streszczała. Siedziałyśmy czasem do późna na jej ganku i słuchałam tych wszystkich niesamowitych historii. Pod schodami była maciejka. Do tej pory jak czuję maciejkę, to robi mi się...niedobrze.   Parsknęłam.   -Któregoś wieczoru opowiadała mi na tych schodach jakieś love story, jakieś gwiazdy na niebie, jakieś słowiki tam były, straszny harlekin - westchnęła - I nagle ni z tego ni z owego mnie pocałowała. Nie wiedziałam, jak mam zareagować, więc ją odepchnęłam. A ona się wściekła.
-A czego się spodziewała? To chyba normalne.   Nic nie odpowiedziała, tylko przygryzła wargę i znowu podjęła pastwienie się nad zbożem. Wtedy do mnie dotarł sens tego, czego NIE mówiła.   -Och..   Nic mądrego nie przychodziło mi do głowy. Cisza przedłużała się i już miałam wstać i zaproponować powrót, kiedy podjęła dalej temat.   -Nagadała swojemu ojcu, że widocznie coś jest ze mną nie tak. Tu biję chłopaka, tam ją uderzam… A ja jej nie uderzyłam - walnęła pięścią w ziemię - To jeszcze usłyszałam, że coś podejrzanie często muszę się bronić, bo ktoś się do mnie dobiera. A może tylko mnie się tak wydaje? - patrzy na mnie - A może sama tego chciałam? Nie zdążyłam się nawet wytłumaczyć, wyrzucili mnie a ona miała z głowy problem, że znowu na mnie wpadnie.   Zanim pomyślę co robię obejmuję ją i przytulam do siebie. Na chwilę sztywnieje a potem czuję, jak okręcają mnie jej ciepłe ramiona. Serce wali mi tak głośno, jakby było na zewnątrz. Myśli pędzą jak szalone.   -A chciałaś? - pytam tak cicho, że nie ma prawa tego słyszeć.   A jednak słyszy.   -Na pewno nie z nią - odpowiada tak samo cicho.   I tak trwamy a każda sekunda napełnia mnie w tym samym stopniu radością i grozą.
Co ja robię?!
Co my robimy?!
Niech to trwa.
Ale co?
Ona też tego chce, ona też tego chce.
Ale co?!   Przesuwa mi palcem po łopatce.   -Justyś…   Pierwszy raz zdrobniła moje imię. Mam wrażenie, jakbym nagle miała w ustach czekoladę, robi mi się tak słodko.   -Justyś...co my w zasadzie robimy?   Pytanie uderza mnie i w jednej chwili gasi wszystko. Odsuwam się, podrywam i chcę odejść żeby nie widziała, jak palę się ze wstydu, ale w tej chwili łapie mnie za biodra i zdecydowanie ściąga na ziemię.   -Siadaj wariatko, przecież nie mówię, że... - śmieje się, ale przerywa i płoszy. Powoli patrzę w dół.   Trzyma mnie za ręce.   Podąża za moim wzrokiem i patrzy, jakby te opalone palce nie należały do niej. Zaskoczona, ale nie puszcza. Delikatnie zaciska je, jakby sprawdzała, czy są realne.   Są. Bardzo.   Niepewnie oddaję ten dotyk. Odpowiada gładząc palcem niewielkie zadrapanie na moim kciuku. Przechodzi mnie dreszcz. Przesuwam kolano trochę bliżej jej kolana. Nie wierzę, że stykam swoją skórę z jej.   -Nie wiem - mówię szybko.
-Ja też nie - odpowiada tak samo.   Bo to prawda. Mam wrażenie, że dostałam piękny prezent i nie wiem, co z nim zrobić. Boję się go dotknać, żeby przypadkiem niczego nie uszkodzić a jednocześnie nie mogę się oprzeć, żeby tego nie robić. Kaśka opuszcza nasze złączone dłonie na swoje kolana. Jak we śnie przesuwam dłonią po tych pięknych, opalonych na bursztynowo, gładkich udach i wzdycham. Ale i ona wzdycha powoli, z zadowoleniem. Zmrużyła powieki. Nie ucieka. Nie odpycha.   Niepewnie przesuwam rękoma po jej biodrach i talii w górę. Chciałabym dotykać jej całej tak, jak nikt jej nie dotyka. Poznać każde miejsce, które było do teraz tylko jej.   I przerażona tą myślą zwijam dłonie w kulkę. Ona nie wie czemu. Robi śmieszną minę zwijając usta w podkówkę. Śmieję się, ale niepewnie. Wzdycha i patrzy w niebo.   -Naprawdę nie wiem co robię.   A potem pochyla się i całuje mnie w usta.   Jej wargi są ciepłe. Miękkie. Słodkie od pitej wcześniej herbaty.   Nie uciekam.   Wszystko wydaje mi się być wlaściwe, naturalne i na miejscu.   Właśnie tak ma być.   Dygotamy obie padając na ziemię.   Nie mam pojęcia skąd wiem, co robić. Po prostu jej odpowiadam. Nasze nogi splatają się ze sobą. Ciała przywierają do siebie.   Dookoła pachnie rozgrzaną ziemią.   Przeturlała się na plecy i leżę teraz na niej patrząc w jej śmiejące się oczy. Palcami przejeżdżam po delikatnej skórze jej twarzy licząc ile może mieć piegów.   -Milion sto dziewięćset.
-Co proszę? - śmieje się.
-Tyle masz piegów.
-Piegi mi wypominasz?
-Uwielbiam je na tobie.
-Ja uwielbiam cię w ogóle - mówi cicho i przyciąga znowu do siebie.   Nieznane ciepło rozpływa się po mnie i kumuluje w brzuchu, jakby nie było dostatecznie gorąco od prażącego słońca.   -Powinnyśmy wracać - mówi.
-Nie musimy.
-Jak to?   Wzruszyłam ramionami.   -Teraz wyjdzie, że znowu poznałaś kogoś, kto ma wtyki u gospodarza. Mamy wolne.   Mruga zaskoczona.   -Do kiedy?
-W sumie...przez resztę dnia?   Z siłą jakiej się po niej nie spodziewałam siada jednocześnie sadzając i mnie. Wstaje i wyciąga rękę.   -W takim razie chodź szybko, zanim zacznę myśleć.
-O czym?
-O wszystkim - odkrzykuje, ciągnąc mnie za sobą.   ----   Woda w jeziorze jest przyjemnie chłodna.
Stoimy w niej po pas podziwiając rodzinę łabędzi płynącą po drugiej stronie.
Na plaży nie ma nikogo.   -Pięknie tutaj - komentuję. Nie znałam tego miejsca wcześniej.
-Tak - kiwa głową i chwyta mnie za rękę. Odpowiadam jej uściskiem. Przytula do siebie i znowu całujemy się jak szalone. Jej dłonie przesuwają się po moich plecach, zjeżdżają niżej, oplatają pośladki.
-Co robisz? - przestraszyłam się. Natychmiast podjechała rękami do góry.
-Przepraszam - zawstydziła się.   Ja w sumie też. Ale nie tego co zrobiła tylko tego, o czym pomyślałam.   Szorty opinały ją tak bardzo.   Podążyła za moim spojrzeniem i odsunęła się ode mnie. Już chciałam przeprosić, wyjaśnić...kiedy chwyciła za bluzkę i ściągnęła ją przez głowę a potem rzuciła na brzeg. Pod nią miała malinowy stanik opinający nieduże piersi. Potem sięgnęła do guzika spodenek i rozpięła go zsuwając mokry materiał z niemałym trudem przy okazji ściagając nieco białe figi, ale zaraz je poprawiła.
Szorty wylądowały na brzegu.   Kiedy znowu się przytuliła dygotałam. Może z zimna? Ale ogrzała mnie jej skóra pokryta gęsią skórką. Przez jej ramię widziałam dwa krągłe pośladki opięte mokrym, prześwitującym materiałem.   Nakierowała na nie moje dłonie. Nie wiedziałam, co z nimi zrobić. Czułam materiał, jędrną skórę, twardość mięśni. Woda falowała między naszymi udami łaskocząc je drobnymi falami.   Rozplotła mi włosy i przeczesała je palcami.   -Nie wiem co robić - przyznałam.
-Ani ja - rzuciła lekko - A co po prostu byś chciała?   Przez chwilę niemądrze otwierałam i zamykałam usta by w końcu przesunąć ręce na jej talię.   -Szkoda, mnie się to podobało - westchnęła.
-Wstydzę się.
-Ok, nie zmuszam.
-Nie nie...ja się wstydzę powiedzieć..co...czy… - plątałam się.
-A...tobie chodzi o to co mówiłam wcześniej?
-Tak.
-To...może nie mów? Po prostu pokaż?   Jeszcze gorzej...Z rozpaczą popatrzyłam na wodę..   -A możemy iść gdzieś, gdzie jest głębiej?
-Ok - powiedziała i wyswobodziła z moich rąk idąc przed siebie aż zanurzyła się po ramiona.   Podpłynęłam do niej i zapatrzyłam na światło odbijające się od wody, rzucające na jej twarz świetliste refleksy w których jej oczy zamieniły się w dwa drogocenne kamienie.
Pod wodą objęłam ją i obawiając się co zrobi rozpięłam jej stanik.
Nawet nie drgnęła.
Przerzuciłam go sobie przez zgięty łokieć, żeby nie zginął. Dopiero wtedy na nią popatrzyłam.
Uśmiechała się.
Wyciągnęłam wolną rękę i trafiłam na dekolt. Przesunęłam ją delikatnie w dół. Pod palcami poczułam dwie nieduże wypukłości ze sterczącymi od chłodu sutkami. Przejechałam po nich a ona wydała z siebie dziwny, zduszony odgłos..   -Nie ruszać? - zawahałam się.   W odpowiedzi chwyciła mnie za dłonie i położyła je zdecydowanie na obu piersiach.   -Nawet nie próbuj.   Gładziłam je więc delikatnie, ostrożnie. Były jak dwie miękkie poduszeczki. Wynurzyła rękę i pogłaskała mnie po twarzy. Przybliżyła i zaczęła całować. Znowu położyłam ręce na jej pośladkach.
Nie było na nich majtek.   -Kiedy je zdjęłaś?!   Rzuciła mi psotne spojrzenie.   -Pytanie kiedy ty coś zdejmiesz.
-A muszę? - spłoszyłam się.
-Nie. Ale szkoda.
-Czemu?   Wzruszyła ramionami.   -Zdejmij, to się dowiesz.   Rozejrzałam się wokół. Nadal nie było nikogo. Chwyciłam za bluzkę i utknęłam ściągając ją przez głowę. Pomogła mi wynurzając nieco. Dwie śliczne piersi zakołysały się na moment przed moimi oczami nad taflą wody, ale zaraz pod nią zniknęły.   -Widzisz? To niesprawiedliwe. Ty mnie widziałaś. Ja ciebie nie - wywaliła na mnie język ale i zarumieniła.
-Poczekaj.   Podeszłam bliżej brzegu i rzuciłam na niego nasze ubrania. Zanim zdążyłam się rozmyślić zdjęłam i dorzuciłam jeszcze szorty.   W samej bieliźnie wróciłam do Kaśki, która w tym czasie położyła się na plecach i dryfowała. Sutki jak dwie malinki pojawiły się nad powierzchnią podobnie jak leżący między jej nogami wzgórek pełen małych, kręconych włosów.
Trochę to było dla mnie za dużo. Odwróciłam wzrok i zapatrzyłam w las.   -Nie podobam ci się? - spytała cicho.
-Podobasz.
-Ale?
-Wstydzę się - mruknęłam.   Chlupnęło, woda zafalowała i poczułam, jak naga przytula się do moich pleców. Delikatnie rozpięła mi stanik i tak jak ja wcześniej przewiesiła go sobie przez łokieć. Potem poczułam jej dłonie na swoich biodrach. Zanurzyła się pod wodę i zdjęła ze mnie figi.   Niczego się nie bojąc wybiegła na brzeg i zostawiła tam moje rzeczy. Przez parę chwil widziałam ją całą, nagą, ze smagłą skórą błyszczącą od kropel w słońcu. Potem wbiegła znowu do wody i zanim się obejrzałam już była obok mnie i obejmowała ramionami. Poczułam, jak nasze piersi przytulają się do siebie a biodra zderzają ze sobą. Zakręciło mi się w głowie. Chwyciłam ją i całowałam pozwalając sobie dotykać jej całego ciała. Kiedy i jej ręce zaczęły delikatnie masować mi piersi zrozumiałam, dlaczego tak przy tym wzdychała.   -Podobają mi się - powiedziała z pełnym przekonaniem.
-Twoje są fajniejsze.
-Obie jesteśmy piękne - potarła nosem o mój nos i roześmiałyśmy się w tym samym czasie.   A potem śmiech zamarł mi na ustach.   Na brzegu stała starsza kobieta i jakiś mężczyzna. Patrzyli na nas z takim obrzydzeniem na twarzy, że całe piękno i radość jakie dopiero czułyśmy uleciały w jednej chwili.   ---   To było dziesięć lat temu.   Co stało się potem?   Najpierw z piskiem zanurzyłyśmy się w wodzie a potem zostałyśmy wywołane na brzeg i potraktowane serią słów.
Słów oburzonych.
Słów zgorszonych.
Słów, które trafiły prosto do naszych rodziców.   Więcej już jej nie zobaczyłam.   Tych miesięcy, jakie nastały w domu nie chcę i nie lubię wspominać.   W szkole plotki rozeszły się już pierwszego dnia. Nie miałam życia do samej matury.   Z pozycji spokojnej, nie zapadającej nikomu w pamięć uczennicy stałam się ofiarnym kozłem, wytykaną na korytarzu lesbą, odrzutkiem.   Nie potrafiłam z nikim nawiązać przyjaźni. Dziewczyny mnie unikały dla zasady. Chłopaki natomiast…   Nie interesowali mnie wcześniej a teraz tym bardziej. Kaśka pokazała mi wyraźnie, w którą stronę kieruję wzrok, myśli i pragnienia.   Nie oznacza to, że nie próbowałam. Żałosne spotkania kończące się niemrawym całowaniem po którym w domu szorowałam długi czas zęby szybko się urwały. Chyba żeby doliczyć tych kilku pajaców, którzy wzięli sobie za cel mnie “odlesbić”.   Później poszłam na studia. Zgodne z wcześniejszym profilem. Oczywiście biol-chemicznym.   Wybrałam miasto leżące jak najdalej od mojej wsi. Kosztowało mnie to przeprowadzkę, dużo nerwów, ciułania grosza do grosza,aby starczyło na własny pokój ale opłaciło się.   Miałam święty spokój.   Wychodziłam ze znajomymi do kawiarni i bywałam w klubach. Spotykałyśmy się w parkach i na imprezach. Bawiłam się znakomicie i absolutnie nikomu nie robiłam żadnych nadziei ani aluzji, że zamierzam wchodzić w jakikolwiek związek.   Ona nadal śniła mi się po nocach. Moje niespełnione, wakacyjne zauroczenie.
Ale była coraz mniej realna. Coraz bardziej stawała się odległym momentem w moim życiu coraz mniej związanym z tym, kim byłam teraz.   Potem poznałam Maćka. Skromnego chłopaka po ekonomii. Nie narzucającego się, przyjaznego, troskliwego i absolutnie aseksualnego.
Dobrze nam się rozmawiało. Jemu to wystarczyło, by po dwóch latach znajomości zabrać mnie nieoczekiwanie do restauracji a tam, jeszcze bardziej nieoczekiwanie, oświadczyć się.   Miałam dwadzieścia cztery lata, dyplom w kieszeni i wśród rodziny opinię zatwardziałej starej panny. A także kompletnie obojętny stosunek do związków w tej czy innej formie.
Także małżeństwo, impreza, wspólne mieszkanie...czemu nie? Lubiłam go.   Tyle że po hucznym ślubie i pół roku względnego spokoju zaczął przebąkiwać coś o dzieciach a co za tym idzie…
Żadne z nas nie wiedziało jak się do tego zabrać. Ja nie chciałam poruszać tematu, on ile razy próbował, tyle razy zaczynał jąkać, zamykać się w sobie i uciekać. Wreszcie poszedł do lekarza.   Nie wiem co tamten mu nagadał, ale nie było go dość długo. Wrócił dziwnie milczący, zjadł kolację, wyspał się, poszedł do pracy, wrócił z bukietem róż i szampanem a potem zaniósł mnie do łóżka i odbębnił zaległą noc poślubną.
Można powiedzieć, że to było ciekawe o tyle, że po raz pierwszy się z kimś przespałam. I to nie z byle kim a własnym mężem. Jeśli przespanie się można opisać jako leżenie i czekanie, aż skończy mnie dotykać w róznych miejscach a potem robić swoje.   Nie czułam nic.   Tak wyglądała ta i kilka kolejnych nocy.   Efekt był taki, że po dwóch miesiącach zaszłam w pierwszą a po dwóch latach w drugą ciążę. Następnie spakowałam rzeczy z naszego pokoju i przeniosłam się spać do gościnnego zamykając go na noc i argumentując, że skoro są już dzieci to nie czuję żadnej potrzeby kolejnych “łóżkowych spraw”.
Odtąd mijaliśmy się we wspólnym domu jak rodzeństwo. Czasami znikał na całe popołudnia. Nie pytałam gdzie i z kim. Ważne, że wracał, przynosił wypłatę, kochał naszych synów i szanował ich matkę.   ----   Zaproszenie na ślub kuzynki nie było dla mnie zaskoczeniem. Od kilku lat miała tego samego chłopaka, jakiś czas temu się zaręczyli także była to naturalna kolej rzeczy. Kupiliśmy komplet garnków i bukiet kwiatów, ubraliśmy odświętnie i stawiliśmy na miejscu kilkanaście minut przed rozpoczęciem mszy.   Rozglądałam się po kościele. Był położony w rodzinnej miejscowości Kaśki. Stary i dostojny budził należyty respekt.
Goście schodzili się pośpiesznie siadając w ławach. Moja rodzina i rodzina panny młodej wymieniali grzecznościowe zdania. Wokół ołtarza kręciła się zakonnica. Zapaliła świece, przeżegnała dwa razy i ruszyła do wyjścia.   Rzuciłam na nią okiem, kiedy mijała naszą ławę i aż złapałam się za oparcie. Zanim zniknęła zdążyłam szybko odwrócić się i upewnić.
Tak, miałam rację.
Te oczy poznałabym wszędzie...

rita

rita

 

Maki

Kiedy otwieram oczy, jest jeszcze ciemnawo. Zaraz obok tapczanu mam okno, za którym rośnie dorodny krzak bukszpanu dlatego widzę, że słońce powoli rozjaśnia niebo. Musi być więc trzecia…no może trzecia trzydzieści.   W każdym razie pora wstawać.   Zanim dopadną mnie czarne myśli o tym, że mogłabym przecież pospać jeszcze do siódmej, odsuwam na bok kołdrę i po cichu wychodzę do łazienki.   W domu jest jeszcze pięć osób, ale wstałam pierwsza. Zapalam światło i machinalnie sięgam po szczotkę. Włosy zaplotłam w warkocz więc nie mam teraz dużo czesania. Kubek z kompletem szczoteczek, znajduję swoją. Uniwersalna pasta do zębów. Wyciskam odrobinę.
Szoruję zęby długo i dokładnie. Raz jeden byłam u dentysty i nie chciałabym tam wrócić ponownie. Nie tylko dlatego, że borowanie nie jest przyjemne ale też dlatego, że kosztuje tyle, co dwie nowe książki do szkoły.   Nalewam trochę wody do kubka, płuczę usta. Dokonuję jeszcze kilku ablucji i wracam do sypialni. Na krześle wiszą przygotowane wczoraj ubrania, dzięki temu oszczędzam czas. Mam na dzisiaj błękitną bluzkę, brązowe, znoszone szorty i stare tenisówki. Do tego chustka na włosy, które na nowo zaplotłam w warkocz.   Idę do kuchni, nastawiam wodę. Kroję chleb, smaruję masłem. Na talerzu układam przygotowane wczoraj kawałki sera i wędliny. Zostały tylko dwa pomidory. Kroję je cienko. Czajnik gwiżdże, ściągam go z ognia.   Dopiero wtedy idę budzić starszą siostrę. Wzdycha głęboko i ma taką samą minę, jak jeszcze pół godziny temu ja sama, ale dzielnie wstaje z łóżka. Kiedy korzysta z łazienki pukam do pokoju rodziców.   -Już?
-Już, wstawajcie.   Słońce wzeszło i przebija się przez firanki. Siadamy do stołu. Brakuje tylko młodszych braci. Za kolejne pół godziny przyjdzie do nich babcia. Jem kanapki, popijam herbatą ale cały czas rzucam okiem na zegar. Muszę jeszcze przygotować sobie drugie śniadanie, zostawić bańki na obiad…   -Dużo macie dzisiaj pracy? – pyta ojciec.
-Tyle co wczoraj, pewnie wrócę późno.
-A jak u was? – to mama.
-Do południa spokojnie, ale potem ludzie schodzą z pola to sam wiesz co się dzieje. Wieczorem przychodzą pić piwo. Nic nowego.   Siostra pracuje od dwóch lat w sklepie spożywczym. Niewiele się tam dzieje ale to miłe, że pytają.
Wstaję i sprzątam ze stołu. Robię sobie kanapki i pakuje w papier. Lądują obok sakiewki z drobnymi i butelką wody w plecaku.   Wychodzę. W nocy musiało popadać, powietrze jest rześkie. Wsiadam na rower.   Od trzech tygodni pracuję w dużym gospodarstwie. Zbiory są przez całe wakacje, pracy zawsze dużo. Chciałam zarobić na nowe rzeczy do szkoły, żeby nie donaszać wszystkiego po siostrze. Rodzicom też przydałaby się pomoc. Pracują wcale nie mniej niż ja a trzeba jeszcze ogarnąć dom, braci…
Parkuję obok innych rowerów, plecak zostawiam w baraku dla zatrudnionych. Jest zawalony rzeczami.
Idąc w kierunku pola mrużę oczy. Znowu zanosi się na upał. Inni już tu są, razem trzydzieści osób. Stoją, plotkują. Niektórzy piją herbatę z termosu. Za kilka minut przyjdzie gospodarz i przydzieli nam zadania.
Opieram się o drzewo i wpatruję w horyzont. Obok mnie rozmawiają dwie dziewczyny.   -Nie znam jej.
-Ja też nie.
-Dzisiaj przyszła?
-No dzisiaj, pierwsza była, chyba za wcześnie przyjechała.
-Albo nadgorliwa.
-Wygląda ci na taką?   Śmieją się a ja rozglądam. Mamy kogoś nowego w grupie?   I wtedy ją widzę. Stoi sama obok szopy na narzędzia. Zwracam uwagę na to, że tylko ja i ona mamy chustki na głowach. Inne dziewczyny nosiły modne kapelusiki. Sprane spodenki, znoszone trampki. Zielona koszulka na ramiączkach z pojedynczym kwiatkiem. Dwa warkocze z wymykającymi się włosami.
Szeroki uśmiech skierowany w moją stronę.   Macham do niej, odmachuje. Chyba jesteśmy w podobnym wieku. Co mnie nie dziwi. Płaca jest minimalna. W większości pracują tu uczniowie z lokalnej szkoły oraz emeryci chcący sobie dorobić.   -Kto to? - zagajam.
-Nowa.
-Ktoś zrezygnował?
-Maciek. Znalazł coś lepszego.
-Aha.   Nie lubiłam z nimi rozmawiać. Niby nie miałam czego im zarzucić. Zawsze były dla mnie uprzejme. Ale były dwie rzeczy. Po pierwsze nie przepadałam za osobami, które lubią w wolnym czasie rozmawiać o życiu innych osób. Drugie wiązało się z pierwszym. One sobie dorabiały.
Ja tak naprawdę zarabiałam.   One nie musiały zastanawiać się, czy za miesiąc będą jeść normalnie czy przez dłuższy czas chleb z masłem i solą, bo na nic innego nie starczy pieniędzy, bo trzeba mi zorganizować wyprawkę do liceum. Miały własne pokoje, ciepłe domy, dobre warunki do życia.   Nie mogłam tego powiedzieć o naszej rodzinie. Jednak na samą myśl o tym, że mogłabym o niej powiedzieć coś złego zawstydziłam się i spuściłam głowę.   -Witam wszystkich! Młodzi dzisiaj do ziemniaków a resztę zapraszam za sobą na gospodarkę.   Wokół usłyszałam stłumione jęki chociaż nie wiem, czego się spodziewali. Młody wiele wytrzyma, można go wyrzucić na słońce na cały dzień. A takiej pani Helenki to już szkoda. Ma prawie siedemdziesiąt lat i mimo, że siły więcej, niż niejeden pracujący z nami chłopak, to mimo wszystko lepiej dać ją pod dach, żeby zajęła się zwierzętami.   Bez słowa chwyciłam motyczkę i podeszłam po swój koszyk.   Gdy pracujesz w polu na początku jest najgorzej. Ale jak już minie pół godziny, to wpadasz jakby w trans. Pracujesz do miejsca do miejsca. Od kopczyka do kopczyka. Od zakrętu do zakrętu. Obok ciebie przechodzą inne osoby, słyszysz stłumione rozmowy. Kiedy przejeżdża jakiś samochód albo przelatuje bocian, każdy odrywa się na moment by popatrzeć na coś, co przełamuje monotonię krajobrazu. Ja zawsze najdłużej patrzę za samochodami. Ktoś jedzie sobie z punktu a do punktu b i mija nas rzucając ledwie okiem. Ot zbiory, wieś, ludzie w polu. Nie poświęca nam więcej uwagi, niż tych kilka sekund.
Nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo istotnym elementem naszej pracy właśnie się stał.   Wiatr w uszach, suchy dźwięk usypującej się ziemi. Stukot motyczek.   -Cześć!   Ścieram pot z czoła i zwracam się w kierunku głosu. To ta nowa. Uwija się na swojej grządce a jednocześnie obraca w moją stronę i macha sympatycznie ręką.   -Kaśka.
-Proszę? – mrugam zaskoczona.
-Mam na imię Kaśka. A ty?
-Justyna – mamroczę i wbijam wzrok w tenisówki.
-I znowu na mój widok patrzysz w ziemię. Coś się stało?
-Znowu? – zaskoczona przystaję i opieram się o motyczkę.
-Dzisiaj rano patrzyłaś na mnie i nagle zrobiłaś taką minę..-milknie, szukając słowa, ale nie znajduje, wzrusza ramionami – Myślałam, że coś się stało.
-Ach nie, nie – wreszcie dociera do mnie co zaszło – Nie, ja tylko coś sobie pomyślałam. Ale nie o tobie – uprzedzam.
-Jeśli tak to w porządku.   Pracujemy przez dłuższą chwilę w milczeniu. Czuję się jednak zobligowana pociągnąć tę rozmowę.   -Jesteś od dzisiaj? – pytam z grzeczności.
-Tak, wyrzucili mnie z poprzedniej pracy – mówi spokojnie i zaskakuje mnie drugi raz w ciągu kilku minut.
-Wyrzucili? – nie zdążyłam ugryźć się w język. Po co dręczyć człowieka pytaniami po takim zdarzeniu?
-Tak. Zaraz i tak rozejdzie się to po ludziach, to równie dobrze mogę powiedzieć ci od razu – odpowiada – Pokłóciłam się z córką gospodarza i przestałam być mile widziana. Ale domu nikomu nie spaliłam – rzuca niby lekko i uśmiecha się przy tym jednak czuję, że to dla niej trudny temat.
-I tak od rana chodzisz i czekasz, kiedy ktoś o to spyta? – domyślam się.
-Nie muszę czekać. Widziałam już, że ludzie gadają. Zawsze to robią.   Kiwam głową. Pracujemy w milczeniu aż do drugiego śniadania. Kiedy schodzę z pola odwracam się za nią i macham ręką.   -Może usiądziesz ze mną?
-Mogę. Jak to tu wygląda z przerwami? – przerzuca motyczkę przez ramię i rusza raźno za mną. Ma sprężysty krok, jakby praca nie zrobiła na niej wrażenia. Nie można tego powiedzieć o mnie. Bolą mnie nogi i łupie w krzyżu, ale staram się tego nie okazywać.
Siadamy pod jednym z drzew. Wyciągając kanapki tłumaczę jej zawiłości przerw – kto gdzie siada, co się utarło, czego oficjalnie nie wolno a co ludzie i tak robią. Porównujemy zawartość naszych pudełek. U niej ser i szynka, u mnie twaróg i pomidor.   -W tym upale to ryzykowne – kwituje.   Nie mówię nic, tylko wgryzam się i przeżuwając rozglądam dookoła. Nie musi wiedzieć, że nie miałam innych opcji. Może dzisiaj mama kupi coś wracając z pracy. A może i nie.
Tak jak myślałam ludzie zerkają w naszą stronę i wymieniają się uwagami.   -Szeptuszept – mruga do mnie – Zauważyłaś, że tylko my mamy chustki?
-Od razu – uśmiecham się niepewnie.
-To tak z przekonań czy też nie masz nic innego na głowę?
-W sumie nie mam nic innego.   Aż dziwne, że mówię to tak lekko. Zwykle za takimi informacjami idzie palący wstyd i poczucie winy. Tyle że obie mamy równie zniszczone buty. Tak samo sprawne koszulki. No i każda z nas chowa włosy pod chustką.   -Jeszcze pięć minut i od nowa. I tak do nocy – wzdycha.
-Co poradzisz.
-Odliczam. Do sześćdziesięciu, potem minuty, kwadranse, półgodziny. I tak leci. A ty?
-Czasem tak samo. Ale zwykle skupiam się na waleniu motyczką.   Śmieje się i podnosi z ziemi otrzepując pośladki z trawy.   -Będę pamiętać patrząc na twoją skupioną minę.
-Mam skupioną minę?!   Ale ona już idzie przed siebie tym pewnym siebie krokiem.   --   Na przerwie obiadowej usiadłyśmy automatycznie obok siebie. Byłam ciekawa skąd dokładnie jest. Okazało się, że z tej samej miejscowości w której pracowała moja siostra. Od razu ją skojarzyła. Ona z kolei chciała wiedzieć, czy jesteśmy w tym samym wieku (tak) i czy nasza szkoła jest równie beznadziejna jak jej (temat rzeka).   Popołudniu słońce pali mniej, ale pada po takim kątem, że świeci po twarzy. Idziemy przed siebie mrużąc oczy. Jeszcze chwila i zaczną cykać świerszcze. Zawsze był to dla mnie znak, że jeszcze trochę i będę wracać do domu. Obejrzałam się za siebie. Moja część jest już niemalże skończona, mogłam zwolnić, żeby nie było później, że siedzę bez pracy. Rozprostowuje kręgosłup, strzelam palcami. Skórę na rękach mam już czekoladową od tego stania ciągle na słońcu. Chociaż tyle dobrego.   Przyglądam się przez chwilę, jak pracują inni. Kilka osób brnie przed siebie w ciszy, zatopieni we własnych myślach. Ale więcej jest takich, co żartują między sobą i tematy do rozmowy nie kończą się im przez cały dzień. Są to głównie dziewczyny z mojej i sąsiednich szkół. Na początku trochę im
zazdrościłam takiej komitywy, ale wystarczyło że przysłuchałam się o czym rozmawiają, a mi przeszło.   Chłopaki, kosmetyki, wyjazdy, ciuchy, chłopaki, kosmetyki, wyjazdy… i tak na okrągło.   Nie, żeby mnie to nie interesowało, ale ile można?!   Patrzę na lewo. Po tej stronie pracuje tylko Kaśka i jedna ze starszych pań. Zamykamy w zasadzie pole. Pani Janina już kończy. Zaraz usiądzie, powzdycha a potem będzie się przyglądać z zadowoleniem, ile dziś zrobiła.   Kaśka natomiast stanęła i zapatrzyła się w przelatujące nad nami ptaki. Jedną rękę oparła na motyczce a drugą osłoniła oczy od słońca. Spod chustki wysypywały się jej pojedyncze włosy, warkocz niedbale przerzuciła przez ramię. Spod dłoni migały jasnobłękitne oczy ocienione ciemnymi rzęsami. Nad nimi kłębiły się nierówne ale gęste brwi. Prosty nos upstrzony piegami i ładne usta, które teraz były lekko rozchylone. Zza warg widać było białe zęby. Też była opalona, ale na miodowo. Ładnie się to komponowało z piegami, które zauważyłam teraz także na ramionach i nogach. Wyglądała trochę jak bursztyn.   -To kaczki czy tak mi się tylko wydaje? – spytała nagle.
-Nie mam pojęcia, nie znam się. Mój brat by wiedział, ma obsesję na punkcie ptaków.
-Masz brata?
-Dwóch.
-I starszą siostrę… fajnie ci.
-Jedynaczka?
-Tak.
-Fajnie ci…   Roześmiałyśmy się obie.   -No tak, słyszałam to wiele razy. Uwierz mi, że bez rodzeństwa jest nudno.
-No tak, słyszałam to wiele razy. Uwierz mi, że rodzeństwo to ciężka sprawa.   Chichotamy kiedy słyszę chrząknięcie.   -Dziewczynki, nie obijajcie się tylko kończcie.
-Tak, tak – rzucamy jedna przez drugą i skupiamy się na pracy pod czujnym okiem Janiny. Ale kiedy tylko wraca do swojej grządki rzucamy sobie rozbawione spojrzenia.   Zaczęły cykać świerszcze.   ---   -Rowerem wracasz główną czy skrótem?
-Skrótem, a ty?
-Główną, skrót to by mi pourywał koła.   Póki co jedziemy obok siebie w tym samym kierunku. Za nami i przed nami sznur rowerów.   -Ej nie jest tak źle…
-Też tak mówiłam póki faktycznie nie uszkodziło mi koła.
-Żartujesz?
-No nie. Wpadłam w dziurę, wykrzywiło mi wszystko. Droga krótsza ale tragiczna. Jak deszcz popada to też tamtędy jeździsz?
-Prościej przejechać przez Urzejankę niż tamtędy, jak popada.
-Tak myślałam.   Dojeżdżamy do rozwidlenia. Ja muszę skręcić w lewo a ona w prawo.   -W sumie nawet jakbyśmy jechały razem główną, to potem musiałabym skręcać w prawo a ty pojechałabyś dalej prosto. No i w zasadzie to tylko kilometr więcej drogi.
-A chcesz wracać razem?   Wzrusza ramionami.   -Miło mi się z tobą rozmawia, chętnie.
-No to wsiadaj z powrotem i jedziemy.   Dociskamy pedały i suniemy prosto za resztą ludzi. Akurat byłyśmy cicho, kiedy minęły nas dwie osoby. Kiedy ujechały kawałek rzuciły szybkie spojrzenia przez ramię w kierunku Kaśki i wymieniły jakąś uwagę po której słychać było stłumiony chichot. Od razu zrzedła jej mina.   -Daj spokój – mówię zniesmaczona – To tu normalne. Wiele nie trzeba, żeby cię ktoś obgadał.
-Pewnie tak – mówi cicho i bez przekonania. Przypominam sobie, co mówiła rano i nie ciągnę tematu. W sumie nie wiem do końca za co ją wyrzucili. Może jest jej głupio? Ludzie będą gadać co zechcą, więc nie ma co zdawać się na ich informacje, o co poszło. A sama powie albo nie. Póki co szkoda mi, że tak ją potraktowano.
-Na dniach gminy będziesz? – próbuję odwrócić jej uwagę.
-A kiedy to?
-Za dwa tygodnie.
-O. Nawet nie patrzyłam, co będzie.
-To co zawsze. Ognisko, zawody, kapela podwórkowa, wieczorem dyskoteka.
-Czad – mówi z takim natchnieniem w głosie, że obie na moment tracimy panowanie nad rowerami ze śmiechu.
-Może będę. Póki co tu muszę skręcić. To widzimy się jutro?
-No pewnie.
-To do jutra.
-Do jutra!   Odjeżdża i znika w zapadającym zmroku. Teraz mam do nadrobienia półtora kilometra, ale mimo że pracowałam cały dzień czuję, jakbym miała więcej siły, niż rano. Przyśpieszam i nawet coś mi się nuci. Kiedy dojeżdżam do domu pali się w kuchni. Wchodzę bocznymi drzwiami odstawiając rower do sieni. Zdejmuje buty, odwieszam rzeczy i otwierając drzwi widzę mamę mieszającą zupę.   -Co robisz? – zaglądam jej do garnka.
-Pomidorowa. Próbuj, czy dobra.   Chwytam za łyżkę i rozsmakowuję się w maminej zupie.   -Najlepsza!   Uśmiecha się do mnie i targa włosy. Idę do naszego pokoju. Chłopaki jeszcze bawią się na podłodze, siostra maluje paznokcie przy stole.   -Cześć.
-Cześć.
-Jak było?
-Jak zawsze.
-Yhym – mruczy. Skupia się na dłoni tak, że aż wysunęła język – A tej młodej z Lipianek to dziś nie było?   Patrzę na nią bez zrozumienia.   -No tej…jak jej tam… - myśli intensywnie – A wiem. Kaśki. Od Pałysów bodajże.
-Nie wiem jak ma na nazwisko, ale jakaś Kaśka doszła – mówię powoli.
-A widzisz.   Czekam, ale nic więcej nie mówi, poprawia tylko lakier. W końcu patrzy na mnie i unosi brwi.   -No?
-A nic. Myślałam, że coś chciałaś jeszcze powiedzieć.
-Nie.   Ale kiedy wychodzę do łazienki dobiega do mnie jak mruczy do siebie.   -Nic istotnego.   ---   Otwieram oczy.
Trzecia rano.
Mycie, ubieranie, śniadanie.
Codziennie tak samo.   Dopiero kiedy wsiadam na rower jest trochę inaczej. Mam pół godziny drogi którą pokonuję słuchając śpiewu ptaków w lesie albo szumu wiatru, kiedy akurat jest prześwit.   No chyba, że pada, ale wtedy i tak muszę jechać bo nigdy nie wiadomo, czy w ciągu dnia się nie wypogodzi. A każde przepracowane pół godziny to jednak przepracowane pół godziny.
Tylko zanim dojadę mam mokre absolutnie wszystko.   Dziś na szczęście świeci słońce a po niebie przesuwają się niewielkie chmury.   Dojeżdżam, odstawiam rower, idę pod szopę i czekam jak co dzień.   -Cześć!   Kaśka wyrasta za moimi plecami. Witam się i siadamy obie na ziemi. Ściąga frotkę z ręki i wiąże rozpuszczone jeszcze włosy.   -Mam gumę do żucia - szepcze konspiracyjnie - Chcesz?
-No pewnie!   Żujemy patrząc na mijających nas ludzi.   -Fajną masz bransoletkę - zwracam uwagę na kolorowe cacko na jej nadgarstku.
-To? - rzuca okiem - Mulina. Plotę przed spaniem. Chcesz taką?
-Nie, nie, dziękuję - peszę się.
-Nie że mam na oddanie, ale mogę cię nauczyć - parska śmiechem na widok mojej miny.
-Niby tak, tylko kiedy?
-W niedzielę?
-Po sumie?
-Może być.
-Młodzież proszę za mną po motyczki! - głos gospodarza ucina nam rozmowę.   ---   -Z serem żółtym.
-Dżem.
-Jaki?
-Jagodowy.
-Oooo..
-Chcesz trochę na ser?
-To tak się da?
-Spróbuj.   Żujemy drugie śniadanie oglądając sobie nogi.   -Tu cię krzywo złapało.
-Gdzie?! - zamieram.
-O tu - wskazuje palcem - Musiałabyś się ustawić bardziej w prawo.
-Bez szans. Ale to i tak bez znaczenia.
-Czemu?
-Łapie mnie tak, bo mam krzywe nogi.   Dławi się kęsem i stuka wymownie w czoło a potem szuka wody w plecaku. Korzystam z chwili, żeby przyjrzeć się jej nogom.   Porównanie wypada dalece na niekorzyść.   Silne uda, zgrabne łydki i kształtne kolana. Drobne, wąskie kostki. Stopy mimo że równie brudne jak moje, kiedy obie zdjęłyśmy trampki, wydają mi się "katalogowe". Takie widuję w gazetach, kiedy mowa o jakimś kremie do stóp albo lakierze do pedicuru.   -Gadasz głupoty - podsumowała - A zobaczyłabyś mi plecy? Nie wiem czy mi dół chwyciło.
-Pewnie, pokazuj.   Bierze łyka i odwraca się do mnie podciągając koszulkę do połowy.   -Spalone.
-Kurcze, tak myślałam. Muszę kupić maślankę.   Słyszę chichot. Kilka dziewczyn zerka w naszą stronę niespecjalnie się z tym kryjąc. Łapią jakiegoś przechodzącego obok chłopaka, wskazują na nas palcem i mówią mu coś takiego, że czerwienieje a one wybuchają śmiechem. Na szczęście Kaśka nie zwróciła na to uwagi, skupiona na wydłubywaniu czegoś zza paznokcia.   -No i zobacz, wczoraj je czyściłam... - widzi moją minę - Coś się stało?
-Nic specjalnego - staram się zatuszować własne spostrzeżenia - Siedzi za nami dziewczyna z którą się nie dogaduję.   Dyskretnie spogląda przez ramię.   -Ta w różowym?
-Skąd wiesz?!
-Gapi się na nas całkiem otwarcie.   Wraca do jedzenia i nie komentuje dalej sytuacji. Do tego czasu zdążyłyśmy już podzielić się uwagami na temat lubianych i nie lubianych muzyków oraz co która czytała i dlaczego. Kaśka wydawała się być pogodną, spokojną dziewczyną. Ani nie nieśmiała ani nie tak przebojowa, jak niektóre tutaj. Taka...zwyczajna po prostu.   -Dziewczyny do koszyków - słyszę głos nad swoją głową - Idziecie zbierać truskawki.
-Będzie się działo - słyszę głośny szept ale nie autorkę. Głos ginie w grupie kobiet zbierających kosze.
-O co chodzi? - pyta koleżanka.
-Nie mam pojęcia - mówię szczerze.   Bo i nic się nie dzieje. Kucamy aż nogi bolą i rwiemy owoce przez następne godziny. Słońce grzeje, więc podwijamy koszulki i opalamy plecy.   -Raz byliśmy z klasą nad jeziorem w Cukorzu. Przepłynęłam sama jedna na drugą stronę w pięć minut.
-To duże jezioro!
-No właśnie. Więc wychowawczyni obniżyła mi zachowanie.
-Za co?
-Nie wiem. Po prostu powinnam była wiedzieć, że nie wolno tak robić.   Wymieniamy się różnymi historiami z życia.   -A klasa jak?
-No właśnie kibicowali mi tak, że niosło się aż na szosę. Inaczej nie wiem czy ktokolwiek by to zauważył.
-Zazdroszczę i tak. Ja słabo pływam.
-To się poducz.
-Nie mam kiedy.
-W sumie...
-Nie opalasz się? - słyszę, jak jedna z pań w średnim wieku zagaja do młodszej. Jej reakcja była co najmniej dziwna. Zaczerwieniła się, rzuciła w naszą stronę spłoszone spojrzenie i pokręciła głową. Starsza wzruszyła ramionami.
-I co to było? - myślę na głos.
-Co? - Kaśka przerwała pracę.
-A nic. Masz za sobą Dominikę. Codziennie się opalała kiedy tylko mogła a dzisiaj ma na sobie długą koszulkę i rybaczki - stwierdzam z niejakim zdumieniem.
-Może się spaliła?
-Zwykle nie wstydziła się o tym mówić.   Kaśka nabiera powietrza i nagle milknie. Gryzie wargę i pochyla niżej nad truskawkami.   -Moze w końcu zmądrzała - rzuca szybko i kończy temat - A jaką ty miałaś najbardziej szaloną przygodę?   Dobre pytanie. Moje życie pędzi mi przed oczami jak w filmie, ale dochodzę do wniosku, że przypomina słaby dokument o ciężkim życiu na wsi. Od małego pomagałam rodzicom w polu i w domu. Jak tego nie robiłam, to siedziałam za stołem z siostrą i kułam jak szalona, żeby mieć najlepszą średnią w klasie co raz wychodziło a innym razem nie. Wolne miewałam tylko w niedzielę... o ile nie kułam wtedy na sprawdzian albo nie nadrabiałam zaległości w lekturach.   -Moje życie jest nudne - stwierdzam nie bez żalu w głosie.
-Czemu?
-Nauka, praca, praca, nauka.
-Brzmi jak moje - uśmiecha się półgębkiem.
-Po tobie tego nie widać.
-Wiesz - przerywa na moment - Staram się znaleźć we wszystkim dobre strony i to trochę pomaga.
-Ale najbardziej - dodaje po chwili - Pomagają jednak te wolne godziny w niedzielę. Oczywiście w wakacje.
-Bo w roku szkolnym...
-...nadrabia się lektury.
-Oczywiście - uśmiecham się do niej. Odpowiada ciepłym uśmiechem na piegowatej twarzy.
-Przyjdziesz?
-Hm?
-Mulina.
-Jasne! Musisz mi tylko pokazać, gdzie mieszkasz.
-Jutro jest sobota to podjedziemy, zgoda?
-Zgoda.   ----   W sobotę gruchła informacja, że dziś pracujemy na akord. Kto zbierze tyle a tyle kilogramów truskawek, ten może wyjść wcześniej.   -Justyna, nie ma się nad czym zastanawiać - Kaśka patrzy w gospodarza z natchnieniem w oczach. Łapie za kobiałkę i pędzi w pole. Chwytam swoją i po chwili siedzimy obie w grządkach.
-Jak myślisz, jak szybko zbierzemy?
-Daje nam trzy godziny.
-Wariatka, w życiu!
-Trzy godziny i zapraszam na lody do siostry do sklepu.
-Nie zdążymy ale przyjmuje zakład.   Jeszcze nigdy tak mi się nie śpieszyło. Rwiemy aż sok leci na ziemię. Nie wiem cz gospodarz zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo obtłuczone będzie miał owoce, ale chyba i on ma ochotę szybciej nas puścić i mieć wolne.
Po dwóch godzinach brakuje nam już naprawdę niewiele.   -Nie wierzę w to co się dzieje - chichoczę nie zwalniając tempa.
-Ty przestań się dziwić i rwij, dziewczyno, rwij!   Z ostatnią kobiałką niemal pędzimy do wagi. Wysypujemy owoce i pierwsze ustanawiamy rekord.   -Uciekamy, bo nas znienawidzą - śmieje się Kaśka i łapie mnie za rękę - Do widzenia!
-Do widzenia! - ważąca owoce gospodyni śmieje się z jej radości i macha nam na pożegnanie.
-Waniliowe? A może truskawkowe? - pyta, gdy pędzimy szosą.
-Nie chce nawet patrzeć na truskawki.
-To będą waniliowe.   Zziajane wpadamy do sklepu w którym przy wiatraku chłodzi się moja siostra i druga sklepowa. Na nasz widok brwi podjeżdżają jej pod same włosy.   -A co ty tutaj robisz?
-Dzisiaj była praca na akord. Pobiłyśmy rekord - chwalę się rozwiązując chustkę i ścierając pot z czoła - To jest Kaśka. Kaśka, to moja siostra Marzena.
-Wiem wiem, znamy się.
-Kojarzymy - mówi moja siostra dziwnie spokojnym głosem. Znam ten ton. Uprzejmy, nie można mu nic zarzucić. Ale wiem, że gdy go używa to znaczy, że nie pała w najmniejszym stopniu radością. Na moment gasi to moją radość i patrzę na nią nie rozumiejąc o co chodzi. Kaśka natomiast grzebie w kieszeni i wyjmuje piątkę.
-Możemy prosić dwa razy waniliowe?
-Proszę.   Zabieram loda i wychodzimy na zewnątrz na ławkę pod drzewa. Oblizujemy patyczki patrząc na przejeżdżające samochody.   -Co zrobisz z wolnym dniem?
-Wrócę do domu i pewnie pomogę matce. A ty?
-W sumie powinnam zrobić tak samo...   W jej głosie słyszę wahanie.   -Myślałaś o czymś innym?
-Wiesz co... tu niedaleko jest takie mało uczęszczane jezioro. Jakbym się pośpieszyła, to mogłabym jeszcze chwilę popływać i dopiero potem wrócić.   Wzdycham ciężko. Kiedy ja pływałam ostatni raz? Rok temu? Chyba tak. Było święto i piękna pogoda. Poszłam z rodzeństwem na cały dzień nad wodę. Świetnie się wtedy bawiliśmy.   -Czemu wzdychasz?
-Bo to nie najgorszy pomysł, szkoda że muszę...   No właśnie co? Nikt poza siostrą nie wie, że skończyłam dziś wcześniej. A gdyby tak urwać się na chwilę? Mama byłaby zła wiedząc, że mogłam jej pomóc i nie przyszłam, ale nawet jeśli Marzena powie jej, że skończyłam wcześniej, to może nie zauważą tej jednej godziny różnicy w powrocie?   -W sumie, to nie muszę się tak śpieszyć.   Patrzymy po sobie i w jednej chwili biegniemy w stronę rowerów.   ----   -Jeszcze w życiu nie widziałam, żeby ktoś tak beznadziejnie pływał!   Chlapiemy się wodą stojąc po pas w naszych szortach i podkoszulkach. Plaża jest zupełnie pusta nie licząc dwójki dzieciaków w wieku moich braci i pilnującego ich dziadka.   -A kto miał mnie nauczyć? Siostra ledwie umie, ojciec nie ma czasu.
-Braci masz.
-Młodszych.
-No i co z tego? Nie umieją?
-Umieją, ale wstyd prosić dzieciaki.   Naraz nurkuje i wyskakuje parskając jak koń. Kiedy stoi słońce odbija się w wodzie i rzuca na jej twarz świetliste refleksy. Oczy ma zmrużone, koszulka opina ciało a mokre spodnie wydają się ważyć kilka kilo, co nie przeszkadza jej podskakiwać w miejscu.   -Mogę cię doszkolić z pływania na plecach.
-Tu jest za głęboko.
-Terefere nie panikuj. Chcesz czy nie?
-Bliżej brzegu.
-Dobra dobra, chodź.   Idziemy kilka metrów do tyłu.   -Tu? - kiwam głową - No to kładź się.   Od razu idę na dno.   -Matko boska, jeszcze raz - wydziera mnie ze śmiechem za ramiona i pomaga położyć się na powierzchni. Chwyta jedną dłonią pod głowę a drugą pod kręgosłup - Jak się wyluzujesz to przestaniesz opadać. Musisz leżeć bardziej bezwładnie.   No to czekamy. Póki co patrzę na błękitne niebo i śmigające po nim jaskółki. Słyszę szum tataraku, piski dzieciaków i nawoływanie ich dziadka. Stopniowo napięcie puszcza i w końcu czuję, jak wysuwa mi spod ciała delikatne dłonie. Kładzie się obok na wodzie.   -Mówiłam ci? To proste.   Leżymy tak patrząc w górę. Do wszystkich dźwięków dochodzi mi jeszcze jej oddech i dudniący w uszach łomot mojego serca.   ----   Marzena patrzy na mnie dzisiaj z uwagą. Poszłam do łazienki i zerkam w lustro. Nic mi nie wyskoczyło na twarzy ani nie mam niczego na tyłku, więc o co jej chodzi?
Podejrzewając, że kombinuje coś złośliwego strategicznie ją omijam krążąc między pokojem, kuchnią a podwórzem.   Wieczorem trzeba wydoić krowę. Biorę baniak i siadam chcąc mieć to jak najszybciej za sobą kiedy słyszę skrzypienie zawiasów. Marzena wsuwa się do obórki i odstawia przyniesione nie wiadomo skąd wiadro. Jak nic szukała pretekstu, żeby tu przyjść.   -Ty z tą Kaśką to się będziesz teraz widywać jakoś często czy tylko w pracy? - pyta nagle.
-W pracy? I jutro zaprosiła mnie do siebie. Nie wiem zresztą. Po co pytasz?
-Wolałabym, żebyś się z nią nie zadawała.   Przerywam pracę. Krasula przestępuje z nogi na nogę.   -Bo?
-Bo ja tak mówię.
-Ale masz argumenty.
-Ty wiesz, co ona zrobiła?
-A ty wiesz?
-Ludzie mówią...
-Ludzie mówią też, że pracę dostałaś po znajomości, ja chodzę w dziurawych skarpetkach bo nie stać nas na nowe a chłopakami interesowała się opieka społeczna, bo jacyś tacy niedożywieni - odparowuje łamiąc pewne tabu milczenia wokół tego, jaką mamy opinię. Zamykam jej tym samym usta ale i patrzy na mnie trochę ze zdumieniem a trochę z goryczą.
-Wierzysz w to, że dostałam pracę po znajomości?
-Nie. Chcę ci tylko pokazać, czemu nie interesuje mnie, co ludzie mówią.   Wracam do dojenia. Marzena stoi jeszcze przez chwilę, wreszcie wychodzi.   -Ale jednak wolałabym, żebyś się z nią nie spotykała - rzuca na odchodnym.   ----   -Do jakiej koleżanki jedziesz? - matka zaprzestała wycierania szklanek i przygląda mi się uważnie. Ubrałam się w najlepszą sukienkę i buty.
-Z pracy, nie znasz.
-To mi powiedz.
-Kaśka Pałys. Mówi ci coś to nazwisko?
-Nie mówi. Nie od nas?
-Nie, ze wsi obok.
-Której?
-Nie jadę się spotkać z chłopakiem.   Zamiera i już chce coś powiedzieć, ale się powstrzymuje a ja zaczynam śmiać.   -Naprawdę mamo, jadę do koleżanki. Marzena ją nawet kojarzy. Pracuje z nami od tego tygodnia. Będziemy robiły bransoletki z muliny.
-Wróć za trzy godziny.
-Cztery.
-Trzy. Obiad będzie.
-Cztery, odgrzeje.
-I pozmywasz.
-I pozmywam! - odkrzykuje bo wybiegam, zanim wymyśli coś jeszcze.   Kiedy wracałyśmy z jeziora podjechałam z nią i zapamiętałam adres. Jej dom na pierwszy rzut oka wyglądał lepiej niż mój. Mieszkała w murowanym domku z wysokimi schodami prowadzącymi do drzwi wejściowych a my w drewnianej chałupie. Jednak kiedy wita mnie i zaprasza do środka widzę, że wcale nie jest tak kolorowo. W przedsionku stoją słoje z ogórkami i kapustą. Wąski korytarz jest ciemny i zakończony prostą kuchnią w której nad herbatą siedzą jej rodzice, opierając się o ławę.   -Mamo, tato, to Justyna, mówiłam wam, że przyjdzie.   Witam się uprzejmie, kiwają mi głowami przyglądając się uważnie. Mam przelotne wrażenie, że zanim przyszłam rozmawiali o czymś, ale teraz jej mama kroi nam ciasto a ojciec podpytuje o moich rodziców. Zabieramy ze sobą talerz z szarlotką i dzbanek z herbatą.   Obok kuchni jest pokój babci, której także zostaję przestawiona. Babcia ma chustkę w kwiaty i siedzi ubrana w świąteczną garsonkę. Ściska mnie, jak swoją wnuczkę i po raz kolejny muszę mówić, od kogo jestem i z której wsi.   Kaśka otwiera jedne z drzwi i prowadzi korytarzem do swojego pokoju.   -Sorry za nich, muszą wszystko wiedzieć.
-Chyba jak wszyscy rodzice.
-Może, nie wiem, rzadko kogoś odwiedzam.
-Czemu?
-Nie kolekcjonuje sobie znajomych, wolę mieć ich mniej a lepszej jakości.
-Ha-ha, dzięki.
-Mówię szczerze. Wchodź.   Za drzwiami z oknem pleksi jest mały pokój. Po lewej stoi wysłużona wersalka. Na wprost jest biurko z toaletką. Po prawej okno i stół z magnetofonem z którego leci kaseta z przyjemną muzyką. Ściany ma obwieszone plakatami z zespołami o których wspominała, aktorkami i najróżniejszymi widoczkami. Oglądam sobie to wszystko i mruczę z uznaniem. Ja niestety mam tylko kawałek ściany w swojej szafce. Powiesiłam tam ulubionego aktora.   -Siadajmy na ziemi - klepie w podłogę. Szarlotkę i herbatę kładzie przed nami a spod łóżka wyciąga koszyczek z muliną i agrafkami - Przypnij jedną do sukienki, zaraz ci pokażę, jak zrobić te sploty.   Kiedy przypina sobie agrafkę znowu patrzę na jej nogi. Gołe, jeszcze bardziej niż ostatnio opalone wydają się być delikatne w dotyku i gładkie. Moje są teraz pogryzione przez komary i trochę poobijane.
Jej palce z obciętymi na krótko paznokciami śmigają, staram się skupić na pracy. Na początku idzie mi to średnio ale nie mija pół godziny, jak rozmawiamy a wszystko inne robimy automatycznie.   -Myślałam zdawać do liceum plastycznego - mówi Kaśka wsadzając palec w swoją szarlotkę. Zlizuje z niego cukier puder - Ale sama jeszcze nie wiem. Lubię rysować ale zawodu z tego nie będzie.
-Ja chciałam iść na biol-chem, bo mam z tego najlepsze oceny.
-A co potem?   Wzruszam ramionami.   -Mam jeszcze dużo czasu na takie decyzje.
-Niby racja, ale jakby co to ciężko potem zmieniać szkołę.
-Nie interesowałam się nigdy, jak się to robi.
-Raz musiałam zmienić. Ciężko jest.
-A co się stało?
-Wywalili mnie bo pobiłam się z kolegą.   Patrzę na nią z rozdziawionymi ustami. Nie wygląda na kogoś, kto miałby chociażby podnieść głos. Widzi moje spojrzenie i czerwienieje.   -Dobierał się do mnie, ale nie przeszło mi to przez gardło wiec wyszło na to, że go zaatakowałam.   Teraz ja czerwienieje. Co innego pogadać czysto teoretycznie o chłopakach a co innego o tym, że coś komuś naprawdę się wydarzyło..i to jeszcze w ten sposób.
Przez pewien czas żadna z nas się nie odzywa, ale czuję się w obowiązku powiedzieć, co myślę.   -Dobrze zrobiłaś.
-Tak sądzisz? - pyta całkiem serio.
-Jeszcze pytasz? Pewnie, że tak. A co chciałabyś zrobić innego?
-Bo ja wiem? Obrócić wszystko w żart?
-To nie jest temat do żartów.   Kiwnęła głową, ale znowu zapadła niezręczna cisza.   -Chociaż nie wiem. Nie mam żadnego doświadczenia w tym temacie. Może nie powinnam się wypowiadać - plączę się.
-Ja też nie - odpowiada spokojnie i nagle przerywa pracę. Patrzy na mnie poważnie.
-Ja też nie - powtarza - Cokolwiek by ci inni nie mówili. Będziesz pamiętać?
-Ja...jasne - odpowiadam zdziwiona jej tonem.
-A tu masz krzywo zrobione, spruj sobie - zmienia temat, za co jestem jej wdzięczna.   ---   Od poniedziałku spotykamy się o jednej porze na głównej drodze i razem jedziemy do pracy. Czasami ścigamy się, która dojedzie szybciej.
Potem przydzielają nam robotę. Staramy się, żeby zawsze być obok siebie i rozmawiamy całymi dniami. O czym? O wszystkim. O pogodzie, ludziach, życiu, książkach, telewizji, muzyce, szkole... Dzielimy planami i drobnymi marzeniami. Wydaje mi się, jakbyśmy się znały dłużej i śmieje, że zawsze słyszałam o takim uczuciu, ale doświadczam go po raz pierwszy.   Dlatego kiedy w piątek przydzielają mnie do pracy z inną osobą nie jestem zachwycona i wkładam dużo wysiłku, żeby to ukryć. Żaneta jest jedną z tych dziewczyn, które przychodzą w pole "zrobione" licząc pewnie na łaskawe spojrzenie syna gospodarza na którego ochotę ma co druga tutaj. Na pewno jednak nie ja. Wydaje mi się być absolutnie beznadziejny i zdecydowanie za stary.
W milczeniu oporządzamy zwierzęta wymieniając się tylko grzecznościowymi uwagami i podając sobie nawzajem różne narzędzia. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że chce mnie ciągle o coś zapytać, tylko nie wie, jak zacząć. Sprawa wyjaśnia się na przerwie. Jesteśmy za daleko, żebym mogła iść pod "swoje" drzewo i spotkać z koleżanką. Siadam więc w progu z kanapkami patrząc niechętnie w przestrzeń.   -Lubicie się z Kaśką? - pyta od niechcenia siadając obok. Wzdycham dyskretnie. Jestem już trochę zmęczona tą atmosferą wokół mojej koleżanki.
-A jeśli tak? - odburkuje chociaż miałam powiedzieć coś bardziej neutralnego. Nie mam ochoty na tę rozmowę.
-Bo nie wiem czy wiesz... - zaczyna.
-...że ją wyrzucili z poprzedniej pracy, że się pokłóciła z córką gospodarzy, że jest kosmitą. Słyszałam - przerywam zjadliwie nie poznając sama siebie. Do tej pory nie miałam odwagi nikomu tak złośliwie odszczeknąć, ale na Żanecie nie robi to wrażenia.
-...że jest lesbą - kończy z satysfakcją.   Patrzę na nią bez zrozumienia.   -Kim?

rita

rita

×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.